1.23.2020

Od Duke'a do Ethana

Minęła ledwo jedna noc od kiedy byłem w nowym mieszkaniu w Durham. Z samego rana obudziła mnie Brandy snująca się po mieszkaniu jak duch. Powoli przyzwyczajała się do nowego miejsca, jednak jasne było, że domagała się spaceru. Sięgnąłem ręką do telefonu. Było nieco po siódmej. Westchnąłem głęboko, przewracając się na drugi bok. Nie miałem siły wstawać z łóżka po prawie całym dniu jazdy. W salonie nadal stało kilka nierozpakowanych pudeł. Gdy tylko usłyszałem dźwięk pazurów odbijających się od schodów wiedziałem, że nie ma odwrotu. Chwilę potem poczułem, jak materac wgniata się pod czyimś ciężarem. Suczka już siedziała obok mnie, merdając swoim ledwo widocznym ogonem. Przebierała nerwowo łapami dając znać że jest zniecierpliwiona.
- No już, już wstaję - pogłaskałem biało-rudy łebek.
Usiadłem na łóżku, rozprostowując nad głową ręce i słysząc charakterystyczne chrupnięcia. Dobrą godzinę zajęło mi wstanie z łóżka oraz ogarnięcie się na tyle, żeby wyjść z domu. Kiedy tylko poczułem chłodny powiew, niemalże od razu poprawiłem szalik. Poranki, zwłaszcza w zimę, bywały wyjątkowo chłodne. Zaś Brandy zdawało się to nie przeszkadzać i bawiła się w parku najlepsze. Puściłem ją wolno, a w tym czasie zająłem miejsce na jednej z ławek. Nie miałem siły ruszać się gdziekolwiek. Po około następnej godzinie wróciliśmy do mieszkania. Zimny spacer rozbudził mnie na tyle, że już nie dałem rady zasnąć, więc zająłem się rozpakowywaniem ostatnich kartonów z rzeczami. Potem szybkie śniadanie i rozsiadłem się z kocem oraz laptopem na kanapie w salonie. Postanowiłem odpuścić sobie dzisiaj jazdę, Prince zapewne nadal był zmęczony. Zacząłem więc przeglądać oferty pracy. Nie, żeby było ich jakoś wiele. Ostatecznie zapisałem sobie numer do klubu nocnego, w którym poszukiwali osoby sprzątającej po imprezie. Nie brzmiało to jakoś źle, chociaż ze względu na miejsce nastawiłem się na znajdowanie rzeczy przeróżnego rodzaju. Wiadomo, masa ludzi, w większości wstawionych, którzy niezbyt ogarniają, co się wokół nich dzieje lub po prostu tak wpadną w wir zabawy, że wszystko może się wydarzyć. Miałem zamiar zadzwonić tam po południu. Do tego czasu zdążyłem przejść się trochę po mieście i nieco je poznać. Całkiem ładne. Gdy nadeszła godzina ostateczna wybrałem numer, nieco zestresowany. Odebrał mężczyzna w średnim wieku, który zaprosił mnie na “noc próbną”.
W klubie pojawiłem się pół godziny przed wyznaczonym czasem. Już z zewnątrz dało się usłyszeć głośną muzykę, a pod budynkiem kręciła się masa osób. Udało mi się wejść drzwiami dla obsługi, żeby nie przepychać się przez ten tłum. Nie minęło dużo czasu zanim wpadłem na faceta, z którym rozmawiałem wcześniej przez telefon. Pokazał mi pokój socjalny oraz pomieszczenie z całym sprzętem do sprzątania. Zanim wszystko na dobre się skończyło, zdążyłem zrobić małe rozeznanie i wypić herbatę. Kiedy sala zrobiła się całkowicie pusta, a muzyka ucichła wkroczyłem ja, niczym rycerz… ale bez białego konia. Ciągnąłem za sobą wiadro pełne wody z płynem i przymocowanym obok mopem. Zacząłem od części, gdzie znajdował się bar. Kilkoro z barmanów jeszcze tam stało, kończąc polerować ostatnie szklanki. Jako że wiadro w wózku ciągle się przesuwało, zestawiłem je na ziemię i wziąłem się do roboty. Oczywiście nie obyło się bez słuchania muzyki, ale nie minęła chwila, a mój telefon padł. Westchnąłem głęboko. Wyjąłem z kieszeni ładowarkę (męskie kieszenie są naprawdę bardzo pojemne) i zacząłem zmierzać w stronę blondyna, który stał za barem z prośbą o podłączenie telefonu. Na bank musieli mieć tam pod blatem jakieś kontakty. Zaaferowany i pochłonięty własnymi myślami wpadłem we własną pułapkę. Najpierw potrąciłem owe wiadro z wodą, które się wylało, w efekcie czego wpadłem w poślizg i w efekcie końcowym zaliczyłem bliskie spotkanie czwartego stopnia z podłogą. Zagryzłem jedynie zęby i zacisnąłem pięści aby nie wydać z siebie okrzyku bólu lub słów opisujących mój stan. Szybko sprawdziłem telefon czy przynajmniej on wyszedł z tego cało. Na moje szczęście nie miał żadnej rysy. Powoli usiadłem masując nieco obolały tył głowy. Dopiero wtedy zauważyłem, że chłopak za barem starał się jak tylko mógł aby ukryć swój śmiech.

