3.06.2019

Od Blue do Adama

Cholerny Ronan. Miałam go po dziurki w nosie. Nie dość, że sam zaproponował imprezę, na którą nie chciałam iść, zmusił mnie do niej, to teraz nie przyszedł! Miałam go dość. Szczególnie, że się odstroiłam. Cholernik.

Stałam właśnie przy barze i powoli sączyłam drinka, zastanawiając się jaki sposób śmierci będzie najbardziej bolesny. Kastracja? Nieee, za szybko. Powolne tortury? Nie mam narzędzi. Pozwolenie mu patrzeć jak cierpi Hammer i Nyx? Nie byłam sadystką, a zwierzęta nic nie zawiniły. Cóż. Pozostaje klasyczne morderstwo łyżką. Powolne, z premedytacją i szczególnym okrucieństwem. Pięknie. Mamy plan. Odwróciłam się do baru, żeby zamówić kolejnego drinka. Barman zjawił się niemal natychmiast i przyjął zamówienie. Odwróciłam się z powrotem w stronę parkietu i patrzyłam na ludzi. To był zły pomysł. Od razu zwizualizowałam sobie tego cholernika, który zawsze błyszczał. Jakby jego biodra minęły się z powołaniem tancerza. Obecnie widziałam może dwie osoby, które mogłyby mu dorównać. Wyciągnęłam telefon i napisałam mu nienawistnego SMS-a.
„Policzymy się jutro!”
Zerknęłam za siebie i wzięłam drinka, który właśnie pojawił się przede mną. Mogłabym pójść zatańczyć. Ale nie mam z kim. Cholerny Ronan. Za jednym razem wypiłam zawartość szklanki i postanowiłam pójść do łazienki, a potem opuścić to jakże… wspaniałe… miejsce. Oj Ronan mi za to zapłaci. Cholernik jeden.
Mój plan działał niemal idealnie. Niemal to słowo kluczowe. Prawie przy łazienkach poczułam tylko uderzenie i uczucie lotu, ale mój tyłek – o dziwo – nie uderzył o podłogę. Czyjeś ręce obejmowały mnie w talii. Popatrzyłam na swojego wybawiciela, który był jednocześnie sprawcą tej sytuacji.

