11.27.2018

Od Rekera cd. Florence

- Nie, nie mam zamiaru iść na żadne ujeżdżenie - mruknąłem przez telefon do natrętnego Jay'a, który już o godzinie szóstej trzydzieści postanowił obudzić mnie znienawidzoną przez moją osobę melodią - To nudne, a poza tym wole nie patrzeć na panią Oklay, która zacznie się znowu na mnie wydzierać, że wszystko robię źle - nie chcąc już z nim dyskutować, szybko zakończyłem połączenie, a następnie z zamkniętymi oczami opadłem na miękką poduszkę, jednak jak się okazało po kilku minutach, nie było mi dane teraz spać. Nerwowe przekręcanie się z boku na bok, w końcu zmusiło mnie to wzięcia prysznica i przebrania się w swój standardowy strój jeździecki. Białe bryczesy idealnie komponowały się ze świeżo wypastowanymi oficerkami, które przez mój wyjazd do Nowego Jorku mogły sobie solidnie wypocząć. Cóż, czasami trzeba odwiedzić rodzinę, a jeśli sami mnie do siebie zapraszają, to dlaczego by z tego nie skorzystać? Widząc na zegarze godzinę ósmą piętnaście, spokojnym krokiem udałem się w stronę prywatnej stajni, gdzie już na samym wejściu moje dwa konie zarżały głośno na przywitanie. Dzisiejszego ranka zdecydowałem się potrenować na Evilu, który kiedy tylko został wyprowadzony z boksu, zaczął mnie wrednie podgryzać. Na szczęście dość szybko udało mi się dotrzeć do stanowisk czyszczących więc gniada maruda długo się nade mną nie poznęcała. Nie był aż taki brudny jak wcześniej mi się wydawało, ale i tak wymagał on męczącej mięśnie pielęgnacji. Po usunięciu nieczystości z ostatniego kopyta, mogłem zabrać się za jego siodłanie. W tym celu musiałem udać się do siodlarni, gdzie o dziwo kolejny wieszak wraz ze skrzynią został przez kogoś zajęty. Nie zwracając na to zbyt dużej uwagi, wziąłem jedno z siodeł skokowych swojego podstawowego konia. Nie zapomniałem również o ogłowiu połączonym z napierśnikiem, fartuchu, czapraku oraz ochraniaczach, które były obecne na każdej nodze selle francaisa, gdy musiałem z nim nieco poćwiczyć. Jak zwykle zostawienie tego dużego źrebaka sam na sam skończyło się katastrofą dla kilku szczotek i wiader, które zostały odkopnięte przeze mnie odkopnięte na szeroki korytarz. Jak skończę to, to posprzątam - domyślałem, nasuwając na grzbiet Residenta czarny czaprak ze złotą lamówką. Następnie przyszła kolej na siodło, które w połączeniu z fartuchem wywołało u niego głośne tupanie przednią nogą - Uspokój się - westchnąłem zapinając go na odpowiednie dziurki w przystułach. Była już ósma czterdzieści pięć, ale znając już dobrze pana Pola, wiedziałem, że zapewne spóźni się o jakieś piętnaście minut, dlatego jakoś bardzo mi się nie śpieszyło. Po uporaniu się z ogłowiem, mogłem zabrać się za szybkie porządki, których zapewne i tak nikt później nie zauważy. Równo z godziną dziewiątą pięć, pojawiłem się na hali skokowej gdzie przywitały mnie rozbawione twarze moich towarzyszy. Przez te kilka miesięcy przebywania tutaj miałem okazję zaznajomić się już z każdym. Jedni odchodzili, drudzy przychodzili, a dzisiaj był czas na przywitanie kolejnej pannicy, która raczyła pojawić się w naszej grupie treningowej. Nie chcąc na razie przeszkadzać jej zapoznania z Flawią, wsiadłem na palącego się do jazdy ogiera oraz zacząłem go solidnie rozgrzewać, bo w końcu kto przyznałby się przed własnym wychowawcą, że miał w czterech literach pierwsze zajęcia? Już miałem i tak dość kłopotów na głowie przez Dewidelio, a z kolejnym nauczycielem nie miałem jakoś ochoty rozpoczynać wojny... A tym bardziej z takim co dyktuje składy pod zawody.
⤱⤱⤱⤱⤱
Po wykańczających ciało treningach sam nie wiedziałem co mam ze sobą zrobić. Piętrzące się na moim biurku zadania z kursu języka francuskiego jakoś mnie nie zachęcały do ich wykonywania, a głośne burczenie w brzuchu, nie dawało mi szansy nawet na najmniejsze skupienie się. Chociaż w między czasie miałem okazję zjeść dość sporą kanapkę to zdecydowanie mi to nie wystarczało. Doczekując się w końcu zbawiennego czasu kolacji, ruszyłem prędko w stronę stołówki, gdzie serwowano dzisiaj różne dania. Ja nie mając ochoty na jakieś wydziwianie, zabrałem sobie talerz z tortillą wypełnioną po brzegi warzywami, w których skład wchodziła między innymi papryka, ogórek, a nawet rzodkiewka. Wszystkie stoły były już niemal pozajmowane więc chcąc nie chcąc byłem zmuszony do zajęcia miejsca naprzeciwko tej nowej. O ile dobrze pamiętam to jej imię zaczynało się jakoś na literę "F". Fiona? Felicja? Fista? Florence? Tak Florence! - pomyślałem widząc jak niebieskooka stara skupić się na jedzeniu.
- Ty jesteś Florence prawda? - zapytałem pewnie, biorąc gryza swojego posiłku - Szło ci całkiem nieźle na dzisiejszym treningu, ale przycisnąłbym nieco bardziej Flawie na treningach, bywa leniwa - dorzuciłem widząc, że nie wie co ma tak właściwie mi odpowiedzieć.
- A ty kim jesteś? - zadała pytanie, nurkując wzrokiem w talerz wypełniony smacznym pokarmem - Widziałam cię chyba na treningu - zmarszczyła lekko brwi, jakby chciała sobie przypomnieć wydarzenia sprzed kilku godzin.
- Reker, jesteśmy razem w grupie - westchnąłem, poprawiając swoje włosy - Ale możesz kojarzyć mnie z innych źródeł - rozsiadłem się wygodniej, skupiając swoją uwagę na jej twarzy.

