10.24.2018

Od Hache CD. Liliane

Dziewczyna zakłóciła mój spokój, jednak postanowiłem podroczyć się z nią wymianą kilku bezsensownych zdań. Tak dla miłego widoku jak, doprowadzam ją do szału. jednak nie udało mi się uzyskać zamierzanego przeze mnie efektu. Gdy ponownie odwróciła się i zaczęła odchodzić, mój wzrok znowu spoczął w tym samym punkcie, natomiast na twarzy pojawił się uśmieszek. Wyjąłem papierosa z paczki i zapaliłem go. Odpłynąłem myślami, gdzieś daleko, poczułem znowu nieprzyjemne kłucie serca, a przed oczami miałem jej zapłakaną twarz. Nie wiem jak długo męczyłem się ze wspomnieniami. Ocknąłem się gdy spalony papieros poparzył moje usta. Tak jak kiedyś parzyły mnie z rozkoszy pocałunki pewnej młodej kobiety. Poderwałem się z ziemi po czym ruszyłem do swojego pokoju. Zajrzałem do szafki i wyciągnąłem z niej czteropak piwa. Klapnąłem na łózko i odpaliłem pierwszy lepszy film akcji jaki mnie zaciekawił. Ledwo się zaczął a po piwach nie było śladu. Około północy poczułem senność i postanowiłem położyć się spać.
Rano o dziwo wstałem przed budzikiem i zacząłem się ogarniać. Dziś miałem pierwszy trening. Już wyobrażałem sobie mojego Alvaro zwanego torpedą jak skacze. Ubrałem strój do jazdy i udałem się na śniadanie. Następnie jak zwykle wyszedłem na zewnątrz zapalić, aby po chwili udać się do stajni. Zerknąłem  na kartkę swojej grupy, oczywiście imiona nic mi  nie mówiły. Udałem się do Alvaro i czyściłem go w boksie.
- Siema staruszku, dziś dla odmiany skaczemy, wiem,że nie lubisz nic innego poza gnaniem przed siebie, ale pora się nauczyć.
Nie był zbyt zadowolony gdy go osiodłałem i wyprowadziłem na parkour. ledwo moja prawa noga złapała strzemię a ogier od razu ruszył galopem. Chwilę zajęło mi aby szedł chociaż przez chwilę normalnie. Nagle na placu zjawiła się znana mi blondynka przy okazji przypadkiem poznałem jej imię. Gdyż trener coś do nie powiedział. Ona skupiała się na tym aby jej koń robił fikuśne rzeczy. Moim zadaniem było iść stępem i nie pozwalać Alvaro dreptać kłusem. Siedzenie koniowi niemal cały czas na pysku jest mało komfortowe i nie należy do przyjemnych. W końcu osiągnąłem swój cel i ruszyłem kłusem. Oczywiście tak szybkim i wyciągniętym jaki Alvaro był w stanie ruszyć
- Uspokój go niech idzie powoli ! - odezwał się trener
Z całych sił starałem się aby ogier się uspokoił. nie dziwie mu się sześć lat wyścigów a teraz nagle każą mu robić coś innego, niż to czego był uczony większość życia. Gdy reszta grupy stępowała  konie ja dopiero mogłem zacząć skakać, gdyż przez całą jazdę uspokajałem nakręconego konia.
Przejechałem parkur cztery razy pod rząd, był nieco niższy niż dla reszty ale pomimo kilku potknięć, zrzutek i wyłamań byłem zadowolony. To były pierwsze skoki Alvaro w życiu.
odprowadzałem swojego podopiecznego gdy dostrzegłem przed sobą Liliane, tak już wiem jak ma na imię.
- Zaczekaj ! - zawołałem
Jej reakcja była dość śmieszna, zapewne nie spodziewałaby się nigdy, że się do niej odezwę.
- Coś chcesz ?
- Czyli Brzydula ma na imię Liliane - zaśmiałem się.
- Jesteś chamski ... - podsumowała.
Na mojej twarzy pojawił się drwiący uśmieszek.
- Wiem, do zobaczenia na kolejnym treningu.
Zaprowadziłem Alvaro na myjkę i ogarnąłem po czym wstawiłem do boksu i wyszedłem zapalić przed stajnią.
Następnie poszedłem po Darko na którym miałem trening ujeżdżenia. Przyszykowałem konia jak najszybciej i punktualnie zjawiłem się na ujeżdżalni. Gdzie czekała na nas już Pani Lisa Oklay.
Przyznam sam z tej dyscypliny jestem totalnie zielony, więc instruktorka musiała mi poświęcić znacznie więcej czasu niż pozostały. Jednak szło mi całkiem spoko, nawet pewne proste rzeczy mi wychodziło. Po treningu ogarnąłem Drako i poszedłem po Toskana przygotowałem go do jazdy i ponownie udałem się na miejsce treningu Cross to było coś co lubiłem i naprawdę mi wychodziło. Więc Pani Fiona była ze mnie naprawdę zadowolona. Kiedy treningi dobiegły końca ogarnąłem ostatniego konia, zebrałem sprzęt i wyszedłem zapalić. Obok mnie stanęła Brzydula i zmierzyła mnie wzrokiem.
- Hmm niech zgadnę przyszłaś powiedzieć mi, że świetnie mi szło na crossie. - Zaśmiałem się.
- Nie.
- To po co ?
- Alvaro coś się stało ... chyba ma kolkę.
Zgasiłem peta i ruszyłem do ogiera, wpadłem jak poparzony do jego bosku. Faktycznie był spocony i grzebał nogą w ściółce.
- Stajenny dał mu owies tuż po treningu - powiedziała Liliane
- Skąd wiesz ?
- Widziałem ...
- To czemu mu nie wybrałaś tego, albo nie powiedziałaś, że dopiero wrócił z treningu.
- Myślałam, że ty kazałeś mu dać.
- Chamski jestem to fakt, ale nie głupi ... - niemal krzyknąłem
Założyłem koniowi kantar i podpiąłem uwiąz. jedyne co mogłem to teraz chodzić z nim.
- Pójdę powiem Panu Davidowi
- Oki ..
Poszedłem z ogierem na halę i chodziłem w koło, czekałem aż Liliane wróci z właścicielem akademii i jakoś uda się pomóc Alvaro.