Ethan? What's so funny?
638 słów

Od Lukasa cd Lydii

Drzwi samochodu zamknęły się.
- Dzięki, że zgodziłaś się zmarnować pół dnia na wycieczkę. - Upewniłem się, że pas jest wolny i włączyłem się do ruchu.
- Nie miałam nic ciekawszego do roboty. Gansey wspominał, że planuje podrywać dziś Ro. - Skylar zapięła pas bezpieczeństwa. - A poza tym i tak wisisz mi czekoladę... Albo dobre ściągi. Sesja się zbliża.
- A było tak pięknie… - Westchnąłem.
- Jeśli skręcisz tu w lewo, będzie szybciej. - Wskazała boczną uliczkę.
Zwolniłem nieco, spoglądając w głąb wąskiej ulicy, zanim w nią skręciłem. Plan był dość prosty: zajechać do Imposible Horse Academy, żeby zabrać stamtąd wypożyczoną przyczepę dla konia, a potem przewieźć tam Pearl. W teorii. W praktyce prawie na pewno pójdzie znacznie trudniej, chociażby dlatego, że Perła postawiła sobie za punkt honoru spędzenie co najmniej kwadransu na rampie prowadzącej do przyczepy. I to za każdym razem.
***
- Dobry konik. - Sky lekko poklepała klacz po grzbiecie, gdy ta w końcu zeszła z rampy. - Brawo.
Pearl wciąż nieco nerwowo rozglądała się dookoła.
- Koniec wycieczek na dziś. - Pogłaskałem Perłę, która powoli się uspokajała.
- Wezmę jej sprzęt. - Skylar wskazała na jeden z budynków. - Tam znajdziesz boks.
- Dzięki. - Uśmiechnąłem się, ruszając we wskazaną stronę.
Czarna klacz podążyła za mną do wnętrza stajni. Całkiem grzecznie, mniej więcej do momentu, w którym zauważyła na korytarzu innego konia. Pearl położyła uszy po sobie, ale mimo wszystko przeszła obok nieznajomego zwierzęcia nie sprawiając większych problemów.
- Cześć. - Odezwałem się bez zastanowienia, mijając ciemnowłosą dziewczynę.
- Hej. - Odpowiedziała równie bezmyślnie, sprawdzając popręg siodła swojego wierzchowca.
I to tyle w kwestii rozmowy. Rozglądałem się, dopóki nie natrafiłem na boks podpisany imieniem mojego konia. Wprowadziłem Perłę do boksu, a klacz od razu zajęła się obwąchiwaniem nowego miejsca. Przywiązałem ją, by móc zdjąć jej ochraniacze i derkę. Potem zdjąłem też kantar.
- Do zobaczenia potem. - Pogłaskałem ją i wyszedłem z boksu.
Pozostało odnieść rzeczy do siodlarni. O ile w ogóle ją znajdę. Chyba, że… dziewczyna od gniadego konia nadal stała w korytarzu.
- Hej, sory… - Podszedłem do niej. - Mogłabyś mi powiedzieć gdzie jest siodlarnia?

Lydia?
325 słów

Od Noah cd Leonarda

Zamarłam. Owszem, spodziewałam się, że Leo prędzej czy później powie coś takiego. Ale nie zmieniło to faktu, że relacje międzyludzkie mnie przerastają. I co ja mam teraz zrobić?
- Ja… - Zdjęłam z nieco za luźnej sukienki włos któregoś lisa. Nie wiem, skąd się wziął. Nie byłam w niej nawet w swoim pokoju. - Jesteś pewien? - W końcu podniosłam wzrok.
- Tak - odparł.
A czy ja jestem? Albo czy kiedykolwiek będę bardziej? Leo najwyraźniej zależy, skoro wytrzymał ze mną tak długo.
- Chyba… Chyba możemy spróbować…
***
- Nawet nie mam pojęcia jak ją wyprać. - Westchnęłam. - Sukienki to najgorsze zło tego świata.
Zaczęłam kolejny raz przeszukiwać materiał w poszukiwaniu metki ze wskazówkami. Ale metki nie było. Blue albo odcięła ją, by nie przeszkadzała, albo metka nigdy nie istniała, bo szatynka mogła równie dobrze sama uszyć sukienkę.
- Może po prostu ją zapytaj. - Zasugerował Sam.
- Czemu sama na to nie wpadłam? - Spojrzałam pytająco w stronę, z której dochodził jego głos, ale zobaczyłam tylko leżący na biurku telefon. No i Dot, stojącą nad nim i z zainteresowaniem nasłuchującą znajomego głosu. - Dot, złaź! - Pomachałam w stronę lisicy ręką, ale nie przejęła się mną zbytnio i tylko wydała z siebie głośny skrzek.
- Zły lis. Poszedł już sobie? - Po tonie głosu domyśliłam się, że Sam trzymał telefon przy uchu.
- Nie, nadal stoi na biurku. - Zaśmiałam się, odkładając sukienkę Blue na stojące obok krzesło. -
Dobra, sukienką zajmę się po pracy, bo Blue i tak teraz nie ma w pokoju… - Podniosłam telefon ku niezadowoleniu futrzaka, wyłączyłam tryb głośnomówiący i przyłożyłam urządzenie do ucha. - Chcesz iść z nami na spacer? - Spytałam, a ostatnie moje słowo skutkowało zwróceniem w moją stronę trzech par uszu.
- Jasne. I tak nie mam nic ciekawszego do roboty.
- Super! - Z entuzjazmem zaczęłam przekopywać szufladę, by znaleźć potrzebne rzeczy. - Lu, chodź - zawołałam sukę, gdy znalazłam jej obrożę. - Lisy do klatki! Flair, właź. - Zamknęłam pozostałe futrzaki i schowałam do kieszeni ulubioną piłkę Luny.
***
- Dzięki, dzięki, dzięki! - Przytuliłam Jackie. - Obiecuję odrobić to w tygodniu!
- Idź już. - Zaśmiała się. - Skoro ty wychodzisz, ja muszę zabrać się za robotę.
Posłusznie zdjęłam firmowy fartuch, odwiesiłam go na miejsce i zniknęłam z zaplecza. Ominęłam ladę i podeszłam do Leo.
- Więc co to za genialny pomysł? - Spytałam.