<Florence? ^^> 

11.26.2018

Od Stiles'a Cd. Mary

Gdy Mary poszła ja zostałem jeszcze chwilę z ogierem w boksie. Pozbierałem sprzęt i wyszedłem z boksu. Poszedłem odnieść wszystko do siodlarni. Wziąłem z wiaderka stojącego obok drzwi kilka marchewek i wróciłem pod boks Diego.
- Masz brachu. -powiedziałem wkładając marchewki do żłoba - Smacznego. -powiedziałem głaskając konia
Wyszedłem ze stajni. było bardzo ciemno i wezbrał się wiatr. Poszedłem szybkim krokiem do akademika. Zanim poszedłem do pokoju skoczyłem jeszcze na stołówkę. Było zaledwie kilku ludzi. Zobaczyłem Rekera, Irmę, Thomasa, Will'a i chyba Alex. Nie dosiadałem się nawet, wziąłem tylko coś na ząb ; na wynos i poszedłem do pokoju. Zjadłem bułkę siedząc na łóżku i przeglądając fejsa. Włączyłem sobie jeszcze youtube i pooglądałem jakieś filmiki. Gdy zjadłem bułkę, stwierdziłem, że czas się umyć. Jak postanowiłem tak zrobiłem. Już po 15 minutach byłem umyty i przebrany w piżamę. Wskoczyłem do łóżka. Byłem padnięty, przez co nie mogłem zbytnio usnąć. Rzucałem się po łóżku, w sumie jak zawsze. Spojrzałem na zegarek, moim oczom ukazała się druga czterdzieści osiem. - Stiles! Weź się ogarnij. Czas spać. -wymamrotałem do siebie
Trochę się jeszcze pokręciłem i jakimś cudem usnąłem. Wstałem bardzo wcześnie, było parę minut po szóstej. Nie myślałem, że obudzę się tak prędko, tym bardziej, że dzisiaj mamy wolne. Ogarnąłem się i przebrałem w ciuchy codzienne. Za oknem robiło się ładnie. Sprawdziłem pogodę, no... dzisiaj nie będzie padać. Całe szczęście. Założyłem ocieplane buty i wziąłem gruby polar pod kurtkę. Ubrałem się tzw. na cebulkę, bo gdy zobaczyłem minus na termometrze, to inaczej nie wyszedł bym na dwór. Poszedłem do stajni. Przywitałem się z końmi, podszedłem do Diego i pogłaskałem go po szyi. - Widzę, że już po śniadaniu. -powiedziałem do konia - Pobiegasz trochę. -uśmiechnąłem się klepiąc go po boku szyi. Skierowałem się do siodlarni. Moim zamierzeniem były szczotki, toczek oraz ogłowie bezwędzidłowe. Diego strasznie nie lubi wędzidła, a i bez niego świetnie mnie słucha, więc po co mam go męczyć. Wszedłem do środka siodlarni. Wziąłem potrzebne rzeczy i wyszedłem. W oczy rzuciła mi się Mary stojąca przy boksie Diego. Chciała go chyba pogłaskać, jednak ogier szybko się cofnął kładąc po sobie uszy.
- Nie martw się, mało kto ma jego zaufanie. -powiedziałem podchodząc bliżej, a dziewczyna aż podskoczyła na te słowa
- Nie martwię się, przecież mnie nawet nie zna, więc byłabym w niemałym szoku gdyby dał się dotknąć - machnęła ręką- Co tu robisz o tej godzinie? - zapytała
- Nie mogłem spać. -odpowiedziałem wieszając ogłowie na haczyku i kładąc toczek na półce przed boksem
- To tak jak ja. -powiedziała Mary - Będziesz jeździł? -zapytała
- Tak. Dzisiaj lekka jazda, trochę poćwiczę sobie dosiad, przynajmniej mi tyłek nie zamarznie. -zaśmiałem się
- To fakt. Jak jest taka pogoda, to oklep jest idealną opcją. -powiedziała blondynka
- A ty co będziesz robić? -zapytałem wchodząc do boksu Diego trzymając w ręce skrzynkę ze szczotkami