<Liliane?>

10.23.2018

Od Irmy cd. Rekera

Nie za bardzo pamiętam co się ze mną działo... W jednej chwili czułam uderzenie za uderzeniem w głowę, a w drugiej słyszałam jakiś dziwny pisk i wrzaski, których znaczenia nie potrafiłam rozszyfrować. Jedynie co pamiętałam to to że widziałam tam Rekera i jego przyjaciela, którzy niestety przeze mnie też oberwali ale co ja miałam na to poradzić? Zawsze gdy ojciec wpadał w furię, to ranił każdego kogo tylko napotkał na swojej drodze, nie przejmując się zupełnie losem każdej z poszkodowanych osób. Było mi głupio i wstyd, bo wiedziałam że to teraz się bardziej rozniesie i ze będą o tym pisać w gazetach, a co za tym idzie całą szkoła się dowie, choć chyba gorsze było to że teraz miałam trafić do sierocińca wraz z siostrą! Koniec z wolnością, koniec z przyszłością pomyślałam smutno, leżąc na łóżku szpitalnym pośród pięciu innych pacjentów. Miałam potrenować z Flawią ale już nigdy jej nie zobaczę... Pewnie konisko nawet za mną nie tęskniło, bo zapewne dostał ją jakiś inny uczeń szkoły, który o nią bardzo dobrze dba. O czym ja w ogóle myślę? Idę po szpitalu do sierocińca, gdzie wszyscy będą nas gnoić i patrzeć jak spod byka, a ja się przejmuję co myśli jakiś koń... zganiłam się w myślach patrząc przez okno z łóżka.
Widząc jak w powietrzu przefrunęła spora ilość gołębi, miałam ochotę dołączyć razem do nich, choć nie miałam skrzydeł. Leżałam na tym już tydzień, na tym samym łóżku, na tym samym oddziale, na tej samem sali, gdzie byłam tylko ja i panująca wokoło mnie cisza. Inni pacjenci najczęściej spali, a ja rozmyślałam na temat mojego nic nie wartego już życia. W akademii mogłam się poczuć kimś jeżdżąc na koniu, tak samo jak moja siostra, a teraz moje życie było jednym wielkim znakiem zapytania. Nadal ledwie mogłam się ruszać, a w dodatku byłam taka słaba... W dodatku ta ciągła samotność mnie przytłaczała, tak samo jak obawa o siostrę, która zapewne była już w sierocińcu, a ja nie mogłam jej wesprzeć!
Jestem żałosną siostrą... pomyślałam zła na siebie I po cholerę ja się pchałam do tej pracy w tym głupim mieście? Gdyby nie to, to teraz mogłabym dalej żyć w akademii pomyślałam jeszcze. Mając już serdecznie dość tej bezczynności, starałam się jakoś ruszyć swoje jakby sflaczałe i poobijane mięśnie oraz krucze kości, co niemiłosiernie mnie bolało, lecz jakoś udało mi się podnieść do pozycji siedzącej. Niestety albo i stety zaraz dopadł mnie lekarz, który zaraz mnie stanowczo położył z czego nie byłam zadowolona, ale widząc jego skwaszony wyraz twarzy odpuściłam sobie i zaraz odwróciłam od niego wzrok. Nie jednokrotnie widziałam już ten wyraz twarzy u nie jednego człowieka... Był to wyraz twarzy obrzydzenia i niechęci do mojej osoby. W końcu nie byłam nawet ubezpieczona, więc zapewne szkoda im było na mnie leków... Poczułam ponownie tą straszną przykrość w sercu na takie zachowanie innych. Co ja im takiego zrobiłam niby? To moja wina że pochodzę z takiej a nie innej rodziny? To moja wina że musiałam tam żyć? Moja że ojciec nas lał do krwi i często do nieprzytomności? Przecież się uczyłam i zawsze starałam się być miła dla każdego oraz zawsze starałam się by nikomu nie naprzykrzać.
Nie miałam kolegów ani koleżanek jak inni ludzie w moim wieku, nigdy nie miałam faceta jak inne dziewuchy, które w moim wieku to potrafiły być już w dwunastym związku jak nie więcej. Widząc że lekarz szybko odszedł do jakiś papierów, nawet nic nie mówiąc postanowiłam znowu zacząć się patrzeć zza okno, gdzie niebieskie niebo nie zmieniło się do tego czasu w ogóle... Kiedy myślałam że zaraz zwariuję, nagle poczułam czyjąś rękę na swojej, na co się wzdrygnęłam mimowolnie i spojrzałam spłoszonym spojrzeniem na tego kto mnie dotknął. Ku mojemu wielkiemu zdumieniu, była to moja nauczycielka, która zawsze mi pomagała!
- Witam Irmo... Jak się czujesz? - spytała szeptem, siadając obok mnie na krześle tak by nie zakłócić spokoju innym pacjentom na sali.
- Źle - powiedziałam cicho z wyraźnym smutkiem - Co tu pani robi? Marnuje tylko pani na mnie czas... - dodałam.
- Boli Cię coś? - spytała ze zmartwieniem, którego nie potrafiłam u niej zrozumieć. Przecież miała na pewno przeze mnie kłopoty! A ona tak sobie spokojnie do mnie przychodzi jakby nigdy nic?
- Boli ciągle ale się przyzwyczaiłam - mruknęłam cicho, oczekując odpowiedzi na moje poprzednie pytanie.
- Zaraz Ci coś podadzą... Przyszłam Cię odwiedzić więc nie marnuję czasu drogie dziecko - odparła spokojnie zdejmując z szyi swój pomarańczowy jesienny szal.
