3.03.2019

Od Noah cd Leonarda

Neonowa poświata otaczała znak, którego ozdobne litery głosiły "what the fuck?!". Był zarezerwowany na szczególne okazje, kiedy zwyczajne "nie rozumiem ludzi" nie było wystarczające - jak wtedy, gdy Leo kolejny raz mnie pocałował. Czy on do cholery zwariował?
- Ziemia do Noah... - Leo zaczął mnie łaskotać.
- Eeeeeej! - próbowałam się nie śmiać - Leo proszę!
Gdy w końcu przestał, a ja potrzebowałam jeszcze chwili, by uspokoić oddech. Więc jakie było pytanie?
- Powiedzmy, że mam pomysł - odezwałam się.
- Taaaak? - zielone oczy zdradziły zainteresowanie, a na ustach Leo pojawił się uśmiech.
Powinnam zaznaczyć, że pomysł nie zawiera całowania?
- Ale musimy wstać - kontynuowałam, wciąż nie zdradzając swojego planu. - I wrócić do akademii.
- Hmm... Odmawiam - Leo opadł na łóżko obok mnie.
- Nawet nie wiesz co chciałam zaproponować - zaśmiałam się, opierając się na ręce tak, by móc ponownie spoglądać w jego oczy uroczo podkreślone obecnością brokatu. - Co powiesz na wycieczkę do Sama?
Znów zobaczyłam zainteresowanie, które po ułamku sekundy zostało zamaskowane udawanym znudzeniem.
- Hmmm... Daleeekoo - mruknął, zamykając oczy.
- W takim razie jaka jest twoja propozycja? - odgarnęłam włosy wpadające mi do oczu.
Tym razem uniósł się jedynie kącik ust, a po chwili z lekką pomocą szatyna straciłam równowagę, lądując twarzą na jego klatce piersiowej.
- Tulu i buzi?
O ile ta pierwsza część brzmiała zachęcająco, druga nieco komplikowała sprawy. Dlaczego relacje z ludźmi prawie nigdy nie mogą być proste? Podniosłam się i usiadłam na łóżku po turecku.
- Leo? - zaczęłam niepewnie, błądząc wzrokiem po twarzy szatyna. Ton mojego głosu sprawił, że on także usiadł, poważniejąc. - Kim ja dla ciebie jestem?
Zamarłam na chwilę. Co się zapytało to się nie odpyta, teraz albo mnie wyśmieje, albo będę wiedziała na czym stoję.
- A jak uważasz nołuś?
Oh gods... Nie uważam!
- Nie mam pojęcia. Ja po prostu... ughh... nie potrafię odczytywać ludzkich intencji... tworzyć relacji tak jak normalni ludzie... - zamknęłam oczy, biorąc głęboki wdech.
...ani żyć wśród ludzi, dodałam w myślach. Ale przecież sama nie potrafiłam zdefiniować kim jest Leo.
Nadętym Brytyjczykiem? Kiedyś owszem, ale teraz już go tak nie postrzegałam. Najlepszym przyjacielem? Ten tytuł nadal niepodzielnie należał do Sammy'ego. Poduszką? Z pewnością kimś więcej... Naprawdę uwielbiam spędzać z nim czas, ale cokolwiek jest tego przyczyną, było... czymś innym?
To zdanie nie ma przecież nawet sensu.
NOAH PRZESTAŃ MYŚLEĆ!
Ponownie otworzyłam oczy, by przekonać się że szatyn uważnie mnie obserwuje.