Leo?
357 słów

1.22.2020

Od Arleny cd. Ethana

Skończywszy trening nie mogłam uwierzyć, że chłopak w ogóle nie przywiązał konia do barierki ani go nie trzymał, tylko zapatrzył się w swój telefon. Przecież koń mógł pójść gdzie mu się żywnie podoba i zrobić sobie jeszcze krzywdę albo wejść nagle na środek hali gdzie są urządzane treningi. Kompletna bezmyślność chłopaka powodowała u mnie po wątpienie co do jego osoby, jednak miałam nadzieję iż ma on tylko gorszy dzień i stąd takie jego zachowanie.
- To gdzie są te pastwiska? - spytał co mnie zdziwiło jeszcze bardziej gdy prowadziłam za wodze swojego siwego Eveninga by mógł po treningu nieco odpocząć. A i nie chciałam by musiał mnie dźwigać po takim treningu. Mimo wszystko to on przeskakiwał przeszkody i musiał co chwilę galopować albo kłusować, a to jednak jakiś wysiłek. Na pewno było stać moje konisko na więcej, lecz wolałam i tak go oszczędzać, gdyż nie chciałam by stała mu się krzywda przez jakieś moje nieodpowiedzialne zachowanie.
- Ty chcesz iść na pastwiska czy do hali do ujeżdżenia? - spytałam, gubiąc już się nieco w relacji zakręconego chłopaka.
- Na ujeżdżalnię ale tam są te pastwiska też obok nie? - spytał rozglądając się dookoła, kręcąc tak głową na boki iż myślałam że zaraz nie wytrzyma mu kark z takiego obciążenia, gdyż kręcił głową prawie jak sowa!
- Owszem są ale trochę dalej by konie na pastwiskach miały spokój większy – odparłam spokojnie prowadząc chłopaka w określone miejsce – Jak Ci się tutaj podoba?
- Cóż akademia jest bardzo urozmaicona jeśli chodzi o uczniów, a ona sama jest na wysokim poziomie, aczkolwiek i tak idzie się tu nieco pogubić – odparł wzruszając lekko ramionami.
- Mówisz jak jakiś filozof – zauważyłam lekko się uśmiechając na to i musiałam przyznać że mimo początkowego lekkiego zniesmaczenia co do niego, nabrał w moich oczach ponownie kolorów i wydawał się być dużo ciekawszą osobą, a niżeli jak zrobił wcześniej inne pierwsze wrażenie.
- A czasem mi się tak zdarzy – odparł także z lekkim uśmiechem na ustach.
- Mogę o coś spytać? - spytałam nagle, gdy już nieco dochodziliśmy do pastwisk, a tuż przed nami znajdowała się hala do ujeżdżenia.
- O co? - spytał.
- Co widzicie takiego w ujeżdżeniu? - spytałam – Nie to że mam coś przeciwko tej dyscyplinie, tylko nie za wiele wiem o tego rodzaju sportu – dodałam, by nie poczuł się urażony w żaden sposób.
- Cóż, dla mnie ujeżdżenie to coś w rodzaju bliższej harmonii z koniem. Wykonujesz na nim ruchy, które są prawie w ogóle nie dostrzegalne dla innych, a koń pod tobą tańczy i zdaje się płynąć czasem w powietrzu, to jest piękne w tej dyscyplinie sportu. Może innym wydaje się to nudne, ale tylko nieliczni potrafią zrozumieć naszą filozofię i zainteresowanie tym że sportem – wyjaśnił.
- Cóż skoki też wymagają od jeźdźca dużo ruchów niewidocznych dla innych ludzi, ale domyślam się iż ta dyscyplina jest dużo bardziej wyrafinowana niż inne dyscypliny z jeździectwa – odparłam po chwili namysłu, gdyż faktycznie jeźdźcy od ujeżdżenia wydawali się czasem tylko siedzieć na koniu, a jeśli chodziło o innych jeźdźców, to mimo wszystko ich ruchy były bardziej widoczne.
- Otóż to! - odparł uśmiechnięty, będąc najwyraźniej zadowolony z moich słów – Co jest piękniejszego w jeździectwie, niż dawanie koniowi ledwie wyczuwalnych sygnałów, podczas gdy on doskonale je wszystkie rozumie, jakby czytał Ci w myślach i je wykonuje w moment? - dodał.
- No w sumie po namyśle, to muszę przyznać że ujeżdżenie jest jednak bardziej fascynujące, niż z początku myślałam – przyznałam dochodząc do hali do ujeżdżenia.
- Ano widzisz – odparł spokojnie, a ja zauważyła nauczyciela od ujeżdżenia jak idzie w naszą stronę.
- Pójdę już, bo muszę zająć się swoim koniem – powiedziałam zgodnie z prawdą, widząc jak Evening ciągnie mnie co jakiś czas łbem za rękę, w której trzymałam jego wodze – Na razie i powodzenia w treningu – dodałam.