– Wow, przepraszam, nie chciałem zwalić cię z nóg… – Usłyszałam jego głos i ujrzałam uśmiech.
Powoli przesunęłam wzrokiem po chłopaku. Ciemne włosy, ciemne oczy, ciemne ciuchy, damn. Był hot. Kiedy nasze oczy spotkały się po obopólnej lustracji, uśmiechnęłam się zadziornie.
– Uważaj, bo pociągnę cię za sobą.
– Tak szybko chcesz, żebym przycisnął cię do podłogi? – Zaśmiał się. – Nawet nie znam twojego imienia.
– Jane. – Uniosłam kącik ust. – I preferuję ścianę, ewentualnie łóżko.
– Adam. – Postawił mnie do pionu. – Myślę, że z tym pierwszym nie będzie problemu.
– To dobrze. – Uniosłam kącik ust. – Mam chujowy wieczór, więc może poprawisz moje dotychczasowe odczucia.
– Ou, czyli wychodzi na to, że mamy ze sobą coś wspólnego. – Zauważył.
– Ciebie też wkurwił jakiś kumpel? – Uśmiechnęłam się uroczo. – Cholernik.
– Nie nazwałbym go kumplem, ale reszta się zgadza. – Pokiwał głową. – To co? Masz ochotę na drinka? Tak na dobry początek.
– Jeśli postawisz… – Pociągnęłam go do baru. – A potem przejdziemy do rzeczy.
– Czego sobie zażyczysz Wampirku. – Na jego usta wpłynął leniwy uśmiech.
Proszę, proszę. Był wieczór. Ja byłam w klubie. Bez Ro. Ale za to z Adamem. Cóż. Chyba mogłam zaliczyć ten dzień do udanych. A przynajmniej wieczór. Jutro na dokładkę ojebię Ronana. Idealnie.
– To co? – Zapytałam Adama. – Powiesz mi coś o sobie? Nie pójdę nigdzie z kimś totalnie nieznajomym.
– Tylko jeśli odwdzięczysz mi się tym samym. – Zamówił nam drinki. – Mojito truskawkowe może być?
– Tak. – Pokiwałam głową. – Więc… co tu robi taki Japończyk? Zakończyłeś karierę? Już?
– Jestem aż tak sławny? – Zaśmiał się.
– Powiedzmy, że brat mojego przyjaciela przejawia niezdrową manię oglądania wszystkiego co jest na topie, a jeśli ma tam coś związanego z Japonią to od razu się zakochuje. – Wyszczerzyłam się.
– To dobrze, że trafiłem na ciebie, a nie na psychofana – powiedział.
– To prawda. – Pokiwałam poważnie głową. – Więc jak? Czemu nie grasz dalej? I czemu jesteś tu? Nie gdzieś w wielkim świecie?
– Powiedzmy, że potrzebowałem przerwy. – Oparł się o blat.
– Przerwa w Karolinie Północnej, dość ciekawy pomysł. – Przekrzywiłam głowę. – Czyli spotkamy się też w Akademii, tak?
– Jeśli jesteś w mojej grupie to całkiem możliwe. – Odparł.
– Będę wiedziała jutro z rana. – Skrzywiłam się. – Jeśli będę w stanie wstać. Twój ruch Słoneczko.
– To może powiesz mi co ty tutaj robisz? – Popatrzył wyczekująco.
– Oprócz tego, że wystawił mnie ktoś, kto śmie nazywać się moim przyjacielem? – Zaśmiałam się. – Też jestem uczennicą Akademii. Mam rok przerwy między studiami, a szkołą. W sumie to między szkołą, a studiami.
– Co będziesz studiować? – Zapytał zainteresowany.
– Jeszcze nie wiem, dlatego mam przerwę. – Uśmiechnęłam się i przygarnęłam jednego z drinków. – Mnóstwo możliwości, mało pewności. Teraz ja. Kręciłeś ze swoim partnerem z planu?
– Rozumiem, że graliśmy bardzo przekonująco. – Pokiwałam entuzjastycznie głową. – Myślę, że media wystarczająco wypowiedziały się w tym temacie.
– Nie pytam mediów, pytam ciebie. – Wbiłam w niego wzrok.
– A jaką mam pewność, że nikomu o tym nie powiesz? – Uniósł brwi.
– Nie masz. – Uśmiechnęłam się uroczo. – Ale zawsze będziesz mógł próbować zapytać mnie o jakiś mój sekret.
– Czyli sekret za sekret, tak? – Uniósł kącik ust.
– Jeśli trafisz, to tak. – Pokiwałam wesoło głową.
– To okej. – Upił łyka. – Nie wiem jak bardzo cię to zawiedzie, ale nie, nie kręciliśmy ze sobą.
– Czemu ma mnie to zawieść? Wygrałam dychę od kumpla! – Uniosłam ręce w górę. – Satysfakcja jest lepsza niż ta dycha. Teraz ty.
– Powiedz mi coś więcej o tym zdradzieckim przyjacielu. – Oparł się wygodnie.
– W jakim sensie? – Prychnęłam.
– Jakiż poważny powód zatrzymał go z dala od ciebie i czy uratuje mu on życie? – Zapytał.
– Musiał wpuścić rodzinę do domu. – Powiedziałam poważnie. – Możliwe, że jego rodzice go uratują, ale nie wiem. Jest cholernym idiotą. Tyle. Jutro dostanie. I jego konik zostanie bez jeźdźca. A ty? Czemu masz parszywy dzień?
– Spotkałem pewnego blond Aniołka, ale gdy sprawy zaczęły nabierać tempa, odleciał. – Westchnął zirytowany.
– Widocznie obydwoje mamy pecha do blondynów. – Zauważyłam.
– Tia, oni są najgorsi. – Pokiwał głową. – Jak kaczki.
– Utożsamiasz się z rodziną Herondale? – Zaśmiałam się. – Czy Blitzem?
– Bardziej Bane, ale coś z Jace’a mam. – Puścił mi oczko.
– Mam nadzieję, że w sypialni też. – Pochyliłam się. – Bo ja na pewno nie jestem Clary. Ani Alekiem.
– Gdybyś była Clary, ta rozmowa nie miałaby miejsca. – Zaśmiał się.
– Bardzo ją cenisz. – Prychnęłam śmiechem. – Cóż… o co mogę się jeszcze zapytać… jak ci się podoba w Akademii?
– Jestem tu pierwszy dzień, więc niewiele mogę powiedzieć, ale wygląda na to, że uczniowie są dość… interesujący. – Odparł.
– Całkiem ciekawy dobór słów. – Upiłam kolejnego łyka. – Może nie zmienisz zdania jak poznasz mojego parszywego przyjaciela.
– Jeśli pozwolisz mu żyć, to może go poznam. – Sam wypił trochę swojego napoju.
– Chyba pozwolę. – Westchnęłam. – Jest moim przyjacielem. Mimo wszystko.
– Masz tu jeszcze innych przyjaciół? – Zapytał.
– Nie, dziś przyjechałam tu z Richmond. Ale spokojnie, jestem rozpakowana. – Uśmiechnęłam się. – I mam psa. Ale nie jest groźny. Prędzej cię wyliże niż ugryzie, jeśli się włamiesz.
– Muszę się włamywać, czy sama mnie zaprosisz? – Oblizał usta.
– Dopij drinka i chodźmy do mnie. – Uniosłam szklankę. – Pasuje?
– Do tego chyba zmierzamy. – Wypił duszkiem napój procentowy, a ja poszłam w jego ślady. – Lepszy twój pies, niż mój kot zabójca.
– Cieszę się, że się zgadzamy. – Zaśmiałam się. – Nie znam twojego kota, więc się nie wypowiem. A teraz chodź. – Wzięłam go za rękę i pociągnęłam do wyjścia.
***
Zobaczyłam pierwszy minus, gdy tylko weszłam do pokoju. Łóżko.
– Proszę powiedz, że ta scena, gdzie miętosiliście się na kanapie nie była niewygodna? – Uniosłam lekko brwi.
– A co? – Zapytał Adam. – Ou.
– Tak. – Pokiwałam głową. – Założę się, że jest wygodne. Na jedną osobę. Nie spadnij.
– Ja pierdolę. Musimy uważać, żeby nie złamać sobie ręki. Albo karku. – Ciągle patrzył na łóżko.
– A co z psem? – Zapytał jeszcze.
– Tam jest. Śpi. Do rana się nie obudzi. – Wskazałam na suczkę, która spokojnie sobie spała.
– O swoim kocie też tak myślałem… – Urwał.
– Bo to kot. – Wzruszyłam ramionami i zdjęłam wierzchnie ciuchy. – Przejdziesz do rzeczy, czy ja mam?