Leło?
376

3.02.2019

Od Ronana do Wiktora

Kolejny słoneczny dzień. Zima ustępowała wiośnie, a ja miałem tego serdecznie dość. Naprawdę doceniałem zimno. Może czyniło mnie to szaleńcem, ale…
– Ronan! – Nico wpadł do mojego pokoju akurat gdy karmiłem Nyx. – Jadę dzisiaj z wami!
– Nie masz szkoły? – Zdziwiłem się lekko i wrzuciłem do klatki ostatni kawałek mięsa.
– Mamy dzisiaj święto patrona, więc rodzice pozwolili mi nie iść! – Zawołał wesoło.
– Jesteś złym uczniem. – Pokręciłem głową.
– Takim jak ty! – Wystawił język i wybiegł. Och, cóżeśmy by zrobili bez rodzeństwa…
Hammer z leniwym miauknięciem zwinął się w jeszcze mniejszą kulkę, a Nyx zadowolona i najedzona wskoczyła mi na ramię. Ten dzień nie może być aż taki zły…
***
Kolejny dzień w niewygodnych ciuchach do jazdy nie miał dziś uroku. Na żadnej z lekcji nie pojawił się Adam, więc chyba powinienem do niego zajrzeć. Wcale nie wiązało się to z wizją całowania, albo jedzenia, wcale. Jednak od moich planów dzieliła mnie jedna rzecz. Oporządzenie Hespero.
Co prawda, radziliśmy sobie coraz lepiej, ale wciąż czułem, że mógłbym to robić lepiej. Całe szczęście koń, w zamian za jabłko, przestawał się na mnie boczyć po wszystkim. Jabłka są zdrowsze niż cukier, więc było to małe zwycięstwo. Wyjątkowo Nyx siedziała na głowie konia i przyglądała mi się z uwagą. Ogier chyba jednak nie uważał jej za złą towarzyszkę, bo starał się gwałtownie nie ruszać łbem. Ta dwójka zaskakiwała mnie jeszcze bardziej niż ptak i Hammer. Chociaż ich dziwna symbioza nie do końca była naturalna. Jednak wiązałem to ze sporą burą dla kota, gdy ten próbował dorwać się do pudełka z małym krukiem. Od tamtej pory zrezygnował z polowań.
Kiedy Hespero był już oporządzony, założyłem mu to coś, co służy do prowadzania koni i z powrotem wyprowadziłem go z boksu. Co prawda, pewnie większość ludzi uznałaby to za nielogiczne, skoro wyczyściłem konia, a teraz znowu idę z nim na spacer, ale. Hespero nie był takim sobie koniem, nie dla mnie. On się czuł po tym zabiegu lepiej i ja też. Z tego powodu mógłbym to powtarzać o wiele częściej niż to konieczne. Ten zwierz, będący wyjątkiem od wszystkich reguł, był dla mnie cholernie ważny. Pozwoliłem sobie oprzeć głowę na jego szyi i dalej iść właśnie tak. Ciche rżenie upewniło mnie, że dziś Hespero nie potrzebował jabłek. Dzisiaj zadowolił się moimi pieszczotami.
***
Siedzenie na moście i obserwowanie jak Hespero powoli skubie trawę z dala od wody miało swoje plusy. Czułem się spokojny i zadowolony. Nyx siedziała skulona na moich kolanach i przyjmowała powolne pieszczoty. Dzisiaj musiało być coś wyjątkowego. Wiosenne słońce przygrzewało całkiem mocno, a ja z zadowoleniem łapałem witaminkę D. Co prawda mama nie byłaby zachwycona, ale co z oczu to i z serca. Nie widziała tego. A ja mogłem czerpać z chwili obecnej. Aż do momentu, kiedy to usłyszałem szczekanie psów. Zaintrygowany zeskoczyłem z balustrady i trzymając blisko siebie kruka, podszedłem do konia. Co prawda Hespero nie przeszkadzały psy, ale nie wiedziałem skąd są, ani co mają w głowie. Wolałem się upewnić. Nic więc dziwnego, że jeździec, który prawdopodobnie był ich właścicielem, trochę mnie uspokoił. Zatrzymał się. Popatrzyłem na niego. Nie kojarzyłem go, ale w moim przypadku to nic dziwnego. Byłem nowy w Akademii. On chyba też. Kiedy z lasu wybiegły psy, posłusznie zwolniły i siadły za koniem. Co prawda nie kojarzyłem konkretnej rasy, ale coś czułem, że nie są to stworzenia kanapowe.
– Ładne psinki. – Postanowiłem zacząć rozmowę.
– Ładny kruk. – Jeździec zszedł z konia. – To dość rzadki widok. Skąd go masz?

Wiktor? Nie uciekaj do lasu, Ronan jest niegroźny :D.
565

3.01.2019

Jeździeckie Podsumowanie Miesiąca

Kolejny miesiąc za nami, a więc czas na kolejne podsumowanie miesiąca! Luty zapewne minął wam bardzo szybko, ale za to przyniósł nam wiele ciekawych atrakcji. :)
Nowe Postacie 
W lutym dołączyli do nas: Ronan Chainsaw, Adam Takashi Mikaelson, Derek Hale, Blue Jane Branwell, Olivia Star, Sebastian Russo i Wiktor Lucas Graft! Gorąco witamy i zachęcamy, do jak największej aktywności!
Postacie, które odeszły
W Lutym pożegnaliśmy się z Vicky Cathryn Palmer! Pamiętaj, że zawsze możesz do nas wrócić. 

 Nowe Konie
W drugim miesiącu nowego roku, nasza akademia zyskała kilka nowych wierzchowców, a są to: Attack On Royal The Family - Diega, Hespero - Ronana, Kelpie - Adama, Lady Of Thunterbolts - Dereka, Kaliope - Blue, Righteous Side of Hell - Olivii, Castle of Glass - Sebastiana i NRBC Smart Chic Shine - Wiktora. 
Liczba Postów
W lutym zebraliśmy sto trzydzieści trzy posty! Jest to jak na razie największa liczba opublikowanych opowiadań na naszym blogu! Bardzo dziękujemy za wasze zaangażowanie i mamy nadzieję, że nie zmieni się ono przez resztę działalności bloga. 
 Wydarzenia
Z okazji zbliżającej się wiosny, mam zaszczyt zapowiedzieć nowe wydarzenie, które podobnie jak ostatnie wydarzenie świąteczne, będzie składało się z kilku zadań, za których wykonanie będzie można zdobyć punkty oraz dodatkowe nagrody. W marcu pojawią się też zaległe zawody skokowe, które z pewnych powodów, nie mogły zaistnieć w lutym.

~Do zobaczenia w następnym miesiącu!