- Przepraszam... narobiłam pani tylko problemów... - powiedziałam ze skruchą - Teraz już nic nie będzie mieć sensu - dodałam patrząc w kołdrę.
- Nie mów tak... Wszystko będzie dobrze Irma - próbowała mnie pocieszyć.
- Nic dobrze już nie będzie! Trafię z siostrą do sierocińca, a Ci co tam trafiają nie mają żadnej przyszłości - powiedziałam szybko swoje obawy i żale.
- Będzie dobrze... Nie traficie do sierocińca - mówiła łagodnie ciągle, a ja nie potrafiłam zrozumieć jej spokojnego tonu głosu.
- Przecież nie mamy opiekuna żadnego, bo matka się nas wyrzekła gdy byłyśmy małe - poinformowałam ją.
- To nie ma znaczenia.... Adoptowałam Ciebie i Sarę - powiedziała nagle a mnie totalnie zamurowało!
♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣
Minęły kolejne dwa tygodnie, podczas których oswajałam się z myślą że mam nową rodzinę z siostrą. Poznałam partnera mojej opiekunki prawnej, bo matką ją nazwać nie mogłam, choć oczywiście traktowała mnie lepiej niż niegdyś moja biologiczna matka. Dziwnie mi po prostu było, gdyż zawsze była moją nauczycielką, a teraz tak jakoś nie mogłam się odnaleźć w tej nowej sytuacji, choć to ponoć miało niedługo minąć. Miałam opiekę psychologa podobnie jak Sara, lecz ja nie miałam zamiaru mu się zwierzać ze swoich problemów życiowych i niech się wypcha! Swoje przeżyłam, ale nie chciałam by moje wspomnienia i emocje trafiły do jakiś kart, które nie daj co mógłby ktoś jeszcze inny odczytać i miałabym problem.
Nigdy nie ufałam lekarzom ani policji, ze względu na to jak nas kiedyś traktowali gdy byłyśmy z Sarą małe. Dla mnie to byli ludzie kompletnie bez emocji i uczuć, a w dodatku patrzący tylko na to, kto ile kasy ma w torebce i ile może od danej osoby wydoić. Wracając jednak do tematu, to właśnie jechałam z moją nową "matką" do akademii, po trzytygodniowym pobycie w szpitalu, gdzie czekała ponoć na mnie jakaś niespodzianka. Nie wiedziałam za bardzo o co chodzi i nie rozumiałam za bardzo takich niespodzianek, ale jeśli miała być miła to być może polubiłabym takiego typu rzeczy. Dość dziwnie mi się jechało samochodem osobowym, aczkolwiek było to nawet miłe doświadczenie, choć z początku nie byłam pewna czy do tego małego czegoś w ogóle wchodzić...
Kiedy dojechałyśmy na miejsce było już dość po godzinie osiemnastej, więc większość uczniów siedziała już w swoich pokojach, co mnie cieszyło. Moja twarz wróciła już do normalności, więc nie miałam żadnych siniaków, a kości się pozrastały, lecz blizny na ciele pozostały, tak samo jak moja pamięć o tym wszystkim. Odpinając pas i ciągnąć delikatnie za klamkę w samochodzie, wysiadłam z niego, a następnie się rozejrzałam. Jesień była już bardzo widoczna, zwłaszcza przez opadające liście z drzew i chłodnym powietrzu.
- Chodź Irma - pogonił mnie głos opiekunki, na co mimowolnie lekko westchnęłam i ruszyłam za nią, ku mojemu wielkiemu zdumieniu, do stajni dla koni prywatnych. Miałam ochotę stanąć w miejscu, gdyż pomyślałam że jej się coś pomyliło, bo ja przecież zawsze jeździłam na Flawii ale to w stajni tej dla uczniów! Czując jednak jak kobieta mnie mocno ciągnie, postanowiłam się na razie nie odzywać, a wchodząc do wypucowanej na błysk stajni, gdzie wszystko było na bogato, poczułam się lekko nieswojo... Od razu w oko wpadły mi dwa konie Rekera oraz dwa konie w boksach obok gniadosza. Widać było od razu że to najbogatsze konie w całej stajni, a ja wolałam się do nich nie zbliżać, lecz niestety moja opiekunka zaprowadziła pod boks, gdzie obok zaraz znajdował się czarny jak smoła ogier, który także należał do tego bogatego dzieciaka. Oni mają kasy jak lodu... pomyślałam szybko, a następnie spojrzałam na skarogniadego ogiera, który wychylił swój łeb zza drzwiczek boksu by mnie obwąchać zaciekawiony kim że jestem.
- Polubił Cię! Ładny prawda? - spytała szeroko się uśmiechając, a ja odruchowo pogłaskałam konia po chrapach, co najwidoczniej bardzo mu się spodobało.
- Tak jest na prawdę łady - mówiąc to także lekko się uśmiechnęłam - Do kogo należy? - spytałam przenosząc wzrok na nią, a z jej twarzy ani na trochę nie schodził szeroki i jakże ciepły wyraz twarzy.
- Spójrz na drzwiczki boksu, a się dowiesz - powiedziała tajemniczo, nie chcąc mi zdradzić nic a nic.
Podążyłam od razu wzrokiem za jej wskazówkami i nie mogłam wyjść z ogromnego szoku i zdumienia jakie w tej właśnie chwili mnie ogarnęło! Nie potrafiłam wydusić z siebie zupełnie nic, tylko patrzyłam się na plakietki boksu, gdzie były wszystkie dane konia i jego właściciela.
Touch Down