Adam? Jak ci się podoba? Nie spadnij tylko xD
1185

3.04.2019

Od Gabriela CD Manuela

-Twierdzą, że ukradłem komuś dokumenty i chcą dzwonić po psy...-warknął.
-Będę za chwilę.- odpowiedziałem i się rozłączyłem.
Wciągnąłem na siebie pierwsze lepsze spodnie, które nie wyglądały jak psu z gardła wyjęte i wyszedłem z pokoju z kluczykami w ręce. Założyłem kask na głowę i wsiadłem na motor biorąc sobie za cel najbliższy sklep. Chyba o ten mu chodziło. Po paru minutach byłem już na parkingu. Wziąłem kask pod rękę i wszedłem do sklepu szukając wzrokiem chłopaka. Gdy moje poszukiwania nie przynosiły skutku wyciągnąłem telefon i zadzwoniłem.
-Gdzie jesteś?
-Na zapleczu, jest tabliczka na drzwiach.
-Okej.
Zapytałem jednej z kobiet, która tu pracuje gdzie jest zaplecze i po paru minutach udało mi się z niej wyciągnąć gdzie mam iść. Dotarłem do wskazanych drzwi, za którymi był Manuel w towarzystwie jakiegoś zmutowanego giganta. Myślałem, że to ja jestem duży, ale to jest przesada.
-Wszystko w porządku?- spytałem podchodząc do blondyna.
-Tak, tylko na policję chce dzwonić.
-Po co to komu? Przecież on jest pełnoletni.- skierowałem swoją uwagę do ochroniarza.
-Ma kradzione dokumenty.
-Na jakiej podstawie Pan myśli, że są kradzione?
-Nie on jest na zdjęciu.- powiedział i podstawił mi pod nos dokumenty.
-Przecież to on. Tylko nie ma tunelu i ma inaczej włosy.
-Osoba na zdjęciu i ten pan to dwie inne osoby.
-Ugh, niech pan popatrzy.- wyciągnąłem z kurtki swój dowód.- Jestem tu blondynem i mam parę kolczyków, ale to nadal ja.- ustawiłem dokument obok swojej twarzy.- A to jest on.
-Policja i tak jest już zawiadomiona.
-Ja pierdole za co.- westchnąłem, a chłopak prychnął w tym samym czasie.- Nie można tego odwołać?
-Dokumenty są kradzione.
-Nosz, ja pierdole!- zaklnąłem i słyszałem podobną wiązankę z ust blondyna.
Oparłem się o ścianę obok chłopaka i spytałem:
-A jakby inaczej spróbować?
-O czym myślisz?
-Może wyciągnij ten kolczyk i postaw włosy.
-Nie licz na to.
-Manueeel. Wolisz jechać na policję?
Blondyn westchnął, ale już po chwili jego włosy stały, a tunel leżał na mojej ręce.
-Już przypominam?- zapytał mężczyzny.
Grubszy osobnik podniósł dokument i zaczął przenosić wzrok to z niego to na chłopaka. Pokręcił lekko głową i już się cieszyłem, gdy powiedział:
-To nie jest on.
-No chyba se kurwa żarty robisz.- powiedziałem.
-Ja pierdole.- zaklął blondyn i odebrał ode mnie kolczyk, by włożyć go na swoje miejsce.
Zaczął układać włosy, lecz mu przerwałem mówiąc, że ja chcę. Włożyłem dłonie w pukle chłopaka układając w to co zazwyczaj ma na głowie. Po skończeniu lekko cmoknąłem chłopaka co musiało się spotkać z komentarzem goryla.
-Nie dość, że złodziej to jeszcze pedał.
-Coś ty powiedział ulany homofobie?- syknąłem.
Chciał coś odpowiedzieć, lecz na szczęście do środka wszedło dwóch funkcjonariuszy.
-Ktoś zgłosił kradzież dokumentów.- powiedział.
-Ten pan.- wskazał na Manuela.- Ukradł dowód osobisty i prawo jazdy.
Wywróciłem oczami, by powstrzymać się przed palnięciem czegoś.
-Mógłbym zobaczyć?
Ochroniarz podał policjantowi dwa kawałki plastiku.
-Pana godność?- spytał.
-Manuel Fettner.
-A pan kim jest?- spytał się mnie.
-Jego przyjacielem.- nie chciałem ryzykować określenia chłopak, bo kto wie czy nie trafiliśmy na osobę z zamkniętymi poglądami.
-Proszę pokazać dokumenty i powiedzieć jak Pan się nazywa.
-Gabriel Carramz.- powiedziałem dając dowód.
-Moim zdaniem na zdjęciu jest Pan Fettner. Co sądzisz?- spytał współpracownika.
-Zdjęcie było robione jak był Pan młodszy?
-Dokładnie.- odpowiedział blondyn.
-Wierzymy, że jest to pan, ale musimy Pana zatrzymać. Takie zasady.
-Ja pierdole...- powiedział z rezygnacją blondyn.
-Nie da się tego ominąć?- spytałem.
-Taki jest nasz obowiązek. Idziemy.- powiedział do Manu.
Chłopak niechętnie się podniósł i poszedł za mężczyznami. Ja za to zapłaciłem i wziąłem jego zakupy i się udałem do swojego pojazdu. Na cholerę komuś formalności. Sami stwierdzili, że to on. Odpaliłem motor i jechałem za wozem policyjnym. Nie jechali jakoś daleko, bo już po dwudziestu minutach zwolnili i zajechali do komisariatu. Wysiedli z auta i weszli do budynku co również zrobiłem. Usadzili blondynka w recepcji.
-Co będą robić?- spytałem.
-Sprawdzą numery kart i coś tam jeszcze.
Przyciągnąłem do siebie chłopaka tak, że był oparty o mnie bokiem.
-Czym przyjechałeś?- spytałem.
Z jego ust wydało się westchnięcie i po chwili powiedział:
-Quadem.
-Pogibało cię?
-Możliwe.
-Ja pierdole, Manuel. Było powiedzieć to bym cię podwiózł. Wylecz się chociaż.
-Zdradzę ci w tajemnicy, że brak nogi nie jest uleczalny.
-Ale ręka już tak.
Chłopak jedynie wywrócił oczami. Po parunastu minutach z jednego z pomieszczeń wyszedł policjant.
-Wszystko jest okej.- oddał kawałki plastiku.
Po odebraniu dokumentów wyszliśmy z budynku i stanęliśmy na parkingu.
-Jesteś zmuszony jechać z przodu.- wyszczerzyłem się.
Chłopak prychnął, ale uśmiechnął się pod nosem. Podałem mu zapasowy kask i usiadłem czekając aż usiądzie przede mną. Odpaliłem pojazd i położyłem ręce na kierownicy obejmując tym samym blondyna. Zawróciłem i wyjechałem z parkingu włączając się do ruchu. Manuel zaczął się wiercić ocierając się co chwilę o mnie.
-Mógłbyś usiąść i się nie ruszać?- spytałem.
-Przeszkadzam Ci?
-Tak.
Blondyn lekko się zaśmiał, ale wykonał polecenie. Chwilę później staliśmy pod budynkiem gdzie chłopaka wsiadł na Raptora.
-Właśnie, mam twoje zakupy.- powiedziałem i podałem mu siatkę.
-Kupiłbym sam.
-Śmiem w to wątpić. Widzimy się w akademii.
W odpowiedzi blondyn kiwnął głową. Ruszyłem w stronę uczelni wyprzedzając inne pojazdy. To było najlepsze w motorach. Nie trzeba nigdy czekać w korkach czy na światłach aż ktoś przed tobą przejedzie. Po dotarciu do akademii udałem się do swojego pokoju i nakarmiłem gryzonia w klatce. Spojrzałem na paczkę, której wcześniej na pewno tu nie było. Wziąłem w ręce pudełko i potrząsnąłem. Nie wydało żadnego odgłosu, więc wziąłem do ręki nożyk i otworzyłem je. W środku był krawat i koszula, które miała zamówić Venus. Teraz sobie uświadomiłem, że już za niedługo jest ten ślub. Dwudziestego pierwszego marca czyli w pierwszy dzień wiosny. Powiesiłem ubrania na wieszaku i włożyłem je do szafy. Poszedłem do łazienki gdzie zobaczyłem ślady zarostu na policzkach. Przejechałem po nich ręką i stwierdziłem, że drapią nieprzyjemnie. Maszynka i pianka poszły w ruch i już po chwili pozbyłem się tarki z twarzy.