Od Sebastiana cd. Ronana

Ten stary pryk mnie chyba zabije - pomyślałem, słysząc ostatnie słowa pielęgniarki, która twierdziła, że o wszystkim go powiadomi. Sam nie wiedziałem po co to ma niby robić i dlaczego, ale wolałem się już z nią nie kłócić. Ludzie są dziwni, na prawdę dziwni. Początkowo spodziewałem się, że przed gabinetem zakompleksionej medyczki zastanę jedynie swojego psa, bo w końcu kto przejmowałby się wyniszczonym ze wszystkich stron chłopakiem? Jednak mimo moich mrocznych przypuszczeń, przed zamkniętymi drzwiami, czekał na mnie i Ronan, który z uporem osła, zaczął prowadzić mnie do nieznanego mi wcześniej pomieszczenia.
- Skąd pochodzisz? - zagaił, gdy mijaliśmy szereg przeróżnych drzwi, oznaczonych jedynie błyszczącymi numerkami. Wzdychając głośno na jego pytanie, chwilowo powróciłem zmysłami do domu rodzinnego, gdzie o tej porze zapewne siadalibyśmy do odgrzewanego obiadu. Nie muszę ukrywać przecież, iż moi rodzice byli wiecznie zabiegani. Raczej do końca życia zapamiętam ich wszystkie wymówki, jakie stopniowo wprowadzali przez okrągłe osiem lat. Nie ważne jacy będą moi rodzice, to i tak zawsze będę ich kochał, lecz czy oni będą w stanie odwzajemnić to samo uczucie? Po wyjechaniu od nich, raczej nie.
- Orlando... Ale ponoć kiedyś mieszkaliśmy jeszcze w Nowym Orlenie... - podrapałem się po bladym karku, zdając sobie sprawę z tego, że nawet nie znam przyczyny naszej nagłej przeprowadzki. Było to ponoć trzy lata przed moimi narodzinami, ale i tak zawsze warto wiedzieć takie rzeczy, które mogą przydać mi się w późniejszym życiu - A ty?
- Sioux Falls, ale mam przodków z Irlandii - odpowiedział z uśmiechem, pieszcząc przy tym kulkę tłuszczu, która wręcz odpływała z przyjemności, dostarczanej przez dłonie loczkowatego chłopaka - Pan Ernos to twoja rodzina? Widziałem, jak z nim przyjechałeś.
- To brat mojej matki... Spokojnie, będzie mnie traktował na równi z wami... Na lekcjach zwykle wypiera się relacji rodzinnych - przyznałem, stając w końcu przed przypisanymi mi drzwiami - Miło było cię poznać Ro. Do zobaczenia na treningu? - dorzuciłem niepewnie, bojąc się jego reakcji, związanej z tym pochopnym czynem. W końcu znamy się dopiero niecałe trzydzieści minut, a ja już zdrabniam jego imię, jakbym znał go od wieków. Sebastian, jesteś idiotą - stwierdziłem bez zawahania, przygotowując się na ostrą reprymendę słowną.
- Spokojnie Bash. Do zobaczenia na treningu! - rzekł radośnie, posyłając mi uśmiech roztrzepanego aniołka. Uśmiechając się na to delikatnie, mruknąłem pod nosem ciche do zobaczenia, a następnie sam zniknąłem w czterech ścianach swojego, nowego lokum. Będąc zbyt zmęczonym na zwiedzanie, nie znanej mi wcześniej przestrzeni, spojrzałem jedynie jednym okiem na plan lekcji, aby po chwili móc rzucić się brzuchem na sprężysty materac, który kilkukrotnie wybił mnie w stronę ponurego sufitu. Z pewnością zasnąłbym po upływie niecałej sekundy, ale głośne szczekanie młodego szczeniaka, zmusiło mnie do zgięcia się w pół, i wepchnięcia go ostatkiem sił na jedną z granatowych poduszek.
- Śpij dobrze łakomczuchu - podrapałem go po puszystym łbie, zapędzając przy tym samego siebie w objęcia niekończącego się koszmaru.
🔻🔺🔻🔺🔻🔺
- Nie! - wrzasnąłem, uciekając od demonów przeszłości, które za wszelką cenę, próbowały wywołać ten sam ból, jakiego miałem zaszczyt doświadczyć w dzień swojej śmierci - Nie, nie, nie - wstałem z posłania, co było pierwszym krokiem do ogarnięcia się przed zbliżającymi się zajęciami. Była godzina szósta, a ja bez dwóch zdań dostawałem już nerwicy. Odpuszczając sobie śniadanie, które na sto procent wiązało się z widzeniem z innymi ludźmi, zacząłem przebierać się w niezbyt wygodny strój jeźdźca klasycznego. Szczerze mówiąc, nie czułem się zbyt dobrze w niewygodnym fraku, na którego miejscu przez wiele lat znajdowała się luźna, kolorowa kurtka wyróżniająca mnie na tle innych jockey'ów. Starając się zamknąć pewien rozdział swojej historii, chwyciłem za czarny, atestowany kask, a po upewnieniu się, iż Saint jest bezpieczny, zamknąłem pomieszczenie na klucz. Nie wiedząc za bardzo, gdzie znajdę stajnię dla koni prywatnych, zdecydowałem się na małą wycieczkę po ogrodzonej murem okolicy. Jedyne co wiedziałem to, że Pol powierzył mi opiekę nad gniadym ogierem holsztyńskim. Castle of glass - mruknąłem w myślach, kiedy znalazłem się wreszcie w odpowiednim budynku. Unikając wrednych łbów, jeździłem wzrokiem po drewnianych tabliczkach, określających jak zwie się dany koń oraz kto jest jego właścicielem - Tu cie mam - klasnąłem w ręce, widząc pysk swojego, nowego podopiecznego - Piękniś z ciebie - rzuciłem okiem na jego błyszczące ciało, zwiastujące powolne nadejście wiosny. Chcąc go przyzwyczaić do swojej osoby, wyciągnąłem przed siebie lewą dłoń, którą momentalnie zaczął muskać wargami w oczekiwaniu jakiś słodyczy - Później coś dostaniesz - chrząknąłem, otwierając drzwiczki porządnego boksu, co jak się okazało, było złym pomysłem. Glass zamiast pozwolić mi do siebie wejść, skulił na mnie uszy, sugerując tym samym, iż nie jestem tutaj mile widziany - Spokojnie - próbowałem opanować sytuację, ale jego zad najwidoczniej nie podzielał mojej opinii. Czując, jak przeszywa mnie fala strachu, automatycznie wyskoczyłem z domu ogiera, zasuwając metalową zasuwę w taki sposób, aby rozbrykana bestia nie miała prawa opuścić boksu. Cholera... Okazałem mu strach i już mnie tam nie wpuści - obwiniłem się za popełnienie podstawowego błędu, jaki mógł zdarzyć się jedynie początkującym. Eh... Ta wymuszona przerwa sprawiła, iż straciłem cały zapał do tego sportu. Start w klasyku na pewno będzie trudny, o ile w ogóle dosiądę tego wariata.