< Mary? >

11.25.2018

Od Irmy cd. Rekera

Kiedy wreszcie gorąca woda dotknęła mojej skóry, poczułam jak momentalnie moje mięśnie się rozluźniają i że powoli się relaksuję. Jeszcze tylko jutro… pomyślałam zmęczona zarówno fizycznie, jak i psychicznie dzisiejszym dniem. Przynajmniej jakoś doszłam do porozumienia z Rekerem i miałam nadzieję że to nie będzie tylko chwilowe, gdyż jego humorki jak widziałam były z każdym dniem różne. Czułam że oczy mi się normalnie kleją, więc nie siedziałam zbyt długo pod prysznicem, tylko wyszłam po paru minutach, wytarłam się, a następnie ubrałam w czyste rzeczy które nie śmierdziały potem, po czym padłam jak długa na łóżko i zasnęłam.
**********************************************************************************
Była mroźna zima… Temperatury tej zimy były strasznie mroźne i przytłaczające. W radiu czy w telewizji co chwilę można było słyszeć jak policja kogoś z bezdomnych znajdowała martwych z powodu wychłodzenia. Siedziałam na podłodze i próbowałam się ogrzać niewielkim kocykiem, podczas gdy mój ojciec chlał w najlepsze ze swoimi kolegami od flaszki. Było niesamowicie zimno, a za oknem padało pełno śniegu.
Mój pokój był w zasadzie graciarnią przeróżnych rzeczy, ale zawsze prze te graty było choć odrobinę cieplej, gdyż wychłodzone pomieszczenie nie dawało takiej ochrony przed zimnem, niż budynek w którym regularnie się paliło, nawet jakby wygasło w piecu… Cóż na moje nieszczęście już dawno odcięto nam ogrzewanie, przez nie płacenie rachunków i w zasadzie to jeśli już ojciec miał pieniądze, to tam jedynie opłacał prąd, gdyż uwielbiał spędzać czas przed telewizorem, oglądając przeróżne mecze i oczywiście popijając to ulubionym trunkiem.
Miałam wtedy jakieś osiem lat i jak to małe dziecko nie wiedziałam czemu mój ojciec i matka są inni niż reszta rodziców, których mieli moi rówieśnicy ze szkoły… Nie raz płakałam i chciałam by to się jakoś odmieniło i bym też miała normalną rodzinę, ale jak szło się domyślić, każdej zimy, kiedy powinien na dworze grasować święty mikołaj, moje życzenia nigdy nie zostały spełnione. Siedziałabym tak dalej pod ścianą, gdyby nie odgłos kroków, zbliżających się do mojego pokoju, co zwiastowało nadejście mojego wkurzonego ojca, któremu jak zwykle skończyło się piwo i chciał się przez to na kimś wyżyć, czyli w tej chwili właśnie na mnie!
Przestraszona tymi odgłosami, jakoś zdołałam się wcisnąć pd stertę kartonów, książek, desek i innych starych i obrzydliwie śmierdzących ubrań, dzięki czemu byłam niewidoczna, lecz było mi ciężko oddychać, przez duże ściśnięcie mojego niewielkiego ciałka pośród wszystkich tych rzeczy. Drzwi otworzyły się z hukiem, przez co mogłam usłyszeć jak resztki tynku ze ścian poleciały na podłogę, a w tej samej chwili mój ojciec wszedł do pokoju.
Był wściekły, co już mogłam rozpoznać po jego silnych uderzeniach nóg o podłogę, przez co też i wstrzymałam oddech by nawet o milimetr nie poruszyć rzeczami znajdującymi się wokoło mnie, oraz by mnie nie usłyszał.
Serce waliło mi jak oszalałe, a słysząc jak jego kroki niebezpiecznie się zbliżają do miejsca mojej kryjówki, poczułam jeszcze większy przypływ strachu.
- Gdzie jesteś Ty mała cholero?! - usłyszałam jego wrzask, a w następnej chwili rzucił czymś ciężkim o ścianę, przez co lekko się wzdrygnęłam i zamknęłam mocno powieki, błagając w myślach by mnie nie znalazł.
*********************************************************************************
Obudziłam się gwałtownie otwierając oczy i szybko oddychając. Chwilę mi zajęło by zrozumieć iż to był tylko sen i że nie grozi mi już żadne niebezpieczeństwo ze strony ojca kata i pijaka. Bezpieczna… pomyślałam z wyraźną ulgą, czując jak serce powoli zaczyna mi zwalniać i się uspokajać. Widząc na zegarze ściennym, godzinę siedemnastą zrozumiałam że do kolacji zostało niewiele czasu, dlatego też gdy jakoś doszłam do siebie po szoku związanym z moją przeszłością, wstałam z łóżka, a następnie doprowadzając swoje włosy do ładu i składu, wyszłam na korytarz. Tam oczywiście dopadł mnie Reker, na którego sama nie wiem dlaczego tak często ostatnio wpadam…
Zrobił mi wykład, podczas którego no cóż dziwnie się czułam bardzo, gdyż myślałam że woli odzyskać swój sprzęt, skoro był za jego pieniądze, nie mówiąc o tym że jeszcze niedawno był na mnie tak bardzo wściekły na to że wszyscy ponoć mi coś dają.
- Dobrze już dobrze – odparłam po jego przemowie, kierując się razem z nim w stronę jadalni. Kiedy tylko przekroczyłam próg ruchomych drzwi, nagle zdębiałam gdyż nie mogłam uwierzyć w to co właśnie widzę! Reker zdębiał tak samo jak ja, a na twarzach osób, które się znajdowały w pomieszczeniu wykwitły szczere uśmiechy. W jadalni bowiem znajdowali się nasi rodzice, a w moim przypadku opiekunowie i młodsza siostra!