Manu?
968 słów.

Od Manuela CD Gabriela

Siedziałem na przeciwko chłopaka i tłumaczyłem mu każde niezrozumiałe dla niego słowo, bo kto by przypuszczał, że zapyta mnie jak jest samochód, klub nocny czy orgazm. Choć patrząc na niego, to wszystko jest możliwe. Dziwię się, że nie zapytał mnie jak jest dziwka na ulicy, ale może pomińmy ten temat. 

Chłopak kilka razy się zaśmiał, więc atmosfera trochę się rozluźniła, przez co poczułem się lepiej. Nie chciałbym aby przez całą naszą rozmowę napięcie wiszące w powietrzu było tak gęste, że można by je kroić nożem. 
Fakt, ja sam mogę się obwiniać o to co się stało, i pewnie będę to robił przez dłuższy czas, lecz mam nadzieje, że było tak jak mówił Gabriel. Nie chcę stać się pośmiewiskiem wśród wszystkich uczniów czy też nawet nauczycieli, bo kto by się nie śmiał z takiego kolegi jak ja. 
Skoro nikomu nie było do śmiechu, aby to ukazać, nie znaczy to, że wszyscy będą ignorować moje zawieszenie w strzemionach. 
***
Czas płynął nie ubłagalnie, więc podniosłem swe cztery litery, aby wziąć leki, a następnie zagadnąłem do mojego miśka, gdzie byłem nachalny. Co poradzić, że on tak na mnie działa? 
-Gabiś, co powiesz na to aby się gdzieś przejść? 
-Gdzie ty chcesz chodzić?-popatrzył na mnie unosząc delikatnie swoją brew. 
-Gdziekolwiek. 
-A nie lepiej pooglądać seriale, czy filmy?
Zaczyna się. Znowu troska, znowu będzie się rozchodziło o to, abym dużo nie chodził, nie przemęczał się. Fakt nie powinienem tego robić, ale co ja poradzę, że ja chcę. Teraz, zaraz, natychmiast. 
Jestem cierpliwy, lecz to nie znaczy, że mam jej po uszy. Ona jest tylko dla zwierząt i Gabriela. Dla siebie nie mam jej ani troche. Z resztą jak szacunku do życia. 
-Jeśli chcesz coś oglądać, to za jakieś dwie godziny, muszę jeszcze coś zrobić. 
-No dobra, to widzimy się u mnie-uśmiechnął się delikatnie, po czym wyszedł. 
Cos go trapi, nie mam pojęcia co ale postaram się czegoś dowiedzieć. Przynajmniej mam taką nadzieję, że mi powie, choć widząc jego wyraz twarzy niczego nie jestem pewien.
Wzdychając ciężko otworzyłem szafę, aby znaleźć jedną rzecz, jedna mała cholerna rzecz. Kurwa gdzie jest to cholerstwo?!
Postanowiłem przystawić siobie krzesło, aby zobaczyć czy nie ma tego na szafie, jednak nie znalazłem tam rzeczy, której szukam.
Czując już zrezygnowanie zerknąłem pod łóżko, dostrzegając karton.
No w końcu!
Wyjąłem pudełko, a następnie jego zawartość.
Wstałem, zabierając w ręce kurtkę. Cóż to co chcę zrobić nie jest specjalnie mądre, lecz potrzebuję adrenaliny.
Gdy stwierdziłem, że to jednak dobra decyzja ubrałem się w strój i ruszyłem w stronę garażu, gdzie dostrzegłem swój kask. Był on nieźle porysowany, ale co ja mogłem poradzić? To wszystko wina ojca, nadal będę go obwiniał.
Na szczęście gogle nie były zbite.
Otworzyłem bramę i wyprowadziłem quada, po czym ją zamknąłem.
Zakładając kask, miałem przed oczyma czarny scenariusz, który niestety był realny. Starałem się odrzucić te myśli, jednak one nie dawały mi spokoju.
-Kurwa, odjebcie się..-warknąłem pod nosem zirytowany obrazami, jakie przelatywały mi przed oczyma.
Wkurwiony, sięgnąłem do kieszeni po kluczyki i odpaliłem Raptorka, który od razu ruszył dość mocno. No tak, a końcu to nie jest KTM, który jest już na złomie..
Starałem się jechać dość spokojnie, patrząc na fakt, że cały czas boli mnie ręka.
Objechałem pół miasta, aż w końcu zatrzymałem się pod marketem i ruszyłem do środka, aby kupic jakieś duszki, czy też jakieś picie, które będzie nam odpowiadać.
Szukałem dość długo jak na mnie, bo nie wiedziałem co mam konkretnie zabrać. Za duży wybór pogubiłem się z tym wszystkim, ale w końcu stwierdziłem, że wezmę coś gazowanego i po dwa piwa, przy okazji poprosiłem panią o paczkę papierosów, lecz oczywiście przy kasie musiało mnie spotkac to co zawsze. Na chuj ja się goliłem? Ktoś mi przypomni?
Pokazałem ekspedientce kawałek plastiku z moim wiekiem, lecz zdjęcie się trochę różni, poniewaz nie mam tam tunelu i wyglądam jak jeszcze większe dziecko ze stojącymi jak bądź włosami.
-Będę musiała wezwać ochronę.
Ja pierdole serio?!
-Utrudnia tylko pani mi życie-warknąłem widząc, że w moim kierunku idzie napakowany debil.
Kobieta odstawiła moje zakupy na bok i zajmowała się innymi klientami.
-Proszę ze mna-rzekł mężczyzna, który nie dośc, że był raz wyższy to cztery razy grubszy ode mnie.
Poszedłem z nim na zaplecze, gdzie ten pogroził mi policją.
Pokazałem mu nawet moje prawo jazdy jednak ten stwierdził, że ukradłem je oba.
Ja pierdole, co za ludzie!
-Kurwa słuchaj mnie uważnie jeśli zaraz nie dasz mi wyjść to inaczej porozmawiamy..
Powiedziałem, to tak pewnie, że mężczyzna zaczął mnie wypytywać o czym ja w ogóle mówię.
-Jeśli chcesz gdzieś dzwonić, to proszę, masz dziesięć minut, nim zadzwonie z oskarżeniami o kradzież dowodu, karty płatniczej oraz prawa jazdy.
Wybrałem szybko numer Gabriela, po czym oparłem się o ścianę, gdyż nie wziąłem leków.
-Gabriel, jeśli nic nie robisz, to możesz przyjechać do marketu, tego pierwszego co jak skręcasz w prawo jest?
-Coś się stało?
-Twierdzą, że ukradłem komuś dokumenty i chcą dzwonić po psy...-warknąłem i czekałem czy mój wybawiciel przyjedzie.