Ro? c: 
Możesz biiiiić xd
814 słów. 

Od Ronana cd Adama

Szczerze mówiąc, mogłem pokusić się o stwierdzenie, że Adam bardzo skutecznie mnie uwodził. Już mnie karmił, a tego nie robił wcześniej nikt inny. Nie licząc mamy, taty i siostry oczywiście. Ale ostatni raz musieli to robić jakieś osiemnaście lat temu. A teraz proszę. Grzecznie jadłem z widelca podstawionego mi przez chłopaka. Potem on zlizał śmietanę z kącika moich ust. Był bezpośredni, szybki i strasznie kuszący. Co z tego, że znaliśmy się… maks dwie godziny. I jeszcze odwołanie do „Zniewolonego księcia”. Patrząc na miejsce, które zajmowała ta seria na jego półce byłem gotów stwierdzić, że stworzyłby mu tego religię. Ciekawe jaki efekt wywoła to, że zobaczy u  mnie polskie okładki… to będzie coś, na co będę czekał. Potem jego dotyk na mojej skórze i pytanie. Cóż.
Rozmowa na temat wiary i mojej orientacji nigdy nie była a) prosta, b) krótka, c) obiektywna. Będąc katolikiem, biromantykiem i aseksualistą ludzie często o to pytali. Delikatnie wyjąłem krzyżyk z dłoni Adama.

– Powiedzmy, że będąc zainteresowany tym tematem przyjrzałem mu się bliżej. – Wziąłem kolejną porcję naleśnika do ust. – Chcesz wersję dłuższą, czy krótszą?
– Mamy jedzenie, czas, a mi podoba się twój głos. – Uśmiechnął się lekko, zjadając kolejną porcję naleśnika.
– To ma być dłuższa, tak? – Uniosłem lekko kącik ust. – Cóż. – Wziąłem tosta. – Teoretycznie rzecz biorąc nie robię nic złego. Wiesz. Bóg kocha każdego. Ocenia czyn, a nie człowieka. A czynem zabronionym jest seks przed ślubem. W przypadku homo, hetero, bi, pan… wszystkich. Więc… nie robię nic złego całując się, przytulając… flirtując…
– Zaraz, zaraz. – Popatrzył na mnie uważnie. – Nie uprawiałeś seksu ze swoim chłopakiem?
– Ciężko uprawiać seks, będąc aseksualistą z zerowym libido. – Zacząłem jeść. – Że tak powiem, jedyną drętwą rzeczą we mnie jest noga lub ręka, kiedy na niej za długo siedzę lub leżę.
Mina Adama wyrażała chyba wszystkie uczucia z jakimi miałem już wielokrotnie do czynienia. Mało ludzi przechodziło ot tak do porządku dziennego, gdy się o tym dowiadywało. Jak to: chłopak, który nie myśli non stop o seksie? Do tego nastolatek?
– Coś się zmieniło? – Odłożyłem widelec na talerz i podrapałem Nyx pod dziobem.
– Jeśli pytasz, czy nadal zamierzam cię podrywać, to nie, nic się nie zmieniło. Po prostu… To dość niespodziewane. Większość osób, z którymi miałem do czynienia przez ostatnie kilka miesięcy w głowie miało tylko seks, więc… Można powiedzieć, że to ciekawa odmiana. – Uśmiech nie wyglądał zbyt szczerze, nie wiedziałem tylko czy wynikało to z jego słów, czy mojego wyznania. – Poza tym, lubię wyzwania.
– Nie jestem Alecem. – Uniosłem kącik ust. – Ale Jasem też nie. Izzy tym bardziej.
– To kim? – Zaśmiał się już szczerze.
– Bo ja wiem? – Popukałem palcem w górną wargę. – Jemem? Nie. To ty tu jesteś Japończykiem. Mogę być Willem. I wiem, że Jem nie był Japończykiem. Albo Markiem Blackthornem. Tak. Chyba tak.
– Więc nie tylko Aniołek, ale też faerie? – Uśmiechnął się znacząco. – Podoba mi się to porównanie.
Pozostawiłem to bez komentarza i dojadłem ostatni naleśnik. Po chwili odłożyłem widelec i wziąłem od niego talerz, cudem znajdując dla niego miejsce na biurku. Potem, bez ostrzeżenia, chwyciłem dłoń Adama i wykorzystując jego palce, pogładziłem pióra Nyx.
– Aniołek, faerie, król kruków… mam wiele… nazw. – Uniosłem kącik ust.
– Pytanie, kto jest ze snu: ona, czy ty? – Zapytał.
– Niestety, ani ja, ani mój ojciec nie mamy takich zdolności. – Powiedziałem z udawanym smutkiem. – Za to czaruję koty. I czasami psy. Koni jeszcze nie. – Wziąłem tosta, tak dla odmiany.
– Wydaje mi się, że ludzi także. – Popatrzył na mnie.
Nyx kłapnęła dziobem, mając chyba dość pieszczot od obcych, dlatego ręka chłopaka zawędrowała na moje włosy. Uniosłem lekko brwi i delikatnie odchyliłem się do tyłu, zmuszając go do kroku wprzód. Udało się.
– Mam przenieść Nyx w jakieś wysokie miejsce poza zasięgiem pazurów paskudy? – Uśmiechnąłem się najbardziej uroczo jak potrafiłem.
– Mówisz o mnie, czy o moim kocie? – Wyszczerzył się.
– A chcesz jej coś zrobić? – Przymknąłem lekko oko i przygryzłem wargę.
– Wygląda na to, że ma już dość pieszczot. – Zauważył.
– No shit Sherlock. – Zaśmiałem się. – Dlatego pytam, czy mogę ją odstawić, a pieszczoty… będą przeznaczone dla kogoś innego.
Uśmiech Adama jeszcze bardziej się poszerzył, a ja skorzystałem z okazji i podebrałem jego porcję naleśników.
– Myślę, że Yurio już się najadł. – Popatrzyłem na kota i zauważyłem jak szuka dogodnego miejsca w jak najwygodniejszym pudle. Definitywnie szedł spać. Cóż. Może udostępnię ciemnowłosemu projekt BB zawierający kartonowy koci zamek. Ma wystarczająco materiałów.
– I? – Delikatnie wziąłem kruka w ręce.
– Jeśli Nyx przestanie odwracać moją uwagę, zacznę ją skupiać tylko na tobie. – Uśmiech na jego twarzy nie zszedł nawet na chwilę.
– Cóż, masz tu okno, prawda? – Wyszczerzyłem się. – Więc je otwórz, a ona wróci do domu. Albo usiądzie na drzewie. I będzie na mnie czekać.
– I robić za przyzwoitkę? – Uniósł brwi, ale poszedł otworzyć okno.
– Musisz mieć rolety, ewentualnie zasłony. – Ciągle się szczerzyłem. – Dasz radę. Założę się, że jej to nie zainteresuje.
– No shit Sherlock. – Powtórzył, wskazując na zasłony.
– Więc na co czekasz Watsonie? – Zacząłem zjadać kolejnego tosta. Były uzależniające.
– Aż ona wyleci? – Wskazał dłonią Nyx.
Podszedłem bliżej i postawiłem kruka na parapecie. Przekrzywiła głowę i popatrzyła na mnie.
– No panienko, możesz wracać. – Pacnąłem ją w dziób. – Nico na pewno jest już w domu.
Zakrakała i odleciała na najbliższe drzewo. Chciała czekać. No cóż. Nie zabronię jej. Wróciłem w głąb pokoju.
– Zero przyzwoitki Adamie. – Uniosłem kącik ust.
– Więc mogę już odebrać zapłatę za jedzenie? – Wyszczerzył się.
– A zasłoniłeś zasłony? – Usiadłem na łóżku uważając, żeby niczego nie zgnieść tyłkiem.
Obserwowałem jak chłopak wykonywał moje polecenie. Cóż. Kolejną zaletą, którą miał Adam był jego tyłek. Może nie pobijał tego Evansa, ale cóż. Kto pobijał tyłek Evansa? Potem powoli się odwrócił, a ja oparłem się na rękach o łóżko. Miał w sobie coś przyciągającego, ale jednocześnie niebezpiecznego. Miało się przy nim uczucie jak przy skoku z bungee. Jednocześnie tego chciałeś, bo to była jedna z najlepszych rzeczy jakie mogły cię spotkać. Skok, lot i emocje. Z drugiej strony – strach. Bo wysokość, bo liny bo wiatr… Adrenalina. Cholera. Znałem go nie dłużej niż trzy, cztery godziny, a wiedziałem, że chłopak nie opuści mojej głowy przez kilka najbliższych nocy.
Po chwili chłopak jest już przy mnie. Nachyla się, tym samym odcinając mi jedyną drogę ucieczki. Patrzę mu w oczy czekając na kolejny ruch.