- Na razie – odparł, a ja spokojnie ruszyłam w stronę stajni, by zająć się swoim koniskiem oraz by dać mu nagrodę iż świetnie sobie poradził na treningu.
**
Chodząc z Debby po alejach sklepowych robiłyśmy niezłego rabanu co chwilę rechocząc z byle czego, bowiem wzięła nas niejaka głupawka i wszystko dla nas było bardzo zabawne. Skupiałyśmy się na zakupie jakiś chipsów i dobrego alkoholu, gdyż planowałyśmy nieco zabalować z okazji tego iż wreszcie wynajęłam sobie jakieś mieszkanko. Miałyśmy zamiar obejrzeć jakieś fajne filmy bądź seriale, grając w gry, obżerając się i pijąc, a do nas miał dołączyć Hugo, który był naszym przyjacielem i dawno go nie widziałyśmy, więc jego odwiedziny zapowiadały się fajnie. Zawsze miał poczucie humoru, więc na pewno nie było mowy o przysłowiowej nudzie.
- Dobra Aro, ja lecę po te chipsy, więc mów jakie chcesz – usłyszałam rozbawiony głos przyjaciółki.
- Mi to weź trzy opakowania chipsów śmietanowych z cebulką i… serowych, tych wiesz których – odparłam spokojnie.
- Jak Ty to możesz jeść? - spytała rozbawiona – Ja tam uwielbiam Jalapenio i te oryginalne – odpowiedziała mi przyjaciółka.
- Oryginalne Pringelsy też mi smakują ale moi faworyci to tamte dwa smaki – odparłam rozbawiona – Te… a jakie wybierzesz Hugo? - spytałam zaraz.
- On uwielbia te Pringelsy o smaku pizzy i te o smaku texas z czymś tam, chyba to ma smak grillowy nieco ale pewna nie jestem – odparła po chwili namysłu.
- Weź jeszcze te paprykowe, bo mnie ciekawią – powiedziałam jeszcze widząc iż zaczyna się kierować w stronę alejki z chipsami.
- Spoko, a Ty idź na te alko, bo spragniona jestem – odparła rozbawiona znowu.
- Do wodopoju dobierzesz się później – zaśmiałam się lekko udając się we właściwą alejkę. Było tutaj naprawdę pełno przeróżnych trunków, lecz jak na złość te które tak bardzo lubiłam się skończyło!
- Jak na złość – burknęłam sama do siebie, więc zaczęłam się rozglądać za jakimiś innymi trunkami, lecz sama nie wiedziałam co będzie najlepsze. Nie chciałam przecie wydawać pieniędzy w błoto i kupić coś paskudnego. Wzięłam jakieś dwie butelki piwa i zaczęłam z tyłu czytać na etykietach nieco o nich.
- Ocho, widzę że ktoś tu stoi przed poważnym wyborem – usłyszałam naglę znajomy już głos, więc zdziwiona podniosłam głowę i zobaczyłam szczerzącego się Ethana.
- Cześć Ethan – przywitałam się – Ano jak widać – dodałam z lekkim uśmiechem.
- Czyżby jakaś impreza się szykowała? - spytał podchodząc bliżej.
- Można tak powiedzieć, aczkolwiek moje ulubione piwo się skończyło, a to mnie przyszło wybrać jakiś dobry alkohol – westchnęłam lekko – Jeśli chciałbyś, to możesz wpaść jak nie masz nic ciekawego do roboty, będzie moja przyjaciółka jeszcze i przyjaciel – dodałam.
- Hmmm… Skoro mam się tam zjawić, to jednak muszę Ci pomóc z tymi trunkami, jeśli zabawa ma być odpowiednia – odparł lekko się śmiejąc.
- Przyjmę każdą pomoc – zaśmiałam się lekko, a po chwili przybyła także i moja przyjaciółka Debby – Joł Deb! I co znalazłaś? - spytałam przyjaciółkę.
- No baaaa – zaśmiała się, pokazując mi cały koszyk pysznych chipsów – A to kto? - spytała zaraz patrząc na blondyna.
- A to jest Ethan, niedawno przybył do naszej akademii – przedstawiłam go – Zaprosiłam go na naszą imprezkę dzisiaj – dodałam.
- Fajno! - ucieszyła się jak zwykle będą uśmiechnięta od ucha do ucha – Jestem Debby – przedstawiła się mu – Powiedz jakie lubisz chipsy, to się jeszcze w nie zaopatrzymy – dodała.
- Te, te, najpierw to niech nam pomoże w doborze fajnego alko, bo i ja spragniona się robię – zaśmiałam się lekko.
- A to ze mnie się śmiejesz, że to ja za szybko do poidła chcę się dostać – zaśmiała się przyjaciółka.
- To co? Które trunki najbardziej polecasz? Ja wolę bardziej słodkie, a ta wielbłądzica uwielbia nieco kwaśne – spytałam Ethana nadal będąc w dobrym humorze.