Wiek: 5 lat
Płeć: Ogier
Rasa: Holsztyńska
Właściciel: Irma Enderfind
Spojrzałam ponownie na swoją dawną nauczycielkę i obecnie swoją opiekunkę ze zdziwioną i zapewne głupkowatą miną, gdyż ta zaczęła się lekko śmiać, nie mogąc już wytrzymać, po czym poczochrała mnie po głowie robiąc mi artystyczny nieład.
- Wszystkiego najlepszego! Spóźniony prezent ale jest - powiedziała zadowolona z siebie.
- Ale... Jak? Nie mogę go przyjąć... - powiedziałam zmieszana szybko, gdyż to na pewno nie był od taki tani sobie konik, a jego utrzymanie to już w ogóle był zapewne kosmos! 
- Nie ma żadnych ale i nie chcę tego słyszeć... Jest Twój i dbaj o niego i niczym innym się nie przejmuj - powiedziała klaszcząc lekko w dłonie zadowolona - Jego ekwipunek cały masz w siodlarni, a opłatami się nie przejmuj... - dodała, na co skinęłam bardzo powoli i niepewnie głową.
Ponownie spojrzałam na skarogniadosza, który przekręcił śmiesznie głowę na bok, co mnie niezmiernie rozbawiło i sama lekko się zaśmiałam oraz dużo pewniej zaczęłam go głaskać po głowie. Był na prawdę przepiękny! Maść skarogniada była raczej rzadka w tej rasie, gdyż bardziej przeważało kare umaszczenie, czy też maść siwa jabłkowita oraz siwa. 
- To Ci się podoba czy nie? - spytała rozbawionym głosem.
- Bardzo! Dziękuję! - powiedziałam wniebowzięta i się do niej przytuliłam, co zaraz odwzajemniła.
- Bardzo mnie to cieszy! - usłyszałam jej głos ponownie w którym dało się wyczuć lekką ulgę - A teraz zaniesiemy Twoje rzeczy do pokoju, nadal masz ten sam, a wszystkie formalności już dawno załatwiłam, więc o to nie musisz się martwić - poinformowała mnie.
- A co z Sarą? - spytałam z niepokojem.
- Też tu jest nie martw się - odparła idąc ze mną do samochodu po mój plecak, gdyż więcej rzeczy nie miałam, a przynajmniej mi się tak zdawało, gdyż kobieta ponownie mnie zaskoczyła otwierając bagażnik samochodu, gdzie miała dwie wielkie walizki! Spojrzałam na nią niezrozumiałym wzrokiem na co znowu lekko zachichotała, po czym wyjęła dwie różowawe walizki.
- To Twoje rzeczy kochana... Książki i ciuchy, które Ci kupiłam i tylko mi już nie marudź, bo nie chcę słyszeć żadnych słów sprzeciwu - pogroziła mi palcem jak to miała w zwyczaju, gdy jakiś uczeń nieco na lekcjach jej marudził.
- No dobrze - poddałam się rozbawiona unosząc ręce w pokojowym geście, a następnie przerzuciłam plecak przez ramię oraz wzięłam jedna z walizek, które tak mało w cale nie warzyły! Ile ona tam tego napchała? pomyślałam ciągnąc to ku akademikowi. Wspinaczka po schodach nie była prosta, lecz jakoś dotarłam do swojego celu, gdzie postawiłam szybko walizkę obok szafy na ubrania, a plecak położyłam na pościelonym ładnie łóżku. Po chwili dołączyła do mnie moja opiekunka, która postawiła ostatnią walizkę obok mojej i rozejrzała się szybkim wzrokiem po pokoju.
- Bardzo ładny pokój... - stwierdziła spokojnie - Irmuś ja muszę się już niestety zbierać, bo muszę zrobić jeszcze parę sprawdzianów dla uczniów... - westchnęła lekko - W walizce masz też słodycze w razie czego - dodała zadowolona na co skinęłam lekko głową i się pożegnałam z nią mocno się do niej tuląc.
- Dziękuję za wszystko jeszcze raz... - powiedziałam wdzięczna za to wszystko co dla mnie zrobiła podczas tych trzech długich tygodni, a czego nie zrobiła moja matka przez wiele lat mieszkania z nią kiedyś.
- Nie ma za co kochanie... Trzymaj się i pamiętaj dobrze się ucz - mówiąc to ponownie pogroziła mi jakże strasznym palcem na co skinęłam lekko głową i wyszła zamykając za sobą brązowe drzwi. Ciekawe o jakich słodyczach mówiła pomyślałam ciekawsko i zaczęłam szybko przeszukiwać dwie walizki w ich poszukiwaniu. Nie minęła chwila, a zaraz natrafiłam na 5 opakować ciastek Oreo, 5 czekolad Milki, 2 opakowaniach pianek oraz żelków Haribo. Zadowolona tym od razu sięgnęłam po swoje dwa co przysmaki czyli czekoladę oraz ciasteczka, lecz zaraz sobie przypomniałam że wypadało by jakoś przeprosić chłopaków za to co przeze mnie im się stało! Co prawda nie wiedziałam pod jakim numerem mieszkał kolega chłopaka, ale wiedziałam za to pod jakim numerem on mieszkał, więc wzięłam jedną czekoladę w rękę, a następnie czmychnęłam bardzo cicho korytarzami. Chwilę mi to zajęło, ale gdy dotarłam pod odpowiednie drzwi, rozejrzałam się uważnie czy aby na pewno nikogo nie ma, a następnie wsuwając cicho opakowanie czekolady pod drzwiami do pokoju chłopaka, czmychnęłam ponownie do swojego pokoju, gdzie zaczęłam rozpakowywać swoje nowe rzeczy, którym zaczęłam się uważniej przyglądać.