Niezmiernie się na to ucieszyłam i zaraz do nich podleciałam, dzięki czemu zostałam mocno poczochrana po włosach przez mojego opiekuna, a opiekunka mnie mocno przytuliła wraz z siostrą, podczas gdy uśmiechy z ich twarzy nie schodziły ani na chwilę.
- Co Wy tu robicie? Nic nie mówiliście że przylecicie taki kawał drogi! - powiedziałam szybko, nadal będąc w wielkim szoku.
- Chcieliśmy Ci sprawić niespodziankę… Akademia jak i hotel wszystko zorganizowali, więc to był taki sekrecik – objaśnił mi opiekun, a kątem oka mogłam dostrzec Rekera, który był tulony przez własnego ojca i nawet udało mi się usłyszeć kawałek jego słów „Niespodzianka łobuzie”. Spędziliśmy z bliskimi całą kolację, na której i też były potrawy, które wcześniej tutaj się nie pojawiały. Było naprawdę bardzo milo i cieszyłam się z tego że mogę spędzić nieco więcej czasu ze swoją nową rodziną.
***************************************************************************
Następnego dnia wstałam z łóżka jakby nowo narodzona. Miałam w sobie pełno energii i miałam również bardzo dobry humor, po wczorajszej kolacji, nie mówiąc o tym że wsparcie bliskich dodawało mi otuchy i wsparcia. Po zjedzeniu na szybko śniadania pobiegłam do stajni by zobaczyć co się dzieje z moim biednym Touch Downem, który stał w boksie spokojnie i nawet dobrze się trzymał. Tutejszy weterynarz zajmował się nim i podawał leki do czasu, aż nie wrócimy do naszej akademii, gdzie miał go przejąć już weterynarz akademicki. Biedak miał zabandażowaną nogę czerwonym bandażem, co oznaczało że jego kontuzja jest bardzo poważna… Musiałam jeszcze przetestować tą siwą klaczkę, by się dowiedzieć jakie są jej możliwości oraz by się dowiedzieć czy w ogóle jest dzisiaj w stanie wystartować.
Nie znałam tej klaczki więc miałam utrudnione zadanie, ale właśnie po to wstałam wcześniej by się dowiedzieć jakie ma możliwości na niewielkiej budowy klaczka, choć przyznam że i tak była nieco większej budowy niż reszta klaczy z tych lepszych hodowli. Podczas siodłania miałam z nią nieco problemy, gdyż Carizmie wyraźnie się nie podobało podciąganie popręgu, który zaciskał się wokoło jej brzucha, lecz jakoś dałam sobie z nią radę…. I tak ja jej nie ściskałam tak jak to robiła jej poprzednia już właścicielka Stevani, która chciała chyba biedaczkę zadusić takim mocnym podciąganiem popręgu! W nagrodę że dała się w końcu osiodłać, pogłaskałam ją po chrapach i dałam jej kawałek kosteczki cukru, którą od razu zadowolona zjadła, a następnie dy upewniłam się że jej ekwipunek jest dobrze założony, wyprowadziłam ją z boksu. Musiałam przyznać iż fioletowy ekwipunek do białej niczym śnieg sierści tez wyglądał niezwykle szałowo, lecz i tak Touch Down był dla mnie numerem jeden.
Szybko udało mi się dość zrobić jej rozgrzewkę, podczas której nieco ją wyczułam, co było niezmiernie ważne gdyż wiedziałam ze muszę przejechać dzisiaj na czysto i jeśli to będzie możliwe, to jak najszybciej się tylko to da! W końcu reprezentowaliśmy swoją akademię, a to ze byłam nowicjuszką, ludzie też na mnie zupełnie inaczej patrzyli, nie mówiąc już o tym jakie wielkie oczekiwania były wobec mojej osoby że dam sobie jakoś radę. W końcu nowicjusz zawsze może coś spierdzielić, a zawodowi już nieco jeźdźcy to zupełnie inna bajka… Kiedy już byłam pewna że klaczka dobrze dobie poradzi na zawodach w dyscyplinie skokowej, zgłosiłam zmianę konia jurorom, podając przyczynę bo o to prosili, uzyskałam ich zgodę, a następnie poprawiono dokumenty by wszystko im się zgadzało. Gdy wróciłam na rozprężalnie ponownie z Carizmą, widziałam że już jest tam Reker na swoim ogierze, który jak zawsze doskonale się ruszał. Dopiero po chwili chłopak mnie zauważył i zdecydował się podjechać do mnie widząc iż siedzę na grzbiecie zupełnie innego konia. Nie wiedział w końcu że Touch Down doznał kontuzji i pewnie myślał że jestem wariatką, przez to że nie rozgrzewam swojego podstawowego konia, zwłaszcza gdy nie znałam siwej klaczki w ogóle.
- Nie rozgrzewasz Touch Downa? Nie mów mi tylko że chcesz pojechać na koniu którego nie znasz – powiedział szybko, patrząc na mnie bardzo uważnie.
- Nie mam wybory Reker… Touch Down ma poważną kontuzję i nie mogę na nim pojechać… Wiem że to szaleństwo, ale muszę spróbować w końcu to mimo wszystko poważne zawody, które są ważne dla naszej akademii. Dajcie mi szansę, zawsze lepiej jest spróbować niż od razu się poddać – odparłam spokojnie, patrząc na jego osobę.