Adamie? Co masz zamiar zrobić?
1010

Od Ronana do Leonarda

– Ronan, wstawaj! – Mama zapukała do drzwi. – Masz zajęcia! Jeśli nie pojawisz się na śniadaniu za dwadzieścia minut, spóźnisz się!
Mruknąłem coś niewyraźnie i chciałem zakopać się w kołdrze. Zapomniałem jednak o ważnym szczególe. Wielkim kocie. Hammer zadowolony siedział na mojej kołdrze i uniemożliwiał mi jakikolwiek ruch poza przekręceniem się w jego stronę.
– Ham. – Wymamrotałem zdrobnienie, a on jak zwykle nie zareagował. – Hammer!
Z gracją odwrócił głowę i popatrzył się na mnie niebieskimi oczami. Cholernik nie miał zamiaru się ruszyć bez porannej porcji pieszczot.
– No chodź tu futrzaku. – Przyciągnąłem go i położyłem na swojej klatce piersiowej.
Kilka minut drapałem i głaskałem kota, żeby nie czuł się zaniedbany przez cały dzień. W końcu rodzice pracują, Nico jak tylko może leci do Akademii i pomaga, a ja… cóż. Spotykam się z ludźmi.
– Jak tylko będę miał luźniejszy dzień, będziesz jego panem Hammer. – Pacnąłem kota w nos. – Za mało czasu ci ostatnio poświęcam.
Kot liznął moją rękę w geście zrozumienia i zadowolony zeskoczył ze mnie i z łóżka, prawdopodobnie udając się do salonu i kładąc na kominku. Uwielbiał to ciepłe miejsce. Ja z kolei przeciągnąłem się i wstałem, owijając kołdrę wokół pasa. Nyx zakrakała oburzona, prawdopodobnie dlatego, że ciągle była w klatce.
– Już panienko, już. – Otworzyłem klatkę i pogłaskałem kruka. – Dam ci jeść jak wezmę prysznic.
Tym razem mogłem już wyciągnąć ciuchy z szafy, a nie z pudeł. Chociaż to nie oznaczało, że pudła zniknęły. Nico za pomocą kleju i kilku trafnych szkiców Blue zrobił pałac dla Hammera. Jednak nie wiedział, że w tajemnicy robiliśmy z Branwell taki sam. W końcu na następne urodziny miał dostać kota. O kurka. Jutro miałem jechać z tatą go obejrzeć, a umówiłem się z Noah na kolejne brokatowe zakupy… może da się coś z tym zrobić… Na razie jednak trzeba iść pod prysznic.
***
Treningi Hespero szły opornie. Oczywiście trenerzy byli poinformowani o tym, że koń wcześniej nie miał żadnego przeszkolenia i trochę go rozpuściłem jeżdżąc bez siodła. Chociaż z osprzętem miał coraz mniej problemów, co mnie cieszyło. Dzisiaj jednak kazali mi odpuścić trening crossowy, bo ogier był nieswój. Wyczuwałem jego niechęć dzisiejszego dnia, więc najszybciej jak mogłem pozbyłem się denerwujących go elementów.
– Spokojnie książę. – Wtuliłem twarz w jego grzywę. – Na dziś masz spokój.
Koń przestąpił tylko z nogi na nogę, nie chcąc mi czegoś przypadkiem zrobić. Miałem wrażenie, że jest strasznie opiekuńczy wobec mnie.
– Już. – Odsunąłem się i przejechałem palcami po jego chrapach. – Zjem coś i pójdziemy na długi spacer. Poskubiesz sobie trawę i się wybiegasz.
Koń z zadowoleniem trącił moją rękę i lekko pociągnął za rękaw stroju do jazdy. Zaśmiałem się i podszedłem do torby. Spryciarz wiedział, że mam dla niego jabłko. Podałem mu je i pogłaskałem szyję.
– Zaraz wracam. – I wyszedłem ze stajni.
***
Plusem bycia synem pracowników IHA był fakt, że panie kucharki, które przygotowywały obiad mnie znały. Okrzyki „Ah! To starszy synek pani Lysandry i pana Lorcana! Jaki śliczny!” były już normą. Całe szczęście to również miało plusy. Między innymi, o ile obiad był gotowy, mogłem go dostać wcześniej. Jeśli nie – w kuchni coś zawsze się znalazło. Dlatego dzisiaj, zadowolony, szedłem sobie z pysznym zdrowym hamburgerem, który był nowym przepisem pani White – jednej z kucharek. Po pierwszym gryzie, zakochałem się i niemal rzuciłem kucharce na