< Reker? ;3 zauważysz czekoladę Milki? xdd >

Od Rekera cd. Irmy

Odkąd Jay na nowo zawitał do mojej codzienności, zacząłem powoli przywykać do tego dziwnego miejsca, w którym każdego dnia czegoś ode mnie wymagano. Salvatore tak samo jak i ja nie znosił nudy, dlatego zwykle staraliśmy się ubarwić nieco zajęcia tym wzorowym uczniakom, którzy chyba sądzili, że zawsze trzeba podporządkowywać się nauczycielom. Jeśli chodzi o ojca bądź matkę to nie odezwali się do mnie ani słowem odkąd wylądowałem w innym Stanie. Może chcieli bym przywyknął do sytuacji kiedy ich nie ma? Albo po prostu mają mnie centralnie gdzieś? W końcu dla nich to jeden kłopot mniej. Nie muszą już wydawać pieniędzy na moje zachcianki, wyżywienie, czy tam ubrania. Moja rodzina była bardzo zamożna oraz bardzo rozpoznawalna nie tylko w USA, lecz także dzięki swojej działalności, w Europie i Azji. Miało to dużo plusów, ale i sporo minusów. W sumie to aż tak bardzo nigdy nie szastaliśmy pieniędzmi na prawo i lewo, co pozwalało nam na dobre prowadzenie biznesu oraz wspinanie się na sam szczyt. Odchodząc jednak od tematu dotyczącego mojego nazwiska... Wraz z moim przyjacielem, przechadzaliśmy się właśnie, jedną z alejek sklepowych, przeglądając zawartość wypchanych po brzegi półek, które wręcz uginały się pod ciężarem tabliczek czekolady, nakrapianych ciastek i innych tego typu słodyczy.
- Kupmy Milkę na spółę to nam starczy na dwa tygodnie - mruknąłem wyczuwając w przedniej kieszeni spodni niecałe dziesięć dolarów - Nie dostałem swojej wypłaty od ojca... Chyba się na mnie pogniewał - westchnąłem niechętnie wpatrując się w fioletową krowę prezentującą jeden z moich ulubionych smaków zwący się "Chips Ahoy!". Wyglądała tak zachęcającą, że nim się obejrzałem, znajdowała się już w moich rękach.
- A mnie o zdanie nie zapytasz? - prychnął urażony gapiąc się na duże opakowanie Oreo - Od czekolady szybciej psują się zęby! Lepiej zjedzmy jakieś ciacha - uśmiechnął się sam do siebie w gotowości capnięcia w dłoń niebieskiego kartonika. Miał już dalej ciągnąć swoją wypowiedź na temat jak źle będziemy wyglądać za kilka lat jak będziemy się obżerać ciągle czekoladą, aż nagle, ni stąd, ni zowąd wleciała w nas rozpędzona Irma, której ciężar poleciał głównie w moją stronę. Była czymś najwidoczniej przerażona, ponieważ jej rozbiegany wzrok skakał po moim ciele jak po parzącym węglu, od którego gwałtownie się odsunęła. Chcąc na nią krzyknąć, zabrałem sporą dawkę powietrza do swoich płuc, ale nie zdążyłem wykonać swojej misji na czas, bo coś strasznie mnie zamroczyło. Głośny pisk odseparował mnie od rzeczywistości stawiając przed oczami głęboką plamę czerni. Potem odebrano mi już wszystko. Węch, słuch, dotyk, wzrok, a nawet smak nie potrafiły przebić się przez grubą warstwę ślepej ciemności. Starając się zaufać Boskiemu Planowi, powoli wyciszałem swój organizm, który pod wpływem moich działań odciął mnie już całkowicie od świata żywych, ale też i martwych.
〄〄〄〄〄
Kiedy otworzyłem swoje oczy przywitała mnie światłość bieli, lecz ku smutkowi, niektórych osób jeszcze nie umarłem. Ból rozsadzający moją czaszkę od środka był na tyle nieznośny, że moja wyobraźnia zaczerpnęła wizji jej rozsadzenia. Starając się zgiąć szyję pod odpowiednim kątem, nagle przed swoim narządem wzroku mignęła mi postać elegancko ubranego faceta. Zdziwiony, nadstawiłem swego karku ciut mocniej, aby przyjrzeć się mu uważniej. Jak się okazało był to mój ojciec, który pogrążony w ponurym nastroju, przyglądał się kolorowi szpitalnych płytek. 
- Tato? - mruknąłem cicho, zaciskając oczy w wąską linię - Tato - dodałem z lekką irytacją, gdy czarnowłosy nie chciał zareagować na mój łagodny odzew.
- Reki? - otrząsnął się jak z szoku po wypadkowego - Dzięki Bogu! Już myślałem, że wpadłeś w śpiączkę... Nieźle oberwałeś od tamtego jełopa - przyjrzał się uważnie mojej głowie, jakby była najciekawszym eksponatem świeżo otwartego muzeum.
- Nie mówić tak głośno - złapałem się za łepetynę próbując przycisnąć ją do swojej piersi - Wymiotować - wystękałem ostatnim tchem, zanim zwróciłem całą zawartość żołądka do błyszczącej na wszystkie stron świata, nerki. Ohyda - pomyślałem wlepiając bezmyślnie wzrok w granatową rękawiczkę jednego z przyjmujących tutaj doktorków. Muszę przyznać, iż facet miał dobry refleks, aby tak szybko zapobiec naturalnej bombie biologicznej, która miała zawitać na białym prześcieradle zmienianym co przybycie kolejnego pacjenta.
- Przynajmniej nie ma krwi - skwitował zadowolony nieznajomy, po czym bez wahania powoli ułożył mnie wygodniej na łóżku - Ale szybkiego powrotu do domu mu nie wróżę... Wstrząs mózgu nie mija z dnia na dzień - zwrócił się tym razem do mojego ojca, który z wielką powagą zatwierdził jego słowa, twierdzącym ruchem głowy. Po szybkim badaniu polegającym na sprawdzeniu reakcji moich źrenic oraz nerwów, mogłem z powrotem wrócić do bezwładnego leżenia przerywanego nieustannymi nudnościami.
- Przepraszam - mruknąłem nie wytrzymując panującej dookoła, duszącej ciszy - Nie powinienem się tak wtedy zachować... Ale dobrze wiedziałeś, że nie chce wyjeżdżać - dodałem widząc malujące się na jego twarzy niezrozumienie.
- Ale wyszło ci to na dobre - pstryknął mnie ostrożnie w bolący nos, który na całe szczęście nie był złamany - Teraz masz ze sobą Jaya to nie powinno być aż tak źle... Nie gniewam się na ciebie więc już się nie smuć, bo tak ciężej dojść do zdrowia - posłał mi barwny uśmiech, który natychmiastowo odwzajemniłem.
- Dziękuję Tato.