820
Gabiś?
Napisałem. Przepraszam za czas.

Od Wiktora CD Ronana


-Kiedyś go znalazłem jak spadł z drzewa i nie miałem serca go zostawić.
-Rozumiem. Pozwól, że odstawię zwierzaki.
Chłopak przytaknął na co ruszyłem konia i zawołałem psy. Szkoda w sumie, że nie ukradł tego ptaka, byłaby ciekawsza historia. Po dojechaniu do stajni rozsiodłałem konia i zarzuciłem mu derkę polarową na plecy, by szybciej wysechł. W tym czasie odniosłem swoje rzeczy i przepiąłem psy na zwyczajną smycz.
-Wracamy do nowego kolegi?- spytałem zwierzęta.
Thor odpowiedział mi wesołym szczeknięciem, a Celeste obdarzyła mnie typowym dla niej wzrokiem. Wyszliśmy ze stajni i ruszyliśmy do miejsca gdzie siedział jasnowłosy. Usiadłem obok niego, a psy spoczęły tuż obok mnie.
-Ładna pogoda.- zacząłem.
-W końcu jakieś promyki słońca.
-Jak się nazywają?- wskazałem na pupile chłopaka.
-Nyx i Hespero.
-Zwyczajnie spadł z gniazda?
-Właściwie to pomógł mu mój kocur Hammer, a wyleczyć mi pomogła go mama.
-Jest weterynarzem?
-Nie, jest behawiorystką.
-Też kiedyś myślałem o tym zawodzie, ale doszedłem do wniosku, że to nie dla mnie.
-Jaka to rasa?- spytał.
-Ten czarny, Thor to Cane Corso, a ta pręgowana, Celeste to Alano Espanol.
-Nie słyszałem o tych rasach.
-Nie są zbyt często spotykane.
Po tych słowach między nami zaległa cisza. Czy była komfortowa? Nie mi to oceniać. Patrzyłem na mieniące się pióra ptaka na ramieniu chłopaka i wtedy sobie uświadomiłem, że wiem jak nazywają się jego zwierzęta, ale jego godności nie znam.
-Jak masz na imię?- spytałem.
-Ronan, a ty?
-Wiktor. Koń się nie spłoszy jak spuszczę psy?
-Raczej nie.
Po tych słowach spuściłem psy i patrzyłem co robią. Celeste ostrożnie podeszła do konia i zaczęła go obwąchiwać. Hespero nie wyglądał na zdenerwowanego obecnością suczki. Po chwili dołączył do niej Thor i polizał nieparzystokopytnego po chrapach. Widać było, że zwierzę nie spodziewało się tego, bo gwałtownie prychnęło i się wyprostowało.
-Thor.- powiedziałem ostrzegawczo.
Pies popatrzył się na mnie spod byka, ale grzecznie się odsunął.
-No ja myślę. Od dawna tu jesteś?- skierowałem pytanie do blondyna.
-Parę dni.
-Czyli widzę, że podobnie jak ja.
Czarna kulka wepchnęła się między nas i zaczęła z zacięciem próbować się dostać do kruka na ramieniu Ronana, który dziobnął go w nos.
-Thor! Uspokój się.
Blondyn lekko się zaśmiał z psa, który z karną miną usiadł obok mnie.
-Przepraszam cię za niego. To wciąż szczeniak.
-Rozumiem. Ile ma ta druga?
Spojrzałem się w kierunku samicy, która leżała koło konia i obserwowała jego ruchy.
-W tym roku wybije jej piątka.
-Poważna pannica już z niej.
-To tylko pozory. Widzisz patyka obok niej?
Chłopak pokiwał głową.
-Jak powiem jej imię to przybiegnie z radością i będzie prosić o rzut patykiem.
Chłopak jakby chcąc sprawdzić moje słowa powiedział:
-Celeste.
Jednak suczka ani drgnęła.
-Ta dwójka działa tylko na jednego człowieka.- lekko się zaśmiałem.- Celeste.
Suczka złapała patyk w pysk i przybiegła wesoło. Zaczęła wpychać mi się pod rękę. Odebrałem od niej kawałek drewna i rzuciłem w las. Psia dziewczynka pobiegła za nim, a tuż za nią pobiegł też Thor.
-Zakładam, że nie są kanapowymi burkami.
-Są szkolone do obrony człowieka.
Jak na zawołanie usłyszeliśmy warkot i szczekanie dochodzące z lasu. Blondyn podobnie jak ja podniósł się z ziemi.
-To pewnie jakiś zwierz z lasu.
Jednak, gdy przeszliśmy dalej okazało się, że nie był to żaden zwierz tylko chłopak, którego dane mi było wcześniej poznać. Adam jeśli się nie mylę. Dwa stworzonka stały na przeciwko niego czekając na słowo, by zaatakować.
-Miejsce.
Wydały z siebie ostrzegawcze warknięcie i podeszły do mnie. Po spojrzeniach chłopaków mogłem wywnioskować, że nie widzą się pierwszy raz.

Ronan? Uciekliśmy razem do lasu c:
577 słów.