1187 słów

Od Blue cd. Adama

Jakżeby inaczej. Przecież bielizna to wspaniały prezent dla nowego chłopaka. Logika Adama mnie powalała, ale cóż. Nie mogłam jednak zarzucić mu braku gustu. Dlatego kolejne i kolejne propozycje nie były najgorsze. Co najwyżej mogły nie przypaść do gustu Amorkowi. Ale cóż. Jego szafa zawierała dokładnie dwa rodzaje bielizny: czarne bokserki i gejowskie bokserki (czyli na ogół z dziwnymi wzorkami). Nic pomiędzy. I Adam właśnie próbował wbić się w to “pomiędzy”.
- Nie możesz go wziąć ze sobą, czy coś? - Oparłam policzek o dłoń.
- Wtedy to nie będzie prezent niespodzianka - rzucił, po czym w końcu rzucił do koszyka dwie pary, bo idiota nie mógł się pomiędzy nimi zdecydować. - Ok, to teraz ta bardziej interesująca część - oznajmił, po czym skierował się na dział z damską bielizną i niemal od razu rzucił mi jeden z kompletów. - Przymierz. 
Przyjrzałam się całkiem zgrabnemu body. Oczywiście czarne, bo inne kolory nie są tak seksowne. Lekko przejechałam po nim palcami.
- Masz taką fantazję i potrzebujesz mnie w seksownej bieliźnie, czy co? - Uniosłam brew. - Ja urodziny mam za pół roku.
- Powiedzmy, że ten kawałek sztuki, marnuje się na wieszaku, a jeśli już ktoś ma go nosić, to niech chociaż ten ktoś dobrze w nim wygląda - wyjaśnił, po czym krótko parsknął śmiechem. - No dalej, załóż. Skoro już jesteśmy na zakupach, możemy trochę zaszaleć - dodał z uśmiechem.
- Niereformowalny. - Przewróciłam oczami i sprawdziłam metkę. - Znajdź mi rozmiar większą miseczkę. - Uśmiechnęłam się uroczo i ruszyłam do przebieralni.
- Auć, ale byłem blisko, nie? - Jego uśmiech był zabarwiony rozbawieniem, kiedy szukał dla mnie właściwego rozmiaru. Nie zdziwiło mnie, że finalnie na wieszakach w przebieralni znalazły się też dwa inne zestawy, już dwu częściowej bielizny. Szary z bordowymi wstawkami i szmaragdowy. Do wyboru do koloru.
- Widzę, że honorujesz moje próżne, ślizgońskie serce. - Odsunęłam zasłonkę i pokazałam mu się w czarnym body. - Masz szczęście, że goliłam wczoraj nogi. Całkiem niezłe, ale nie wiem po co miałabym to zakładać, skoro ty sypiasz z Ro.
- A ty z Sebastianem. Musiałby być ślepy, żeby nie docenić jak w tym wyglądasz - oznajmił, lustrując wzrokiem moją sylwetkę. - Jeśli nie będzie zachwycony, rzuć go.
- Nie sypiam z Sebastianem, nie jestem z Sebastianem, a jak mnie zapyta, to będę musiała się zastanowić. - Skrzywiłam się. - Związki na dłużej niż jedną noc nigdy mi nie wychodziły. - Obejrzałam się w lustrze. - Wow, w końcu coś, co podkreśla mi tyłek.
- Nikt nie mówi, że to musi być na dłużej - stwierdził, szczerząc zęby. - Poza tym patrz na mnie. Jestem chodzącą definicją faceta, który nie nadaje się do związku i gdyby nie twoje... przepełnione mądrością słowa, nie umawiałbym się teraz z Ro na poważnie.
- Pieprzysz Mikaelson. - Uniosłam lekko kącik ust. - Nie jestem manipulatorem, nie przekonałam cię do tego. Nie wiem jak, ale jesteście razem i jesteście szczęśliwi. Więc ja jestem zadowolona. - Zasunęłam zasłonkę i przebrałam się w szary z bordowym. Był bardzo wygodny, jak na stanik. - Ten jest wygodny. Mogę nie być obiektywna.
- Leży w porządku - stwierdził, podchodząc do mnie, by obejść mnie dookoła. - Mniej seksowny ale nadaje się też pod zwyczajne ciuchy, a w razie czego dobrze wypadniesz w nim też, gdy ubranie pójdzie w odstawkę. Ale spróbuj też ten trzeci. Ceną się nie przejmuj - dodał, mrugnąwszy do mnie i cofnął się, bym mogła się przebrać. - I nie. WCALE nie jesteś manipulatorką.
- Ty ciągle nie wiesz, kto jest największym manipulatorem. - Uniosłam lekko kącik ust i zasunęłam zasłonkę. Może i Amorek był niewinny i słodki, ale potrafił dopiąć swego. Zawsze. I to tak, że się nie zorientowałeś.