Irma? ;3

Od Liliane cd. Hache

Moja irytacja sięgała zenitu, gdy chłopak tak po prostu mnie spławił, wcale w niczym nie ułatwiając, a przecież chyba widział, że jestem nowa, nieobeznana i najwyraźniej potrzebuję pomocy? Mężczyzna okazał się gburem na miarę mojego nie żyjącego ojcaC, a ja nie specjalnie chciałam tracić na takich czas i marnować sobie nerwy. Przyjechałam dzisiaj, a poznając go, utwierdziłam się tylko w przekonaniu, że są tu wyjątkowo niewychowane osoby, chociaż to może po prostu ja byłam sztywna przez wpojone mi przez babcie zasady dobrego zachowania? Z niechęcią udałam się na poszukiwanie toru do crossu, ale wiał zimny wiatr i było to ostatnią rzeczą, na jaką miałam dzisiaj ochotę. W końcu zawuważyłam pierwsze przeszkody i dwa kare konie podczas najazdu na jedne z nich. Pokonały ją wzorowo, a ja zaczęłam się zastanawiać, czy Macabre w ogóle będzie wiedziała z czym to się je, kiedy przyjadę na niej na jutrzejszy crossowy trening. Podeszłam do stojącego nieopodal mężczyzny, który krzyczał coś do jeźdźca.
– Dzień dobry. Czy wie pan coś o tabliczce dla Danse Macabre? – spytałam, gdy skończyli już rozmawiać, a ten na chwilę się zamyślił, po chwili opowiadając.
– Wydaje mi się, że mam jakieś w torbie – pokazał mi gestem, abym poszła za nim, w kierunku ławki, na której leżała sportowa torba z Adidasa. Otworzył ją, a ja byłam w stanie dojrzeć, co znajduje się w środku. Było tam mnóstwo kartek i karteczek, zmiętych świstków papieru, wygladającychna całkowicie bezużyteczne, ujrzałam nawet przerwany, ubłocony kantar na źrebaka, połowę czapraka z drugą, ale wyprutą, kilka zakurzonych szczotek, a między tym wszystkim, na samym dnie, spoczywały trzy końskie tabliczki, dwie z zupełnie nieznanymi mi imionami, ale jedna bez wątpienia należała do mnie. Czarno na białym, schludnym pismem opisana został linia, z której klacz pochodzi, jej imię oraz moje, zaraz po „właściciel:”. Odebrałam ją, przepełniona dumą, po czym wycofałam się, dziękując. Czym prędzej uciekłam z toru, aby nie zostać stratowaną przez zwierzęta, nieco później znajdując się już pod drzwiami stajni, z której wydobywało się światło. Niedaleko dojrzałam nawet mało pomocnego chłopaka, więc podeszłam do niego, zakładając ręce na piersi.
– Bardzo ci dziękuję za pomoc, bez ciebie nie dałabym sobie rady – uśmiechnęłam się fałszywie i bez cienia entuzjazmu, wystawiając mu przed oczy zdobytą tabliczkę. On także odwzajemnił uśmiech, nieprzyjemny i pełen kpiny.
– Do usług. Beze mnie dalej byś się tułała bezsensu – podsumował, a ja uniosłam prawą brew.
– Doprawdy? Nie nazywam czasu spędzonym z koniem, bezsensownym, ale jak wolisz – powiedziałam, odwracając się i odchodząc. Chyba się nie polubimy?
Pierwszy dzień czegoś nowego zwykle wiązał się z nowymi przyjaźniami i antyprzyjaźniami, ale żeby tak szybko znaleźć sobie jakiegoś wroga, to już powinien być wyczyn. Nie spodziewałam się fajerwerek i przyjęcia powitalnego, ale myślałam, że ludzie tutaj, skoro przebywają ze zwięrzetami, są nieco bardziej empatyczni, a przynajmniek tacy powinni być.
Weszłam do stajni, po czym przymocowałam tabliczkę na specjalny klej, po upewnieniu się, że jest zamontowana równo. Danse Macabre podniosła łeb, zaciekawiona, gdy tylko zobaczyła, że coś się wokół niej dzieje, zawsze taka była, więc odetchnęłam z ulgą, gdy niezbyt zmieniła się po przyjeździe w nowe miejsce, w końcu mogłam spodziewać się naprawdę wielu rzeczy, czyż nie? A ona tymczasem w spokoju chrupała siano, stojąc w kącie, była w pełni odprężona, z jedną nogą ugiętą i rozluźnionymi mięśniami.
***
Następnego dnia zerwałam się rano na śniadanie, a raczej obudził mnie natrętny dźwięk dzwoniącego budzika. Wstałam za pierwszym razem, bo wiedziałam, że zaśpię, gdy tylko go wyłącze, a wolałam tego uniknąć. Nie chciałam nikomu podpaść już pierwszego dnia, to mimo wszystko nie było w moim stylu. Zeszłam na śniadanie, gdzie zjadłam porcję zwykłych, słodzonych płatków owsianych, a następnie pokierowałam się w stronę stajni. W środku był jakiś chłopak, przygotowujący swojego konia na trening, ale to nie z nim byłam w grupie. Z tego co wiedziałam, byliśmy we dwoje - ja i niejaki Hache, którego imię i nazwisko brzmiało hiszpańsko, a ten ktoś tutaj wcale nie miał typowej, latynoamerykańskiej urody, był biały jak kartka papieru. Wyprowadziłam Macabre z boksu, przywiązując do koniowiązu. Wierciła się niespokojnie, gdy ją czyściłam, a potem siodłałam, dwa razy wyrywając łeb, gdy próbowałam włożyć wędzidło podwójnie łamane do jej pyska. Przebrana, skierowałam się na ujeżdżalnie, gdzie rozstawione były przeszkody z wczoraj, a ktoś rozstępowywał właśnie swojego konia - mój kolega z grupy. Gdy tylko zobaczyłam jego twarz, poczułam niewymowne uczucie chęci zwrócenia dziesiejszego śniadania, ale ograniczyłam się tylko do przewrócenia oczami na jego widok. Wdrapałam się na grzbiet Macabre, ruszając stępem na luźnej wodzy, która miała za zadanie jedynie wskazać kierunek, wciąż będąc oddaną. Po kilkukrotnych ustępowaniach, przestawieniach zadu i łopatek, gdy klacz rozluźniona opuściła łeb, przeszłyśmy do kłusa, wykonując sporo kół, wolt, półwolt, wężyków i zmian kierunku w pełnym siadzie. Zaczęłyśmy pracę na drągach, kiedy na plac weszła trenerka. Uzgodniliśmy z nią kilka spraw, rozprężyliśmy konie do końca i zaczęliśmy skoki od osiemdziesięcio centymetrowej stacjonaty ułożonej kilka fuli od oksera o tej samej wysokości, będącego pod delikatnym kątem. Wykonaliśmy kilka najazdów, w raz z tempem dodając na wysokości i ilości przeszkód, aż w końcu ustawiony został pełny parkur składający się z sześciu przeszkód, których wysokości wahały się od dziewiędziesięciu do stu dziesięciu centrymetrów. Macabre chodziła dziś wyjątkowo dobrze, przy tym szlachetnie wyglądając. Pieniła się, a szyja mieniła w słońcu od potu, ja zresztą także byłam wykończona, ale brnęliśmy w to dalej. Pierwszą przeszkodę pokonała wzorowo, z idealnym zgięciem, skoczyła zebrana i z podstawionym zadem. Niestety, czwarta stacjonata nie poszła już dobrze - brak impulsu wywołał „położenie się” na łydce, a wpędzona w przeszkodę klacz zrzuciła praktycznie wszystkie drągi, mocno hamując, przez co wyleciałam na jej szyję, uderzając się w głowę. Zmrużyłam oczy z bólu,
po chwili odzyskując rezon. Trenerka dawała mi rady, naprawiając przeszkodę, kazała mi najechać na nią po raz drugi, co zrobiłam - strąciliśmy jednego drąga, ale nie upadłam tak, jak wcześniej. Za trzecim razem pokonaliśmy przeszkodę niemal bezbłędnie, po czym zakończyłam skakać parkur. Poluzowałam popręg i wzięłam się za rostępowanie Macabre,
uważałam, że poszło nam dzisiaj nieźle. Chłopak także ukończył trening, a po piętnastu minutach oboje zeszliśmy z koni, aby je odprowadzić, niedługo mieliśmy kolejny trening.
– Zaczekaj – usłyszałam za moimi plecami, gdy rozpinałam toczek. Moje brwi powędrowały do góry, gdy ujrzałam Hache.

Hache?