3.03.2019

Od Leonarda cd. Noah

Kim dla ciebie jestem? - to pytanie ciągle kręciło się w mojej głowie, niczym mucha nie mogąca znaleźć wyjścia z zamkniętego pomieszczenia. Znajomym? Nie. Kolegą? Nie. Przyjacielem? To raczej coś więcej niż zwykła przyjaźń. Kiedy poznałem Noah, sądziłem, że to wszystko zakończy się już po pierwszym dniu. Przecież i dla niej byłem wtedy tylko nadętym Brytyjczykiem, nie mogącym nawiązać normalnej relacji z drugim człowiekiem. W moich myślach tkwił tylko Lodnyn, który po tamtym wydarzeniu, zamienił się miejscami z twarzą Noah. Im więcej czasu z nią spędzałem, tym coraz bardziej malała moja ochota, dotycząca powrotu do ojczyzny. Czując jak niezręczna cisza zjada nas od środka, postanowiłem ująć w swoje dłonie jej zgrabne łapki, aby następnie spojrzeć głęboko, w jej jasne oczy.
- Kocham Cię Noah - rzekłem, czując jak moje kończyny lekko zadrżały - Tym dla mnie jesteś... Piękną kobietą, którą pokochałem - dorzuciłem, widząc w jej twarzy ogromną nutę zawahania. Sam do końca jeszcze nie wiedziałem, jak do tego mogło właściwie dojść. Nienawidziłem Amerykanów, a teraz wyznaje jednej z nich miłość. W tamtej chwili miałem już gdzieś, co powie na to moja rodzina. To moje życie i moje wybory. Tylko moje.
- Przecież jest tyle innych osób, które są dużo lepsze ode mnie - westchnęła, odwracając ode mnie swoją głowę - Jeśli się zgrywasz, to możesz już odpuścić... To boli... - próbowała wstać, lecz moje silne ręce, stanowczo jej na to nie pozwoliły. Chcąc ją uspokoić, przyciągnąłem jej ciało do siebie, wywołując tym samym efekt tulenia. Czując jak jej ciało zaczyna się rozluźniać, pocałowałem ją ostrożnie w kark, uważając przy tym, aby jej strach ponownie nie ujrzał światła dziennego.
- Nie kpię z ciebie Noe... Ja naprawdę cię kocham... Wiem, że nadal mogę być dla ciebie tylko głupim Brytyjczykiem, wywyższającym się ponad wszystkich ludzi, ale proszę, daj mi szanse... Obiecuję, że się ziemię, a pokażę to już jak będziemy u Sama. Proszę, zaufaj mi.

Nołe?
LOFFFFFF!
304 słowa.