- Jeżeli myślisz, że Aniołek, to cholera masz rację - dobiegło mnie zza zasłony.
- Prawda? - Cóż. Trzeci komplet łączył w sobie wygodę i wygląd dwóch poprzednich. Zakochałam się w nim i nie było odwołania. Szybkim ruchem odsłoniłam materiał. - Masz rację. Nie mogę przejmować się ceną, bo jest cudny. Masz oko mój drogi. Cholera, mogłam cię wyrywać, ale Ronan... 
- Pozabijalibyśmy się po pierwszym tygodniu związku - zauważył z powagą, po czym znów się do mnie zbliżył i przesunął lekko palcami po moim ramieniu, teraz odsłoniętym i wrażliwym na dotyk. - Ale wiesz… - Jego dłoń zawędrowała na szyję i zatrzymała się na moim policzku, gdy nachylił się ku mnie. - Bycie najlepszym gej przyjacielem też mi odpowiada - zażartował z uśmiechem, odsuwając się ode mnie i oboje zauważyliśmy jak sprzedawczyni ze sklepu patrzy na nas z zupełnym zawstydzeniem, wymalowanym na twarzy. Uśmiechnęłam się bezczelnie.
- Awansowałeś na mojego chłopaka. - Popatrzyłam na niego. - To… co z tym? - Uniósł brew, po czym zobaczyłam w jego oczach błysk zrozumienia.
- Oh, nie wiem czy bardziej zachwyca mnie jak w nim wyglądasz, czy raczej mam ochotę go teraz z ciebie ściągnąć - stwierdził, grając ku uciesze widowni. Choć równie dobrze mógł mówić szczerze. Uśmiechnęłam się. Co z tego, że był chłopakiem Ro. Nie byłam głupia, a on był dobry w łóżku. I nie mogłam tego nie przyznać.
- Ściągaj to bokserki w sypialni, ja poradzę sobie sama. - I znów zniknęłam w przebieralni, żeby tym razem wcisnąć się w swoje ciuchy. - To jak? - Zatrzepotałam rzęsami. - Na co mogę liczyć.
- Gdy chodzi o taką piękność, pieniądze nie grają roli. - Mówił o mnie, bieliźnie, albo o obydwu. Tak czy siak, sprzedawczyni miała niezłe przedstawienie. Nawet podeszła do nas z nieśmiałym uśmiechem.
- To komplet z nowej kolekcji, ale myślę, że możemy pomyśleć o małej zniżce - powiedziała dziewczyna z wyraźnymi rumieńcami na twarzy. - Przepraszam za śmiałe słowa, ale to naprawdę urocze, że razem kupujecie bieliznę. Ma pani szczęście, mając takiego chłopaka.
- Oh, mam szczęście, to prawda. - Wyszczerzyłam się. - Adam? Chcesz wziąć coś jeszcze dla swojego chłopaka, czy idziemy? - Mina sprzedawczyni była bezcenna. 
- Myślę, że mamy już wszystko, co wpadło nam w oko, moja piękna - oznajmił chłopak i znałam go na tyle, by wiedzieć, że bliski był wybuchnięcia śmiechem, ale starał się opanować. - Poczekaj, a ja zapłacę. Będzie kartą. - Oczywiście, że miał kartę. 
- Oh… Um… Tak. Dobrze. Już pakuję - odpowiedziała zupełnie skołowana dziewczyna, zabierając wybrane przez nas rzeczy do zapakowania. Pociągnęłam go jeszcze za rękę.
- Jesteś pewien, że nie chcesz tego dla Ro? - Wskazałam na całkiem zgrabny, puchaty ogonek. Różowy jak świnka.
- W sumie czemu nie? Ale wolę biały. Są do tego uszy? - Zwrócił się do kasjerki, a ta szybko dorzuciła do zakupów biały zestaw królika. - Idealnie - rzucił Adam, po czym zapłacił i na odchodnym jeszcze mrugnął do zawstydzonej po koniuszki uszu dziewczyny. Gdy oddaliliśmy się na odpowiednią odległość od sklepu oboje brechliśmy głośnym śmiechem.
- Zakupy z panem, to czysta przyjemność Mikaelson - powiedziałam, gdy już złapałam oddech. - Wróćmy tam za jakiś czas.
- Aż w końcu nas wyrzucą? Jak wtedy na Laser Tagu? - spytał, ale wciąż szczerzył się rozbawiony. 
- Nieee, tu będziemy grzeczni. - Zaśmiałam się. - Mają zbyt dobrą bieliznę.
- Następnym razem możesz wybrać coś dla mnie - rzucił. - Nie tylko ja tutaj mam dobry gust.
- Aw, słodko. - Popatrzyłam na zegarek. - Ale teraz musimy ruszać, nie mamy wieczności!