szyję z prośbą, żeby dodali to do menu. Kobieta chyba była zadowolona, bo obiecała, że „zobaczy co da się zrobić”. Potem wyszedłem z kuchni obdarowany jeszcze resztkami kurczaka dla Nyx. Zagwizdałem na nią i już po chwili siedzieliśmy razem – ja na ławce, ona na ziemi – i zjadaliśmy posiłek. W powietrzu już czuć było wiosnę, a mi robiło się smutno. Od czasów mieszkania na Alasce naprawdę tęskniłem za zimnem. Lubiłem je. Było mi z nim dobrze. Chociaż nie przeczyłem, wiosna też miała swoje uroki. A jednym z nich była właśnie Akademia. I jeden z jej nowych uczniów. Adam lubił Nyx. Pytanie, czy lubił też mnie…
Nie dane mi było dłużej się nad tym zastanawiać, bo usłyszałem skrzekliwy głos kruka.
– Nie słyszałeś, że nie powinno się dokarmiać ptaków? – Nieco protekcjonalny ton, brytyjski akcent, wyprostowana sylwetka…
– Nadęty Brytyjczyk. – Uniosłem lekko kącik ust. – Od Jeżozwierza. Podbródek wyżej, kochanie!
– Pozwolę sobie tego nie skomentować. – Wzdrygnął się chłopak. – Za to ponowię pytanie.
– Nyx jest krukiem, a kruki są wszystkożerne. – Uniosłem kącik ust i zagwizdałem na ptaka, który wylądował na moim kolanie. – Do tego jest moim krukiem i wiem co powinna jeść, a czego nie.
– Jesteś kruczym królem? – Parsknął.
– Imię się zgadza, nie uważasz? – Lekko zadziornie uniosłem kącik ust. – Gdyby nie to, że Lynch nazwał swojego kruka moim nazwiskiem, pewnie też by się nazywała jak jej książkowa odpowiedniczka.
– Co Noah w tobie widzi? – Westchnął z rezygnacją.
– Prawdopodobnie wygodną poduszkę. – Uśmiechnąłem się. – Spokojnie, nie będę jej wyrzucać z okna.
– Więc kim jestem ja? – Popatrzył z wyższością.
– Biorąc pod uwagę wszystkie czynniki i przekładając książkę na rzeczywistość… – Zamyśliłem się. – Martwym walijskim królem?
Czerwone policzki chłopaka musiały palić. Chyba go zdenerwowałem.
– Och przestań się tak nadymać. – Pogłaskałem Nyx po łebku i odstawiłem ją na ziemię, żeby skończyła jeść. – Nie znasz się na żartach.
Wymowne milczenie było jednocześnie niemą pogardą, ale też przyznaniem się do winy. Ostatni kawałek hamburgera zjadłem za jednym razem i poklepałem ławkę obok mnie.
– Siadaj. I nie narzekaj. – Uniosłem kącik ust. – Noah nie interesuje mnie w taki sposób. Jest moją kumpelą i Jeżozwierzem.
– A ty jej Poduszką? – Uniósł brwi.
– Dokładnie. – Pokiwałem głową. – Właściwie jestem bardziej zainteresowany tą drugą płcią.
– Jesteś gejem? – Popatrzył na mnie i lekko się odsunął.
– Biromantykiem. – Uściśliłem. – Ze skierowaniem na facetów.
– Biromantykiem? – Oparł się. – Czym się to różni od biseksualisty?
– Po pierwsze seksualność wiąże się z fizycznością, a romantyczność z uczuciami. – Wzruszyłem ramionami. – Mogę pokochać dziewczynę lub chłopaka, ale zbliżenia fizyczne nie pociągają mnie z żadnym z nich.
– Space ace? – Uniósł brwi.
– Tego się nie spodziewałem. – Zaśmiałem się. – Ale tak. Space ace.
– Tak właściwie… nie znam twojego imienia. – Chłopak wyciągnął rękę. – Leonard.
– Ronan. – Uścisnąłem ją lekko. – Miło poznać twoje imię.
– Jestem raczej Nadętym Brytyjczykiem? – Uniósł brwi.
– Taka prawda, wybacz. – Wzruszyłem ramionami. – Noah cię lubi lubi, spokojnie. To chyba oznaka przywiązania.
– A ty? Lubisz lubisz kogoś? – Zapytał zaczepnie, już lekko rozluźniony.
– Tego oto tu ptaka, chociażby. – Uśmiechnąłem się i pozwoliłem, żeby kruk z powrotem wskoczył mi na nogę, a potem na ramię. – Zjadłaś panienko?
– Czemu tak ją nazywasz? – Zaciekawił się.
– A ty nie masz czułych określeń na bliskich? – Popatrzyłem na niego.