< Reker? ;3 jak tam zawody? Najpierw jedzie Jay, potem Ty, a później Irma xdd >

Od Florence Do Rekera

Możecie się zastanawiać gdzie w tym wszystkim podziała się Bonnie. Otóż od razu po tym jak pani Elena Lasamarie pokazała mi mój pokój zaniosłam tam walizki i wróciłam do samochodu. Pojechałam kilka kilometrów do nowego domu moich dziadków. Od razu przy drzwiach przywitała mnie Bonnie. Porządnie ją wygłaskałam, a później poszłam przywitać się z dziadkami. Nie byłam u nich długo. Po zaledwie pół godzinie spędzonej w ich domu pożegnałam się i wsiadłam do samochodu razem z Bonnie. Może i spędziłabym u nich więcej czasu gdyby nie fakt, że samochodem jechało się do nich jedynie parę minut. Gdy dotarłam na miejsce zaparkowałam samochód i przypięłam Bonnie smycz. Prowizorycznie, aby nikt nie miał do mnie pretensji, że jest luzem. Zaprowadziłam ją do  mojego pokoju. Otworzyłam walizki i zaczęłam się rozpakowywać. Podczas gdy wkładam ubrania do szafy, zapełniałam komodę oraz układałam rzeczy na biurku, w łazience i na łóżku, Bonnie spacerowała po pokoju i pakowała wszędzie swój ciekawski pyszczek przy okazji obwąchując wszystko co się da. Legowisko suczki stanęło tuż obok łóżka jednakże było ono jedynie w razie czego, bo i tak wylegiwała się zwykle na moich poduszkach. Zapomniałam wcześniej   że w trakcie tego spędzonego u dziadków pół godziny zdążyłam już zjeść kolację. Była dopiero 21 jednakże cała ta podróż i przeprowadzka całkowicie pozbawiły mnie sił. Zmyłam makijaż, wzięłam szybki prysznic i przebrana w cieplutką piżamę poszłam spać
***
Poprzedniego dnia nie zdążyłam ani nastawić budzika, ani sprawdzić jak wyglądają jazdy. Całe szczęście śpiąca na moich plecach Bonnie zaczęła lizać mnie po twarzy już chwilę przed 6. Byłam wyspana więc wstanie nie sprawiło mi żadnego problemu. Poszłam do toalety, umyłam twarz i szybko się ubrałam. Wyszłam z pokoju i udałam się na stołówkę. Okazało się, że trafiłam akurat na porę rozpoczęcia wydawania śniadania. Z tego powodu nikogo jeszcze nie było. Zjadłam więc szybko i poszłam sprawdzić kiedy moja grupa zaczyna zajęcia. Okazało się, że pierwsza jazda zaczyna się o godzinie 8, a ostatnia kończy się niedługo po 13. W tym tylko dwie pieciominutowe przerwy. Miałam jeszcze trochę czasu, więc postanowiłam, że wyjdę z Bonnie i Fellowem na spacer. Wróciłam do pokoju i przypięłam suczce smycz. Założyłam kurtkę i udałam się do stajni gdzie założyłam ogierowi kantar sznurkowy. I tak ja, Bonnie na smyczy i Fellow na linie wyruszyliśmy sobie na mały spacerek. Gdy dotarliśmy do lasu spuściłam Bonnie ze smyczy i wsiadłam na konia. Pokręciliśmy się chwilkę po lesie, a potem, za pastwiskami, zsiadłam i przypięłam suczce smycz. Odstawiłam ogiera do boksu, a sama poszłam z Bonnie do pokoju. Tam nalałam jej wody, nasypałam karmy, poczym wyszłam do stajni. Po drodze zapytałam się jeszcze jedną z trenerek o konia. Nie wiedziałam czy Fellow wytrzyma 5 godzin treningu, więc spytałam ją o zdanie. Ona poradziła mi wziąć jednego ze stajennych koni. Dwadzieścia minut przed 8 zaprowadziłam więc klacz o imieniu Flavia na stanowisko do czyszczenia i zabrałam się do oporządzania jej tak, że punkt ósma mogłam już zaczynać jazdę. Pierwsza była ujeżdżeniowa, później były skoki, a na samym końcu cross. Po wszystkim Flavia była padnięta. Szczerze mówiąc nie bardziej niż ja. Od razu po rozsiodłaniu wypuściłam ją na pastwisko i wróciłam do pokoju. Zabrałam Bonnie na krótki spacer, a później nasypałam jej karmy i nalałam wody. Później sama poszłam na obiad. Zjadłam go na szybko i znowu wróciłam do pokoju. Padłam na łóżko i dosyć szybko usnęłam. Szczerze mówiąc dawno się tak nie zmęczyłam.
***
Gdy się obudziłam była już 18. Na dworze robiło się ciemno, a ja czułam mocno wszystkie kończyny. Cieszyłam się, że zabrałam Fellowa na. Jazdę już rano. Teraz nie miałabym na to siły. Była już pora kolacji. Wzięłam więc szybki, odświeżający prysznic i poszłam na stołówkę. Teraz nawet nie miałam siły się spieszyć. Poszłam po kolację i usiadłam przy jednym ze stołów. Nie jadłam długo, a przede mną usiadł jakiś chłopak skutecznie zakłócając mój spokój. Mam tak zawsze jeśli chodzi o nieznajome czy słabo znane osoby. Patrzeć się na niego? Nie, pomyśli że się gapić. Omijać go wzrokiem? Nie, to będzie wyglądać dziwnie.
<Reker? >