Adam? Gotowy na urodziny?
1099 słów

1.21.2020

Od Leonarda cd. Noah

- Uważaj na siebie. - Otworzyłem jej drzwi. - I napisz, czy bezpiecznie dotarłaś do domu. - Dodałem, gdy dziewczyna przystanęła w progu budynku.
- Postaram się. - Poprawiła kurtkę. - To do jutra? - Obdarzyła mnie delikatnym uśmiechem.
- Do jutra. - Skinąłem głową.
Po odprowadzeniu Noah wzrokiem, zdecydowałem się wrócić do ciepłego salonu, gdzie wylegiwała się zmęczona Sherry. Przewracając na to oczami, usiadłem obok niej, a następnie włączyłem telewizor, który (o ironio) zaproponował mi oglądanie hiszpańskiej telenoweli. Ugh, życie w pigułce - przeniosłem się na AXN. Tutaj natomiast natrafiłem na moment ślubu Temperance i Bootha. Chyba nie muszę tłumaczyć, jak wyglądała obecnie moja twarz. Błagając Boga o litość, wcisnąłem na pilocie losowe cyfry, co wpakowało mnie w jeszcze większe bagno.
- Chyba nic ciekawego nie obejrzymy. - Posmyrałem sukę po czystym łbie. - Pójdę się umyć, a ty nie zrób tutaj bałaganu. - Beagle puknął kilkukrotnie ogonem w kanapę. - Zaraz wrócę.
***
Wyglądam fatalnie - usiadłem przed ogromnym lustrem, licząc się z tym, że takie zachowanie mi w niczym nie pomoże. Była sobota, godzina czwarta piętnaście, a ja ciągle nie potrafiłem wybrać odpowiedniej koszuli. Dokładnie za czterdzieści pięć minut, powinienem pojechać po Noah i zabrać ją do Vin Rouge, gdzie mieliśmy spędzić naszą pierwszą randkę. Nie mogę zawalić - oparłem czoło o chłodną ramę zwierciadła. Życie bez Madeleine było naprawdę trudne. Nikt nie mógł mi doradzić, wyprasować ciuchów, a nawet powiedzieć, że ładnie wyglądam. Biorąc się w garść, pod wpływem emocji wbiłem się w klasyczną biel. Wygładzając podwijające się rękawy, opuściłem zagraconą sypialnię w celu odnalezienia wypastowanych butów. Nie mogłem się teraz wycofać. Czekałem na to zbyt długo, a utrata danej mi szansy, byłaby porównywalna do ciosu w głowę. Wyrzucając z umysłu ponure scenariusze, wsunąłem stopy w czarne wizytówki. Po prostu powiem jej co do niej czuję i tyle. Najwyżej mnie wyśmieje - przerzuciłem przez ramię swoją ulubioną marynarkę. Pora zmierzyć się z najgorszym.
***
- Wyglądasz… Olśniewająco. - Otworzyłem fioletowowłosej drzwi od czarnego Audi.
- Dzięki. - Uśmiechnęła się niepewnie. - Ty też wyglądasz świetnie.
- To miłe. - Pomogłem jej z pasem bezpieczeństwa. - Jeśli pozwolisz, odwiozę cię później do akademii. - Dodałem, gdy zasiadłem w fotelu kierowcy.
- Dobrze. - Spojrzała w lusterko wewnętrzne. - Oczywiście, jeśli to nie problem… - Wbiła wzrok w samochodowy dywanik.
- To nigdy nie problem. - Zwróciłem samochód w stronę miasta. - Jak to mówicie… Za hajs podatników baluj? - Noah cicho się zaśmiała.
- Biedny skarb państwa. - Dalej unikała mojego wzroku. - Zapłacę za siebie. Nie możemy wykorzystać wszystkich, brytolskich funtów.
- Nie tym razem. - Lekko ją szturchnąłem. - To randka. Zapłacę za naszą dwójkę. - Skręciłem w prawo.
- Ale…
- Spokojnie. - Złapałem jej lodowata dłoń. - Po prostu mi zaufaj.
***
Co ciekawego można zjeść na pierwszej, oficjalnej randce? Klasyczne spaghetti z dodatkowym serem. Normalnie scena jak z Zakochanego Kundla. Nie mając zamiaru na to narzekać, przekazałem zamówienie wysokiemu brunetowi, który bez słowa udał się do odnowionej niedawno kuchni.
- Jak minął ci dzień? - Zapytałem, aby umilić nam czas.
- Praca, praca i jeszcze raz praca. - Wzruszyła ramieniem. - Kiedy wróciłam z kafejki zajęłam się lisami, a teraz jesteśmy tutaj. - Wydusiła z siebie nieco więcej. - A tobie?
- Pranie, gotowanie, spacer z psami… - Nie starałem się o chronologiczną kolejność zdarzeń. - Normalnie cofam się o trzy lata do tyłu. - Wyszczerzyłem się.
- Czyli teraz jesteś gosposią? - Uniosła prawą brew. - Jeśli nadal pragniesz spełnienia, mam w pokoju stos ubrań do wyprania. - Zażartowała.
- Na razie podziękuję. - Po raz kolejny dzisiejszego wieczoru, złapałem Blake za rękę. - Noah? - Chwilowo spoważniałem.
- Tak? - Zwiększyła swoją czujność.
- Wiem, że jestem często wkurzający i większość ludzi niezbyt za mną przepada, ale ja naprawdę cię kocham. Zrobię wszystko, żebyś była szczęśliwa. Nigdy cię nie skrzywdzę… Proszę, daj mi szansę na oficjalny związek.