Od Hache CD. Liliane

Przyjechałem do akademii zaledwie trzy dni temu. Nie odzywałem się do nikogo poza formalnymi zwrotami typu "Dzień dobry"  " Do widzenia" " Dobry wieczór " " Cześć"
Spokój wydawał się dla mnie najważniejszy. Moje przybycie do akademii to długa historia i bardzo osobista. Sam musiałem wszystko zorganizować, jechałem z Hiszpani wraz z koniem. to była ciężka podróż, męcząca i stresująca. Zwłaszcza, że myślami byłem zupełnie gdzieś indziej.
Miałem sporo czasu na zapoznanie się z tutejszymi terenami, może gdybym był w lepszym stanie psychicznym dostrzegł bym piękno i niesamowitość tego miejsca, które miało być moją ucieczką.
Alvaro stał w boksie zaglądałem do niego dwa razy dziennie. Rano go karmiłem, potem brałem motocykl i bez sensu jeździłem, jednak nie po to aby podziwiać okolicę. Rozwijałem ogromne prędkości, poszukiwałem adrenaliny, wyobrażałem sobie, że wszystko co zostawiam za sobą. Następnie wracałem na obiad i po posiłku udawałem się do stajni. ogarniałem Alvaro po czym wsiadałem i pędziłem bezsensownie przed siebie ile fabryka dała Pozwalałem mu rozpędzać się i biec ile tylko miał sił. ogier nigdy nie miał dość potrafił biec kilkanaście minut bez przerwy, pomimo tego,że pot spływał z niego strumieniami. zazwyczaj po powrocie szybko rozsiodływałem go i wprowadzałem do karuzeli aby się rozstępował następnie wychodził na padoki.

******************  ***************************  ************************

Tego ranka obudził mnie jak zawsze mój największy wróg każdego poranka budzik. Wstałem i leniwie przeciągnąłem się po czym zaspany wziąłem prysznic. Ubrałem Dżinsy i czarną koszulkę po czym poszedłem na śniadanie. nawet ucieszyłem się gdy na moim talerzu ujrzałem porcję jajecznicy.
Zacząłem jeść, gdy poczułem na sobie spojrzenia kilku osób którym przelotnie czasem mówiłem "Część" Nie znając ich i nie zamieniając z nimi ani jednego słowa. Wstałem od stolika i odniosłem pusty talerz po czym wyszedłem przed budynek aby zapalić upragnionego papierosa. poszedłem po swój motocykl po czym usiłowałem go odpalić jednak ten odmówił mi posłuszeństwa.
Zacząłem się zagłębiać co może być problemem i rozbierać maszynę. jedno było pewne potrzebowałem kasy na nowe części do motoru. Ruszyłem do pokoju aby umyć ręce całe ubrudzone smarami po czym złapałem za telefon i zadzwoniłem do Brata.
- Cześć Pedro, potrzebuje kasy.
~ Nie ma mowy, nie dostaniesz ode mnie ani grosza.
- Co ty Kurwa bratu własnemu nie pomożesz ?
~ Nie
- Ty pojebany szmaciarz jesteś, co z ciebie za facet, firmę kurwa ma a bratu kasy nie pożyczy, pedał patrzy jak matka się kurwi na jego oczach i słowa nie piśnie pizda jedna. Masz mi wysłać kasę bo jak nie to sam sobie wezmę ale całość rozumiesz !
Telefon się rozłączył, nerwowo wyciągnąłem papierosa z kieszeni i zapaliłem. ta rozmowa podniosła mi ciśnienie i to aż za bardzo. Zajrzałem do Alvaro wyczyściłem go po czym wstawiłem do karuzeli, w tym czasie przebrałem się i zabrałem sprzęt z siodlarni aby następnie dosiąść ogiera i ruszyć galopem przed siebie. Alvaro nie rozwijał takich prędkości jak mój motocykl, ale lepsze to niż nic. Moja samotna przejażdżka  trwała około dwóch godzin. po powrocie wstawiłem Alavaro do karuzeli, w międzyczasie ogarnąłem sprzęt po czym wykąpałem konia i założyłem mu czarną derkę.
Zaprowadziłem do boksu i wyszedłem przed stajnię aby zapalić papierosa. Wszedłem jeszcze na chwilę do środka gdy zobaczyłem niską blond włosom dziewczynę ogarniającą sprzęt. Oparłem się o framugę drzwi i chwilę obserwowałem dopóki nie zerknęła na mnie, wtedy dostrzegłem kolor jej oczu. "Niebiesko oka " - pomyślałem. Mój wzrok padł w jakieś inne miejsce. Niespodziewanie jednak zwróciła się do mnie z zapytaniem o tabliczkę dla jej konia. Na mojej twarzy pojawił się grymas a oczy wodziły po całym pomieszczeniu, usiłowałem sobie przypomnieć gdzie ja załatwiłem tabliczkę dla Alvaro, lub kto mi ją wręczył gdy się tutaj zjawiłem.
- Nic mi nie wiadomo o tabliczce twojego konia, ja dostałem swoją od Luisa.
Jej mina jednoznacznie uświadomiła mi, że nie ma pojęcia o kogo chodzi.
- Uczy crossu, taki spoko ziomek, podejdziesz do niego po treningu i spytaj się.
- A gdzie on jest ?
- Blondyna ... nauczyciel crossu jest tam gdzie cross. - Zadrwiłem z niej.
Dziewczyna nie odezwała się ani słowem do mnie, widocznie zirytowana moim stwierdzeniem, z pobłażliwym uśmieszkiem minąłem ją kierując się do wyjścia. Wyjąłem paczkę papierosów z której sięgnąłem jednego i zapaliłem. Wdychałem dym do płuc i powoli wypuszczałem powietrze napawając się chwilą spokoju. Niebiesko oka minęła mnie bez słowa, zapewne kierując się we wskazane przeze mnie miejsce. Obczaiłem ją a mój wzrok zatrzymał się na tyłku dziewczyny i odprowadził ją aż nie zniknęła mi z pola widzenia. Rzuciłem papierosa na ziemię i zgasiłem nogą po czym udałem się na stołówkę coś przekąsić. Czas dłużył mi się, nie miałem żadnych planów na wieczór, a mój motocykl był w rozsypce. nie miałem kasy na nowe części co sprawiało,że byłem wściekły. Nie mogąc ani minuty dłużej wysiedzieć w pokoju zarzuciłem na siebie skórzaną kurtkę i udałem się na wieczorny spacer po okolicy. Niebo było gwieździste a księżyc świecił w swojej całej okazałości gdyż była pełnia. Usiadłem na jednym z drewnianych płotów i gapiłem się w gwiazdy. Nagle usłyszałem za sobą kroki. Lekko odwróciłem głowę, to była ta blondyna. Nie odezwałem się do niej ani słowem, udając, że jej nie dostrzegłem.