Od Mary CD Stiles'a

 Kiedy tylko zobaczyłam nasze konie, to poczułam jak zalewa mnie ulga. Mogło się to naprawdę źle skończyć, więc mój stres był usprawiedliwiony. Nadrobiliśmy spokojną jazdą do akademii, pozwalając sobie na krótki wyścig a Stiles przy okazji opowiedział mi trochę o sobie, na czym głównie mi zależało. Chciałam mieć jakąkolwiek wiedzę na jego temat, a nie tak, że wszyscy mają informację na mój temat, ja za to żadnych.
 Karciłam się później za to pytanie o związek, nie powinnam się wtrącać, ale ciekawość chwilami bierze górę. Dlatego tak szybko skończyłam szykować Austie w boksie, bo prowadziłam się nerwami, więc nawet nie zwróciłam uwagi, kiedy klacz była nieosiodłana.
 Nie chciałam wracać od razu do pokoju, byłam przekonana, że jak to zrobię, to padnę trupem i zasnę, a zależało mi, aby przynajmniej jeszcze raz podziękować chłopakowi za koleżeństwo. Nie każdy postąpiłby tak jak on a mi naprawdę zszedł duży ciężar z serca, kiedy ktoś mnie wprowadził w ten cały, akademicki świat
 - Najpierw chciałam przeprosić, jeśli oddałam wrażenie natrętnej... jak buzia mi się nie zamyka, to jestem wręcz upierdliwa i mówię dużo rzeczy, których nie powinnam - zaśmiałam się nerwowo, opierając się łokciami o furtkę do boksu - I podziękować za oprowadzenie po akademii. W życiu bym się tu nie odnalazła, a teraz przynajmniej mam naparstek wiedzy - dodałam z weselszym uśmiechem i po szybkim zerknięciu na zegarek, uznałam, że teraz mogę już wrócić do pokoju. Nie chciałam go po prostu od tak zostawiać, po tym jak sam mi pomógł.
 - Wracam do siebie, więc... dobranoc - rzuciłam trochę niezręcznie, pomachałam energicznie i zniknęłam ze stajni po pożegnaniu się z Austie.
 Nie spodziewałam się, że ten dzień będzie aż tak męczący. Myślałam, że spędzę go na samych formalnościach, pójdę do siebie i zacznę się zapoznawać z terenem kolejnego ranka. Jak widać skończyło się inaczej, ale zbytnio mi to nie przeszkadzało. Rozluźniło, i wymęczyło, mnie to trochę, to na pewno. Zapomniałam też o zbliżających się odwiedzinach, mimo, że dopiero tutaj przyjechałam. Rodzice uznali, że Joseph powinien być zapoznany z tym, gdzie tymczasowo się znajduję. Oboje uznaliśmy to za idiotyczne, ale powiedział, że przyjedzie, spędzimy chwilę czasu razem i tyle. Aby miał co opowiedzieć - nic więcej. Dopóki nie przyjadą z nim jego rodzice, to wszystko będzie w porządku.
 Kiedy tylko trafiłam do pokoju, to podłączyłam telefon do głośnika i puszczając playlistę na akceptowalnej głośności, zaczęłam się szykować do snu, zmywając makijaż i przebierając się we wzorzystą, flanelową piżamę. Większość czasu spędziłam na improwizacji tanecznej do muzyki, raz wystraszyłam się nie na żarty jak usłyszała pukanie do drzwi, ale na moje szczęście okazało się to coś mało ważnego, więc szybko wróciłam do niezgrabnego tańca i kiedy to dodatkowo mnie wymęczyło, wyłączyłam głośnik i zgasiłam światło. Położyłam się na łóżku i nie zdążyłam nawet przejrzeć powiadomień z telefonu, bo szybko zostałam pochłonięta przez sen.

 Nie spodziewałam się po sobie, że tak szybko wstanę, więc kiedy zerknęłam na telefon, by zobaczyć jaka jest godzina, to byłam w szoku widząc szóstą rano. Myślałam, że po wczoraj wstanę najwcześniej o siódmej trzydzieści. W dodatku było jeszcze wolne, to tym bardziej szokowało, że podniosłam się z łóżka o takiej porze.
 Jednak nie chciałam marnować czasu, więc prędko się ogarnęłam i poszłam na stołówkę z nadzieją, że ta będzie wydawać śniadanie. Ku mojemu szczęściu tak było, więc zgarnęłam gotową jajecznicę i kawałek suchego chleba a do picia niezbyt mocną kawę.
 Po skończonym jedzeniu uznałam, że nie szkodzi mi pójść do stajni i potrenować trochę z Austie, gdzie od razu się udałam. Nie zamierzałam dawać jej wycisku, ale nie zamierzałam dać jej stać w boksie i nic więcej.
 Przechodząc po stajni poczułam lekkie szturchnięcie w ramię i jak się okazało, był to Diego, co mnie trochę zdziwiło, ale z uśmiechem ostrożnie wyciągnęłam dłoń w stronę jego pyska. Jednak szybko się przekonałam, że u ogiera ciężko z zaufaniem, bo ten szybko się odsunął a ja uznałam sytuację wcześniej za zwyczajny wypadek, choć, jak to ja, zrobiło mi się ciut smutno. Wolałam mieć więź ze zwierzętami, choć byłam świadoma, że to tak nie działa i nie powinno
 - Nie martw się, mało kto ma jego zaufanie - podskoczyłam kiedy usłyszałam głos Stilesa, ale szybko machnęłam dłonią na jego słowa.
 - Nie martwię się, przecież mnie nawet nie zna, więc byłabym w niemałym szoku gdyby dał się dotknąć - odparłam - Co tu robisz o tej godzinie? - zagaiłam od razu z ciekawości.

Stiles?