Nołe? 
575 

Od Andrew cd Nino

Ta niepozorna, ale całkiem miła istotka, zwana Nino, cóż, faktycznie miała problem z Goldenem. Chociaż, tak naprawdę, wszystkiemu byli winni ci nieudolni stajenni, którzy chyba dopiero co pierwszy raz w życiu weszła do stajni i zobaczyła konie, którymi trzeba się zająć. Matko, czy oni naprawdę nie byli w stanie ogarnąć jednego denerwowanego konia? Ja wiedziałem, że Czarny jest narwany, więc wolałem być przy tym, jak gdziekolwiek go przeprowadzali. Ona tu była, ale i tak nie mogli upilnować jej konia. W sumie, zrobiło mi się jej żal. Strata ukochanego zwierzaka mogłą być ogromnym ciosem dla każdego. Ale cóż, kopytkujacego narwańca znalazłem. Niemal od razu poczułem się jak profesjonalny zaklinacz koni, którym nie byłem i nigdy nie będę.
Gdy już Golden trafił w ręce swojej właścicielki mogliśmy na spokojnie szukać jego boksu. Rozglądałem się na boki, ale nigdzie nie mogłem znaleźć miejsca dla tego nowego przybysza. Koń szedł miedzy nami, wyjątkowo spokojny, jak na jego wcześniejsze zachowanie. Od czasu do czasu trącał Nino łbem, dopraszając się o pieszczotę albo jakiegoś smakołyka. Uśmiechnąłem się pod nosem. Golden zachowywał się niemal jak Czarny, też bywał takim przytulaskiem i lelusiem. O ile akurat coś nie strzeliło mu do głowy i, na przykład, nie próbował odgalopować na drugi koniec stajni lub padoku. Cóż, narwańcy już tak mają.
Po chwili znaleźliśmy się pod boksem Prince’a. Koń zarżał radośnie na mój widok.
- No co, wariacie? – zaśmiałem się i pacnąłem go po głowie. Ten w odpowiedzi potrząsnął grzywą. – Chcesz coś? - znów zarżał. – Tak, wiem, czujesz te kostki cukru – zacząłem się śmiać i podałem mu z kieszeni jedną, którą niemal od razu smakowicie schrupał.
- O, jesteśmy na miejscu – rzekła Nino zza moich pleców i zaczęła wprowadzać konia do pustego boksu, który znajdował się zaraz obok boksu Czarnego.
- Tutaj, obok niego? – uniosłem lekko brwi.
- Tak, na to wygląda – uśmiechnęła się i wskazała na coś ręką.
- Hmm? – ruszyłem w jej stronę i stanąłem zaraz obok. – Faktycznie – dodałem, gdy ujrzałem tabliczkę z imieniem jej konia. – Widzę więc, że nasi narwani towarzysze będą mieszkali obok siebie.
- W sumie... Czekaj, co? Jak to narwani? Twój koń też? – zaczęła się cicho śmiać.
- No cóż... Czarny jest jak ja. Nie jest normalny – wzruszyłem ramionami.
- Mam wrażenie, że odrobinkę przesadzasz – odparła, uparcie mi się przyglądając.
- No co? – uniosłem ręce w pytającym geście.
- Nie wyglądasz na nienormalnego – przyglądała mi się i po chwili zaczęła się szczerze i uroczo śmiać. Miała taki śmiech, że i ja nie mogłem się powstrzymać, więc po chwili i ja wybuchnąłem.
- No dobra, dobra, teraz, gdy oboje śmiejemy się jak wariaci, na pewno uznają nas za normalnych.
- Cóż, trudno – odparła i wzruszyła ramionami, przytrzymując w palcach zabłąkany kosmyk włosów.
- W zasadzie... Masz jakieś plany na jutrzejszy dzień? – zapytałem znienacka. Andrew, co ty robisz? Jesteś pewien tego, co przed chwilą wyszło z twoich ust?
- Cóż... W zasadzie to nie – odparła, lekko pąsowiejąc na twarzy. – A dlaczego pytasz?
- Jesteś tu nowa, na pewno nie znasz terenu... – odparłem i odwróciłem twarz, bo sam puściłem niezłego buraka.
- Cóż, ciężko nie przyznać ci racji... – odparła cicho.
- Mogę cię oprowadzić, jakoś pomóc, pokazać, co i jak... O ile, oczywiście, życzysz sobie tego...
- Chętnie odpowiem pozytywnie na twoją pomoc – szturchnęła mnie w ramię i zaczęła cicho się śmiać.
- A więc... Czy szanowna Nino zgodzi się oprowadzoną być jutro w godzinach wczesnopopołudniowych? – powiedziałem śmiertelnie poważnie i znów wybuchnąłem śmiechem.
- Ależ oczywiście, szanowny panie Andrew, z jakże wielkim uradowaniem serca mego zgodzę się na to – odparła równie poważnie i sama zaczęła się śmiać.
- To co, o której?
- O pierwszej będzie ok., tak myślę.
- Super, to jesteśmy umówieni – odparła. – To do jutra, hej! – odparła i ruszyła przed siebie w nieznanym mi celu.
A ja, zadowolony z nie wiadomo czego udałem się do auta. Byłem trochę zmęczony i jedyne, czego chciałem, to wejść pod prysznic i spać.

Nino? :3 Polubią się? :3
622 słowa