Od Adama cd Ronana

Ronan był aseksualny, ale nie to było największym problemem Adama. O nie. Najgorsze było, że nawet wiedząc to, brunet i tak go pragnął. Nie powinien, a jednak nie mógł przestać myśleć o tym jak delikatny był uścisk jego dłoni, jak miękkie miał włosy, jak jego usta układały się w uśmiechu. Kuszącym, prowokującym, obiecującym tak wiele... W co ja się wpakowałem? Nie miał pojęcia kto kogo tu podrywał i czarował, ale przestało go to obchodzić. Zbyt długo trwały już te podchody i słodkie słówka. Któreś z nich musiało wreszcie przekroczyć tę cienką granicę, a on zawsze miał kłopoty z samokontrolą. Tak, zdecydowanie należała mu się teraz nagroda, za wytrzymanie tych paru godzin.
Kiedy zasunął zasłony, pokój pogrążył się w przyjemnym półmroku. Brak jasnych promieni słońca dawał poczucie komfortu i sprzyjał atmosferze, jednak Adam nie określiłby jej mianem romantycznej. Nie, kojarzył ją z ustronnymi lożami w klubach, ze śmiałymi pocałunkami oraz dłońmi błądzącymi badawczo po ciele. To był jego teren. Chwila, w której powinien przejąć kontrolę, nie myśląc o konsekwencjach.
Odwrócił się od okiennic, przesuwając wzrok po na wpół leżącym chłopaku, zatrzymując spojrzenie na dłużej na jego wargach. Wyobraził sobie jak łączy je ze swoimi w pocałunku pełnym palącego pragnienia. Gorący oddech Ronana na jego skórze, chłodne palce na karku i we włosach, słodki język... Cholera.
W paru krokach znalazł się przy łóżku i nad wyczekującym go blondynem. Przyklęknął na miękkim materacu, mając nogi Aniołka między swoimi, a jedną dłoń oparł na tej jego, podczas gdy palce drugiej wsunął między złote loczki. Przyciągnął go do siebie, by jak najbardziej skrócić dystans, aż ich usta dzieliły ledwie milimetry... I wtedy się zawahał.
Jedyne czego teraz pożądał, było tak blisko, a jednak nie był pewien , czy powinien po to sięgnąć.
- Chcę tego, ale jeśli ty nie... - Szukał odpowiedzi w oczach chłopaka, lekko błyszczących, z rozszerzonymi jak u kota źrenicami. Poczuł powietrze, tańczące na wargach, wraz z wypowiadanymi przez Ronana słowami.
- Spróbuj.
Nie potrzebował innej zachęty. Zamknął oczy i wpił się w jego usta, zanim zmieniłby jeszcze zdanie. Pocałunek był słodki jak jedzone wcześniej słodycze i delikatny. Badawczy. Tak bardzo Adam nie chciał tego zepsuć... Ale nie mógł się powstrzymać. Chwycił mocniej miękkie pukle, aż blondyn wydał z siebie cichy jęk, który stłumił ponownie go całując. Tym razem już o wiele zachłanniej. Objął go w talii. Wsunął język w jego rozchylone usta. Niemal zapomniał o oddychaniu, smakując go, dając się ponieść pragnieniu, które tylko on mógł zaspokoić. Odsunął się tylko po to, by zaczerpnąć trochę powietrza w płuca, by napotkać wzrokiem czekoladowe tęczówki, uśmiechnąć się szeroko i szczerze.  Czuł szybkie bicie swojego serca i był pewien, że nie tylko on je słyszy.
- Nie odepchnąłeś mnie - zauważył, wciąż oddychając z lekkim trudem, jak po krótkim sprincie.
Aniołek łapał oddech o wiele delikatniej, a jego ręce gdzieś w trakcie pocałunku zdążyły owinąć się wokół szyi bruneta i teraz palcami gładził jego linię włosów, powodując przyjemne dreszcze.
- To, że nie lubię seksu, nie znaczy, że nie lubię się całować - powiedział lekko przymykając oczy. - To akurat bardzo mi się podoba.
- I nie przeszkadza ci, że znasz mnie ledwie od paru godzin? - Zanim dał mu czas na odpowiedź, jeszcze raz skosztował jego warg. Czule, bez pośpiechu, tak tylko, wykorzystując to, że byli blisko. Poczuł jak Ronan się uśmiecha i sam również uniósł kąciki ust. Chciał, by ta słodka chwila trwała, a z nią błogie udawanie, że znów wszystko jest w porządku.
- O ile dobrze wiem, to i tak się ociągamy, jak na flirtujących ludzi - nie mógł nie parsknąć krótkim śmiechem, słysząc cholernie trafne spostrzeżenie.
- Im dłużej się na nią czeka, tym cenniejsza nagroda - stwierdził rozbawiony, zataczając palcami kółka na plecach chłopaka. - Ale nie jestem cierpliwym człowiekiem i nawet nie wiesz, jak bardzo musiałem się powstrzymywać... AUĆ, KURWA! YURIO! - wrzasnął, czując jak kocie pazury wbijają mu się w plecy. Zaskoczony nagłym atakiem, puścił Ronana i z braku pewnego oparcia, zleciał na podłogę. Rozległ się głośny odgłos upadku, któremu towarzyszyły szybko rzucane, japońskie przekleństwa. Zupełnie tym niewzruszony kot syknął na swojego właściciela, po czym jak gdyby nigdy nic, wskoczył na łóżko, by przymilać się do blondyna. Zaraz jednak "magiczne sztuczki" poszły w ruch i zaczął wyglądać na choć trochę skruszonego.
Adam słyszał głośny śmiech chłopaka, ale sam nie czuł rozbawienia, tylko wściekłość. Zabiję kiedyś tego parszywca... Czuł nie tylko ból od uderzenia w twarde podłoże, ale i denerwujące pieczenie w miejscach zadrapań, więc nie zdziwiłby się, gdyby na koszulce pojawiły się plamki krwi.
- Dlaczego moim rywalem jest ten cholerny kocur? - spytał ostrym tonem, wpatrując się we wspomnianą bestię z wrogością w oczach.
- Ponieważ ja pozbyłem się przyzwoitki - odparł wciąż uśmiechnięty blondynek i zaoferował mu pomóc w podniesieniu się. - Chodź, opatrzę ci te plecy. Pewnie masz tutaj jakąś apteczkę.
- Z tym potworem w pokoju to obowiązkowe wyposażenie - powiedział Adam, przyjmując wyciągniętą ku niemu rękę.
Chwilę trzymał jego dłoń, zanim odszedł do biurka, by wyciągnąć z jednej z szuflad czarną kosmetyczkę, w której trzymał plastry, wodę oczyszczoną, maści na oparzenia i inne medyczne pierdoły. Nie wiedział czego konkretnie będzie chciał użyć chłopak, więc po prostu podał mu cały zestaw.
- Myślę, że tak będzie łatwiej - stwierdził, po czym ściągnął górną część ubrania przez głowę.
- I proszę, już się rozbierasz. - Komentarz Aniołka wywołał u niego lekki uśmiech, który zastąpił wcześniejszy grymas wściekłości.
- Prędzej czy później musiało do tego dojść - odparł, siadając na łóżku tyłem do Ronana, pozwalając mu zająć się "ranami po bitwie".
Usłyszał jego chichy śmiech, a później poczuł pieczenie, gdy coś zimnego i mokrego dotknęło zadrapań. Odruchowo spiął mięśnie, ale po chwili udało mu się rozluźnić, bo blondynek starał się być tak delikatny, jak to tylko możliwe. Musiał się bardzo skupiać na tym, co robił, bo głupie komentarze się skończyły i nastała cisza, przerywana tylko przez kota, który mruczał, szturchając głową ramię bruneta. To mają być przeprosiny? Mimo poprzedniej gwałtownej reakcji oraz złości, nie mógł się powstrzymać przed pomizianiem gładkiej sierści między uszami toygera.
- Uczysz go, że mu tak wolno - Magik podzielił się kolejną ze swoich mądrości i Adam wzruszył ramionami, co okazało się błędem, bo poczuł bolesne ukłucia.
- Już się przyzwyczaiłem do jego humorków i zwykle nie wkurzam się o takie drobne numery. Nie mam nic przeciwko odrobinie bólu, a on nigdy specjalnie nie zrobiłby mi nic poważnego. Właściwie to nigdy jeszcze tak nie zareagował w podobnej sytuacji, więc zakładam, że to po części twoja wina. Jest równie zazdrosny o mnie, co ja o niego - wyjaśnił tonem, w którym dało się słyszeć rozbawienie oraz ciepłe uczucia, najpewniej względem zwierzaka.
- Naprawdę jesteście siebie warci. - Aniołek zakończył zabieg, zakrywając ranki opatrunkiem. - Uważaj jak będziesz mył się, spał i przebierał. Niby wodoodporne, ale nie wiadomo. - Brunet poczuł na karku lekkie muśnięcie ust, co poskutkować mogło u niego tylko jedną reakcją.
Z ust wyrwało mu się coś pomiędzy jękiem, a odgłosem zaskoczenia, który szybko stłumił dłonią i odruchowo pochylił się odrobinę, by uciec od dotyku. Zaraz jednak po jego wrażliwej skórze przesunęły się palce chłopaka, wywołując kolejne spięcia mięśni. To nie było nieprzyjemne uczucie, wręcz przeciwnie, a mimo to, miał ochotę uciec i musiał przygryźć wargę, by nie wydać z siebie kolejnego niekontrolowanego odgłosu.
- Przestań - nakazał stanowczo, nie mogąc już wytrzymać i odwrócił się do figlarnego Aniołka, by chwycić jego nadgarstki i unieruchomić ręce.
- Masz łaskotki! - blondyn ogłosił swoje odkrycie zdecydowanie ze zbyt dużym entuzjazmem.
- Tak. I co z tego? Czemu się tak szczerzysz jak kot z Cheshire? - To było delikatnie mówiąc niepokojące.
Po chwili, wciąż z uśmiechem chochlika, Ronan pochylił się ku niemu, niemal muskając jego usta i odparł:
- Mam przewagę.
Adam zadrżał, gdy ten przesunął się niżej i musnął nosem odsłoniętą szyję. Jego ciepły oddech drażnił, ale równocześnie... Cholera.
- Zobaczymy na jak długo... - Bez większego problemu, brunet wykorzystał zaskoczenie i pchnął go tak, że uderzył o materac plecami, przerywając "tortury". Wciąż trzymał go za nadgarstki, więc przycisnął je do pościeli, uniemożliwiając mu ucieczkę i ucieszył go kolejnym namiętnym pocałunkiem. Z zadowoleniem przyjął to, że chłopak nie protestował tylko posłusznie rozchylił wargi, ale szybko zorientował się w jego podstępie.
- Ha ha... Próbuj dalej - rzucił wyzwanie Aniołkowi, czując jak ten pociera stopą jego łydkę. - Tak właściwie to... - Odsunął się nieco, by spojrzeć na Ronana z góry, po czym uwolnił jedną z jego rąk. - Czemu tylko ja mam być bez koszulki? To trochę nie fair - stwierdził, chwytając za krawędź jego T-shirtu i lekko ją podniósł, wyraźnie dając do zrozumienia co chce zrobić i... Nie mógł powstrzymać cierpiętniczego westchnięcia, gdy rozległ się głośny dzwonek telefonu blondynka: Panic at the Disco, House of memory. 