Od Florence do Irmy

Samochód z pudłami ruszył już do Karoliny Północnej, ale ja jeszcze siedziałam na plaży i wpatrywałam się w spokojne wody Zatoki Meksykańskiej. Nie wiedziałam co mam sądzić o wyprowadzce z Houston. Niby było mi tu ani dobrze, ani źle, ale też nie żywiłam do tego miejsca jakichś nadzwyczajnych uczuć.
- Florence! - do moich uszu dobiegł głos dziadka. Wstałam otrzepując się z piasku i odwróciłam się w jego stronę. - My już wyjeżdżamy, ty też już się zbieraj. Wiesz jak masz jechać? - spytał.
- Tak dziadku, wiem - skinęłam twierdząco głową.
- W takim razie do zobaczenia na miejscu - uśmiechnął się mężczyzna i pożegnawszy się ze mną ruszył do samochodu. Uznałam , że i tak nie ma sensu już tu siedzieć ruszyłam do swojego Aston Martina. Odpaliłam silnik i udałam się w stronę Cullen Park, niedaleko którego znajdowała się Hearthstone Riding Stables, stajnia, w której czekał na mnie Good Fellow. Warunków, które tam panowały nie można było nazwać nie zadowalający jednakże wolałabym mieć konia blisko siebie, ale dziadkowie nie zgadzali się wybudować stajni, aby "śmierdziało im końmi". Po pół godzinnej drodze zaparkowałam samochód na dziedzińcu i poszłam do siodlarni po szczotki i ochraniacze transportowe, a potem wyprowadziłam z boksu Fellow'a. Ze względu na okropnie uwierający brak odpowiednich stanowisk przywiązałam go do metalowego kółeczka na ścianie stajni i zaczęłam czyszczenie. Po wczorajszym treningu zdążyłam go porządnie umyć, więc nie było to tak wymagające zajęcie. Gdy skończyłam, założyła ogierowi ochraniacze transportowe i wprowadziłam go do przyczepy, którą, z pomocą stajennego, zdążyłam już zaczepić do samochodu. Spakowałam do niej szczotki i poszłam po raz kolejny do siodlarni po siodła, ogłowie, czapraki i wszystko co należało do mnie, po czym włożyła to na odpowiednie miejsca wewnątrz pojazdu. Dałam Fellow'owi trochę siana i wsiadłam do samochodu, a po chwili ruszyłam w drogę.

***

W końcu moim oczom ukazał się stojący tuż obok drogi dość minimalistyczny znak z herbem stanu i napisem "Welcome to South Carolina". Ucieszył mnie jego widok, a niechodziło tu ani o kunsztowne wykonanie, ani o zniewalające jego piękno, które to dwie cechy pozostawiały sobie wiele do życzenia, ale o przekaz, który interpretując według moich potrzeb oznaczał bliską już odległość do celu. Celem tym był mój nowy dom, a także nowy dom Fellow’a. Otóż tak, było to nareszcie jedno miejsce. Dziadkowie nadal nie chcieli, aby koń „śmierdział im pod nosem”, więc zamieszkałam w akademii. Tak, to był cel mojej podróży. Musiałam więc jechać kilka kilometrów dalej niż do nowego domu moich dziadków, do Imposible Horse Academy. Stajnia zapowiadała się nieźle, nie mogło być zresztą inaczej, bo przecież będzie ona od dzisiaj domem Fellow’a i moją akademią i miejscem zamieszkania w jednym. Nie minęło wiele czasu od kiedy mijałam znak, a mijałam już swój nowy dom moich już byłych opiekunów przy którym stało zaparkowane auto dziadków, z cały czas nieaktualną rejestracją. Już po chwili wjechałam na podjazd prowadzący do stajni, jednak zatrzymała mnie brama. Szczerze mówiąc wcale nie musiała mnie zatrzymywać, w końcu była otwarta. Wjechałam do środka, a pochwili dotarłam do jakiegoś dziedzińca, na którym zatrzymałam samochód i z niego wysiadłam, zamykając go na klucz. Po chwili dostrzegłam to czego szukałam. Drzwi wejściowe, wyglądające jakby prowadziły do części w której mogło znajdować się jakieś biuro, sekretariat czy Bóg wie co. Już miałam do nich podejść, ale wyszła z nich jakąś kobieta i udała się w moją stronę.
- Florence Brooks? - spytała.
- Tak - przytaknęłam
- Elena Lasamarie - podała mi rękę. - A teraz pozwól za mną do biura - powiedziała i udała się w kierunku wyglądających na główne drzwi. Po chwili znalazłam się w pomieszczeniu, do którego zaprowadziła mnie kobieta. Usiadła ona na krześle za biurkiem i wskazała na siedzenie naprzeciwko.
- Proszę usiądź - powiedziała, a gdy jej posłucham podała mi plik papierów. - Zdaje się, że miałaś dołączyć do akademii. Proszę, oto regulamin i kilka innych rzeczy odnośnie przynależności do niego. Zapoznaj się z tym uważnie i popodpisuj tam gdzie jest na to miejsce - poleciła kobieta. - A tutaj masz kartę odnośnie hotelu dla konia. Masz może przy sobie jego dokumenty?
- Tak, już daję - Wyjęłam z torby teczkę z papierami Good Fellow’a. Gdy wszystkie formalności zostały już załatwione Elena Lasamarie poszła ze mną do stajni, aby pokazać mi boks oraz szafki i wieszaki w siodlarni, które będę mogła zająć.
- Masz jeszcze jakieś pytania? - spytała kobieta.
- Na razie wszystko wiem - zaprzeczyłam.
- Dobrze, a teraz pozwolisz, że udam się do biura, gdybyś mnie potrzebowała znajdziesz mnie właśnie tam - brunerka odeszła, a ja ruszyłam do przyczepy, po ogiera. Znajdowałam się w nowym miejscu, więc prowizorycznie przypięłam uwiąż do kantara Fellow’a i wycofała go z przyczepy. Zaprowadziłam go do boksu i zdjąwszy mu kantar wyszłam na korytarz.
- Niedługo wrócę - pocałowałam go w chrapy i ruszyłam do przyczepy. Wyjąwszy ze środka wszystko co zostało, odniosłam sprzęt do siodlarni. Postanowiłam, że nie będę teraz się rozpakowywać. Wzięłam jedynie szczotki i kantar sznurkowy z liną i zaniosłam je na stanowiska do czyszczenia. Otworzyłam boks ogiera, a ten wyszedł do mnie na korytarz. Zamknęłam je, a następnie ruszyłam do miejsca, w którym zostawiłam szczotki, a Fellow posłusznie poszedł za mną. Na stanowisku do czyszczenia również go nie przywiązywałam, z resztą bez kantara było to średnio możliwe. Wyczyściłam go i założyłam mu kantar, wiążąc linę tak, aby naśladowała wodze. Nie wiedziałam czy może zostawić tu szczotki, więc szybko położyłam je w rogu boksu Fellowa. Ogier czekał na mnie spokojnie, a gdy dałam mu sygnał do ruszenia znowu poszedł za mną. Planowałam wyruszyć w teren jednakże nie znałam żadnych ścieżek. Zobaczyłam kogoś wchodzącego do stajni. Była to brązowo włosa dziewczyna, trochę wyższa ode mnie. Podeszłam kilka kroków bliżej, a Fellow poszedł za mną, sprawiając, że na stajennym korytarzu rozległ się stukot kopyt, co zwróciło uwagę dziewczyny.
- Przepraszam, znasz może jakieś fajne trasy do wyjazdu w teren? - spytałam.
- Jeśli pójdziesz między pastwiskami, dotrzesz do lasu, jest tam sporo ścieżek z których można z korzystać - uśmiechnęła się.
- Dziękuję, tak w ogóle jestem Florence - podałam rękę nieznajomej.
- Irma - dziewczyna odwzajemniła uścisk dłoni.
- Emm… Chciałabyś może pojechać ze mną. Jestem tu pierwszy raz i boję się, że mogę się zgubić - spytałam nieśmiało. 