LeŁoś? Ni bądź zazdroooosnyyyy…
1038

Od Adama cd Ronana

Dotyk warg na policzku był jak lekkie muśnięcie piórka, albo raczej trącenie kocim noskiem. Delikatne, miłe i przelotne uczucie, które trwało zbyt krótko, by dobrze je zarejestrować, a jednak Adam był go aż za bardzo świadom. Gdyby nie był tak zaskoczony, na pewno rzuciłby w kąt logiczne myślenie, zignorował fakt, że wciąż są na korytarzu i przyciągnąłby bliżej do siebie tego słodkiego Aniołka, a później... Kurwa, Adam opanuj się. Poczekaj chociaż, aż zamkniecie się w pokoju. Za bardzo odzwyczaił się od kontaktów z rówieśnikami poza siecią, MMO i wnętrzem nocnych klubów. Tam nikt nie przejmował się pochodami, przelotnymi czułościami, czy opinią otoczenia i po prostu działał, robiąc nieprzemyślane, często głupie rzeczy. Gdyby spotkał Ronana na parkiecie w jednym z ulubionych lokali, pewnie nawet by się nie zastanawiał. Od razu zaciągnąłby go w jakiś ustronny kąt, żeby się zapomnieć i po prostu dobrze bawić. Ale teraz był w Akademii, w miejscu gdzie każdy przypadkowy uczeń mógł ich zobaczyć i tak jak sam, mało by się przejął obserwatorem, tak blondynek mógłby nie być zachwycony. Powstrzymał się więc od działania, którego później by pewnie pożałował i skupił się na prowadzeniu chłopaka najprawdopodobniej właściwą drogą.
Szybko jego myśli zeszły na inny tor, który zaczął się od jednego stwierdzenia: Ronan nie miał dużego pojęcia o kulturze japońskiej. Właściwie nawet go to nie zdziwiło. Wiedział jak bardzo Japonia różniła się od reszty świata, a szczególnie od krajów Zachodu i jak mało uczyło się o tym miejscu w szkołach. Ale tak naprawdę tyczyło się to każdego państwa innego niż rodzime. O Europie np. wiedział tylko tyle ile usłyszał w Hetalii i wyczytał z losowych informacji na internecie. Nie widział więc nawet sensu, by poprawiać błąd Księżniczki.
Sporo Japończyków wierzyło w pechowość cyfry "4", ale brunet nie miał zamiaru. Kiedyś wierzył, że jest tam gdzieś jakaś wyższa siła, która czuwa nad wszystkim i wszystkimi, jednak szybko uderzyła go brutalna rzeczywistość. Nad ludzkim życiem decydował tylko sam człowiek oraz zupełnie losowe zbiegi wypadków, których nie dało się ani przewidzieć, ani kontrolować. Nawet jeśli nadal istniał Bóg, czy Bogowie, to musieli mieć gdzieś wszystko, co działo się w stworzonym przez nich świecie, albo byli sadystycznymi chujami. Bo jak inaczej wytłumaczyć, że pozwoli na to wszystko? Na wojny, człowiecze okrucieństwo, niesprawiedliwość życia, cierpienie, samobójstwa... I znowu Adam wpadł w depresyjne myśli. Miał już dość tych własnych wahań nastrojów i czasem żałował, że jednak nie zgodził się na przypisanie odpowiednich leków. Czasem.
- Aż tak ci się spieszy, by znaleźć się ze mną sam na sam w zamkniętym pokoju? - Szybko przywołał na twarz figlarny uśmiech i beztroskim tonem zamaskował podłe samopoczucie. - Wiesz, że taki drobny całus nie wystarczy mi za zapłatę... Ale mogę go potraktować jako zaliczkę.
- Pogadamy jak się najem. Jeśli się najem - odpowiedział mu rozbawiony chłopak, śmiejąc się przy tym wesoło. Podobał mu się ten śmiech, szczery i miły dla ucha, aż samemu trochę lepiej się czuło.
- Jeśli po zjedzeniu  tego wszystkiego nadal będziesz głodny, to zacznę się martwić o twój żołądek. - Góra jedzenia, którą przygotowali mogła spokojnie starczyć dla trzech wygłodniałych osób, a przecież wcześniej zjedli już pseudo tosty.
- Oh, daj spokój. - Blondynek posłał mu spojrzenie swoich błyszczących oczu. - Najwyżej się zasłodzimy.
- Powiedziałbym, że już jesteś wystarczająco słodki, ale brzmi to jak tekst z mangi dla dziewczyn - powiedział rozbawiony Adam, przy okazji prawie potykając się o kota, który postanowił nagle się zatrzymać. Dopiero po chwili brunet zorientował się, że stali już pod drzwiami pokoju nr. 13.
- Zobaczymy. - Ronan oparł się o ścianę w oczekiwaniu na otwarcie drzwi, co nie było takie proste z dużym talerzem tostów w rękach.
Zanim którykolwiek z chłopaków zdążył sięgnąć do klamki, Yurio popisał się najwyraźniej nową sztuczką, bo podskoczył na tylnych łapkach i jak gdyby nigdy nic, otworzył wejście do pomieszczenia. Pewnie jego właściciel byłby pod wrażeniem, gdyby nie fakt, że z takimi numerami, cholerny kot, mógł uciec niepowstrzymany nawet przez drzwi.