1394 słów 
Ronan? Mama dzwoni na kolację?  xD

Od Leonarda cd. Ronana

- W rodzinie zwykle nie ma czułych określeń - zakłopotałem się, próbując sobie przypomnieć, jak moja rodzina wołała na siebie w nieoficjalnych momentach naszego życia. Eh... Już tak dawno nie było mnie w Londynie, że zacząłem powoli o wszystkim zapominać. Niby miałem kontakt z rodzicami, lecz nie był on już taki dobry jak kiedyś, a o dziadkach to już wole nawet nie wspominać - Czasami wołają na mnie Leo albo Lio i to na tyle. Noah to Nołe, a reszty znajomych tak jakby nie mam. No nie licząc tych z wysp, ale oni raczej już o mnie zapomnieli - mruknąłem pod nosem, starając się nie wracać do wspomnień z dawnych lat swojego życia.
- Jak przestaniesz tak się puszyć, to na pewno kogoś znajdziesz - stwierdził, nie odrywając wzroku od kruka, który zaczął dziobać swoje skrzydła - Zapamiętaj, że nikt nie lubi osób zadzierających nosa. Zachowuj się przy innych tak, jak przy Noah. Dla niej potrafisz być miłym - wstał z ławki, a po otrzepaniu swoich spodni, zrobił kilka kroków w przód - Muszę iść pomóc rodzicom... Jakbyś coś chciał, wiesz gdzie mnie szukać! - zostawił mnie samego wśród pojawiającej się zieleni, co wywołało u mnie stan lekkiego zdenerwowania. Przez dłuższą chwilę nie miałem pojęcia, co mogę ze sobą zrobić. Moje myśli kotłowały się wokół powrotu do domu, lecz coś kazało pozostać mi na terenie akademii. Wzdychając na to głośno, zdecydowałem się w końcu na rozprostowanie zastanych nóg, które ostatnimi czasy błagały o jedną, wielką pomstę do nieba. Celem mojego spaceru było dojście do stajni, gdzie już od dłuższego czasu stały moje dwa, dumne wierzchowce. Ostatnio nie miałem zbyt wiele czasu, aby z nimi bardziej obcować. Ciągłe choroby i kłótnie z rodziną, jedynie pogarszały moje kontakty z drugim człowiekiem, bo jak tu się cieszyć z życia kiedy myślisz jedynie o umieraniu? Otrzepując się z tych myśli, poprawiłem na sobie szyty na miarę płaszcz, który szczerze mówiąc, nie był wcale taki ciepły, na jakiego wyglądał. Drepcząc po brukowej ścieżce, w pewnym momencie zobaczyłem, jak coś albo ktoś szamocze się pod stertą zwiniętych folii. Początkowo chciałem zignorować to zjawisko, ale powstrzymał mnie od tego tajemniczy skrzek, który jednocześnie zmusił mnie do tego, abym zboczył ze ścieżki i uwolnił, jak się okazało zabłąkane zwierze z klatki śmierci. Stalowoszary sokół patrzył na mnie swoimi bystrymi oczami, jakby próbował ocenić stopień zagrożenia, w jakim przypadkowo się znalazł. Widząc, że nie mam złych zamiarów, rozłożył swoje potężne skrzydła, lecz zamiast wzbić się w powietrze, uderzył dziobem o ziemię.
- Ej kolego, spokojnie - wyciągnąłem w jego stronę dłoń, którą machinalnie dziobnął - Ty cholero - warknąłem cicho, przyciągając ranną kończynę do swojej klatki piersiowej. Dzikie zwierze najwidoczniej nie miało żadnych wyrzutów sumienia, gdyż po przekręceniu śmiesznie swojego łba, zaczęło skakać gdzieś w stronę mrocznej północy. Do czego to wszystko zmierza? - pomyślałem, chowając swoją dumę do kieszeni, co pomogło mi przełamać się do złapania sokoła za skrzydła. Ptak co prawda, nieco się wyrywał, ale nie mogłem pozwolić mu teraz odejść. Dzikus potrzebował weterynarza, a najbliższy na całe szczęście znajdował się w naszej "cudnej" akademii. O ile mnie pamięć nie myliła, od jakiegoś czasu był nim ojciec Ro, który cieszył się tutaj niemałą sławą. Tylko gdzie to cholery znajdował się jego gabinet? Uważając, aby nieznośne ptaszysko nie wypadło mi z rąk, chwyciłem za srebrny telefon, dzięki któremu mogłem w szybki sposób wybrać numer kontaktowy do loczkowatego chłopaka. Cóż, dla takich informacji, czasami opłacało mi się grzebać w telefonie Noe - Ro? Gdzie wy macie ten gabinet weterynaryjny? - zapytałem, kiedy po kilku sekundach ciszy, ktoś odważył się odebrać połączenie.

Ro?
Tak wiem, to jest dramat xd
575 słów.