<Irma? >

Weak people revange, strong people forgive, inteligent people ignore.

Imię i nazwisko: Florence Giana Brooks 
Wiek: 19 lat
Płeć: Kobieta
Ranga: Intermédiaire
Grupa: I
Imię konia: Good Fellow
Pokój: 17
Charakter: Na początku zaznaczę, że Florence, mimo pierwszego wrażenia, jest inteligentna, nawet bardzo. A skoro o pierwszym wrażeniu mowa, to powiem o tym co rzuca się w oczy jako pierwsze. Na pewno to, że jest wycofana i nie lubi być w centrum uwagi. Można nawet uznać ją za aspołeczną, czego powodem jest to, że przez całe życie uczyła się w domu, gdzie nie miała kontaktu z rówieśnikami. Dialogi z nią nie są zbyt barwne, woli odpowiadanie na pytania od ich zadawania, a nawet te odpowiedzi nie można uznać za długie. Zmienia to się diametralnie, gdy komuś zaufa i odnajdzie się dobrze w jego towarzystwie. A zaufanie jej zyskać jest bardzo łatwo, lecz musi to trochę potrwać. Nawet jeśli jakieś, nawet wyraźne, oznaki będą mówiły, że ta osoba nie jest godna tego, aby jej ufać, to ona podejdzie do nich pobłażliwie i znajdzie jakieś wytłumaczenie. Dobrze wychowana, jak przystało na "panienkę z dobrego domu". Do wszystkich podchodzi z należytym im szacunkiem. Teraz pora na to co ma wewnątrz. W środku jest naprawdę ciepłą i miłą osobą, zagubioną istotką szukającą oazy, w której mogłaby zatrzymać się i odetchnąć, ciepłego kącika. Gdzieś tam czai się nutka szaleństwa, jak na razie skutecznie stłamszona przez dobre wychowanie. Jest jeszcze wielkim, masywnym pudłem, do którego ciężko znaleźć klucz, do którego nie można się dostać siłą, jedynie po dobroci.
Aparycja: Florence jest delikatnej budowy szczupłą osobą o dużych, niebieskich oczach. Rzeczą która od razu rzuca się w oczy są ognistorude włosy oraz liczne piegi. Ma bladą cerę, której nie chcę, pod żadnym pozorem, złapać opalenizna. Rumieńce wręcz przeciwnie. Jest też niewysoka, ma zaledwie 166cm.
Historia: W formie opowiadania 
Rodzina:
Rodzice: Bella i Martin Brooks - zginęli w wypadku, gdy Florence miała dwa lata. 
Dziadkowie: Robin i Stella Brooks - to oni opiekowali się dziewczyną po śmierci rodziców.
Orientacja seksualna: Heteroseksualna
Partner/ka: - 
Inne: 
~ Ma uroczą suczkę border collie Bonnie.
Właściciel: julka20502

Imię: Good Fellow 
Rasa: Selle Francias
Wiek: 12 lat
Płeć: Ogier
Charakter: Mimo tego, że jest ogierem, Florence nie ma problemów z jego gwałtownością czy "ogierzym instynktem". Toleruje wszystkie konie, ewentualnie pojedyncze sztuki mogą nie podpaść mu do gustu, ale to już inna bajka. Jest niezwykle delikatny w pysku oraz ma wielki potencjał. Skakał wyżej niż Giana, więc można powiedzieć, że to on wprowadza ją w świat sportu. Mimo tego że specjalizuje się głównie w skokach umie też trochę ujeżdżenie. Jest bardzo łatwy w prowadzeniu, wspaniale pracuje się z nim z ziemi zarówno na lonży jak i naturalowo.
Dyscyplina: Jest dobry w skokach, lecz cross nie sprawia mu większych problemów. Umie też trochę ujeżdżenie. 
Należy do: Florence Giana Brooks