- Po prostu super, teraz będę musiał pamiętać, by zamykać pokój na klucz za każdym razem jak nie mam tego parszywca na oku - powiedział zirytowany Adam, po czym wszedł za zwierzakiem do środka. - Sorry za bałagan, Księżniczko, ale dopiero co się rozpakowałem. - Słysząc to, zaproszony gość tylko roześmiał się wesoło.
- Bałagan mi nie przeszkadza.
Pokój wyglądał tak naprawdę całkiem znośnie. Może i biurko ogarniał całkowity chaos znany pod nazwą artystycznego bałaganu, ale nigdzie nie walały się chuchy, jak to bywało w poprzednim lokum pół-Japończyka. Choć to pewnie szybko miało ulec zmianie.
- Siadaj gdzie chcesz - powiedział, kładąc talerz na pościel z herbem Hogwartu i zgarnął papierki po cukierkach do kosza.
Yurio kręcił się niebezpiecznie blisko jedzenia, więc dla świętego spokoju, brunet podszedł do mini lodówki w rogu pokoju i wyciągnął z niej jedną z ulubionych, jadalnych zabawek futrzaka. Mały kurczaczek pokryty żółtymi, puchowymi piórkami od razu przyciągnął uwagę drapieżnika, który ze zniecierpliwienia wskoczył właścicielowi na plecy.
- Ałć, głupi zwierzaku, nie jesteś już kociakiem! - Adam usiłował utrzymać jakoś równowagę z paroma dodatkowymi kilo żywej wagi na ramionach, aż w końcu rzucił martwego pisklaka na podłogę, a wygłodniały koteł rzucił się za nim.
- Widzę, że go rozpieszczasz - zauważył Aniołek, jakoś mieszcząc naleśniki na zawalonym biurku.
- Tego zapchlonego kocura? Nigdy - brunet natychmiast zaprzeczył, ale nie był w stanie ukryć lekko uniesionych kącików ust i spojrzenia definitywnie pełnego przywiązania, kiedy obserwował jak futrzak bawi się jedzeniem w typowy dla swojego rodzaju sposób. - Ja tylko chcę, by pozwolił nam spokojnie zjeść, póki smakołyki wciąż są ciepłe. - Podszedł do chłopaka, po czym ukroił widelcem kawałek słodkiego naleśnika i uniósł go pod usta Ronana. - Powiedz aaaa… - Ku jego zadowoleniu, chłopak posłusznie otworzył usta. - Uroczo... - wyrwało się Adamowi, kiedy patrzył na wargi rozchylone w oczekiwaniu. Powoli podał mu kawałek deseru i z szerokim uśmiechem obserwował jak blondynek wręcz rozpływa się z zachwytu nad smakiem dania. Zrobił to specjalnie, czy nie, ale tak wyszło, że troszkę bitej śmietany zostało w kąciku tych ślicznych ust. Nie bardzo zastanawiał się co robi i po prostu nachylił się, by zlizać słodycz koniuszkiem języka, po czym odsunął się szybko z uśmiechem niewiniątka. Nie zdziwiłby się, gdyby Aniołek się po tym obraził, ale ten tylko parsknął śmiechem i sam odkroił kolejny kawałek.
- Teraz twoja kolej - słysząc to, Adam po prostu nie mógł odmówić, ale do głowy przyszła mu głupia myśl, więc zawahał się na moment.
- A już myślałem, że uda mi się z ciebie zrobić posłusznego ulubieńca - powiedział, ale w głosie nie brzmiał nawet cień smutku. Nie sądził, by chłopak zrozumiał nawiązanie... Ale może? Podejrzewał, że ten nie raz go jeszcze zaskoczy.
- Nawet nie licz, że będę uległy jak Erasmus, albo Damien wobec Laurenta. - Blondynek pokazał bielutkie ząbki w szerokim uśmiechu. - Mam pazurki jak Nicaise. - No i oczywiście nie zawiódł oczekiwań. Brunet z każdą chwilą lubił go coraz bardziej.
- Lubię koty z charakterkiem - stwierdził, z uśmiechem przyjmując zaoferowany wcześniej smakołyk, po czym oblizał usta ze smakiem. - Ale z wielką przyjemnością sprawiłbym ci szafirowe kolczyki i złotą obróżkę - mówiąc to delikatnie musnął palcami odsłoniętą szyję Ronana, drażniąc jego jasną, gładką skórę.
- Jakie szczęście, że masz już kota. - Uśmiech Aniołka był wyraźnie ironiczny. - Poza tym już coś mam - powiedział, wskazując na srebrny łańcuszek. - Więc przegrałeś.
- Niezupełnie... Wystarczy, że dam ci coś innego. - Dlaczego miałby tak łatwo się poddać z powodu głupiego krzyżyka? - Tak właściwie, to skoro już przy tym jesteśmy... - Chwycił między palce błyszczący talizman. - Podobno większość katolików uważa, że bycie kimś z LGBT to grzech... Ale z tego co widzę, nie należysz do tej bandy homofobicznych idiotów.

1217 słów
Ronan? Wyjaśnisz?