<Liliane?>

10.22.2018

Od Liliane do Hache

Wysiadłam z białego mercedesa, czując pod stopami chrupoczący żwir. Klacz wierciła się niespokojnie w przyczepie kiedy taksowałam wzrokiem budynek nazwany „Domem Kadry". Niewiele mi to mówiło, więc musiałam czekać na rozwój wydarzeń.
– Otworzę przyczepę – usłyszałam niski głos Matthewa, pięćdziesięcioletniego, dobrego przyjaciela babci, który na jej polecenie miał mi pomóc w dostaniu się tutaj. Czarny trailer błyszczał w słońcu, a Danse Macabre wykłusowała z gracją z jego wnętrza, gdy tylko rampa opadła na ziemię. Matt próbował ją nieporadnie uspokoić, ale postanawiałam mu nie pomagać dopóki nic takiego się nie działo.
W końcu drzwi białego, bogato zdobionego domu się otworzyły, a ze środka wyszła długonoga brunetka z włosami do połowy pleców. Na jej obliczu byłam w stanie policzyć kilka pojedynczych zmarszczek, co dowodziło o jej wieku.
– Witaj, ty musisz być Liliane! – krzyknęła, będąc w pobliżu, a ja skinęłam głową, wyjmując ręce z kieszeni, jak uczyła mnie babcia. – jestem Elena Lasamarie, właścicielka akademii – uśmiechnęła się. – pokażę ci stajnię, żebyś mogła zostawić konia i jego rzeczy.
– Jej – poprawiłam ją, na co odpowiedziała tylko „oczywiście". Wzięłam uwiąz przypięty do czarnego, skórzanego kantara z metalową ramką zdobiącą nachrapnik, na której pochyłym pismem wyryte było „Danse Macabre". Klacz przebierała niespokojnie nogami, grzebiąc podkutymi kopytami w asfalcie. Matthew w tym czasie wziął dwie metalowe skrzynie na kółkach, w których ułożony był drogi, wypastowany sprzęt konia. Kroczył kilka metrów za końskim zadem,
rozmawiając jednocześnie z babcią przez telefon, ciekawska kobieta. Musiała mieć relację zdawaną na bieżąco.
– To boks twojej klaczy. Jeszcze nie ma przybitej tabliczki z imieniem, musisz ją odebrać wieczorem, ktoś na pewno przekaże ci co i jak – powiedziała, rozsuwając drzwi boksu. Zauważyłam wyścielony len na jego podłodze, na co skrzywiłam się nieznacznie. Macabre miała w zwyczaju go podbierać, a następnie podjadać, przez co bałam się, że wywoła to kolkę, może niepotrzebnie, jednak przezorny ubezpieczony, prawda? Miałam nieodparte wrażenie, że spożyty len może spuchnąć w przewodzie pokarmowym, jak to kiedyś było u kucyka mojej mamy, choć dalej nie wiem,
czy była to prawda. Klacz miała położone po sobie uszy, ale była nadzwyczaj spokojna, więc zamknęłam tylko otwór na łeb, aby nie było niemiłych niespodzianek i udałam się do siodlarni za panią Lasamarie, podziwiając wnętrze. Stajnia wewnątrz wyglądała bardzo elegancko, klimatycznie i schludnie. Wyłożona na ziemi kostka była świeżo umyta i zamieciona, na kremowych ścianach i drewnianym dachu nie było śladu po pajęczynach. Boksy były przestronne i wyglądały na niedawno odnowione, pomalowane błyszczącym preparatem do drewna. Weszłyśmy do siodlarni utrzymanej w jasnych kolorach, podzielonej na kwadratowe stanowiska, domyśliłam się, że każdy miał swoją przegrodę. Ja także taką dostałam, w kącie pokoju, z czterema wieszakami na siodła,
z czego zajęłam dwa, pięcioma na ogłowia z trzema zajętymi oraz półkami na buty. Oficerki, krótkie sztyblety i kilka par skórzanych czapsów znalazło miejsce właśnie na nich, a obok ustawione zostały dwie czarne skrzynie, które umiejscowiłam z pomocą Matta. Chwilę później zostałam sama, nie do końca znałam teren, właściwie to w ogóle nie wiedziałam gdzie co jest.
– Ja będę się zbierał. Babcia kazała przekazać, że na kartę będziesz miała co kilka dni przelewane pieniądze, masz się dobrze zachowywać i do niej dzwonić, ale to chyba wiesz, prawda? W razie problemów pisz do mnie – uśmiechnął się serdecznie.
– Jasne. Dziękuję – wymamrotałam, wkładając ręce w kieszenie bluzy. Matt odszedł, a ja zostałam całkowicie sama, więc postanowiłam jeszcze zajść do klaczy. Pogłaskałam ją między oczami, posiedziałam w boksie kilkanaście minut obserwując jak ta zapoznaje się z nowym otoczeniem i końmi obok, a następnie wyszłam z boksu, a potem stajni.
Szłam asfaltową drogą, co jakiś czas mijając padoki, lonżowniki, karuzele, czy ujeżdżalnie z poustawianymi przeszkodami. Na wielu z nich jeździły aktualnie konie, a z racji, że chciałam dać chwilę odpoczynku mojej klaczy, to i nie wzięłam ją na żadną przejażdżkę, chociaż bardzo chciałam. W pewnym momencie minął mnie wysoki, szybko idący chłopak, który na mnie nawet nie spojrzał, tylko szedł zapatrzony w ziemię, rozmawiając przez telefon i przeklinając na czym świat nie stoi. Pokręciłam tylko głową, odchodząc.
Po kolacji, kiedy słońce chyliło się ku zachodowi, udałam się do stajni, od razu wyhaczając boks klaczy.
– Cześć, Makabro – zaśmiałam się, widząc jej postawione na baczność uszy i wesołe ogniki w oczach. Założyłam jej kantar, oczywiście nie obeszło się bez małej szarpaniny, kiedy to postanowiła podnieść głowę najwyżej, jak tylko się da, robiąc mi na złość, a ja musiałam skakać, any naciągnąć jej materiał na uszy. Przypięłam uwiąz do kantara za pomocą karabińczyka, powoli wyprowadzając ją na korytarz. Wzięłam do ręki przygotowane wcześniej szczotki i szybko przeczyściłam z kurzu sierść klaczy, uprzednio dokładnie składając derkę, którą na sobie miała. Mimo, żd było lato, dzisiejszy wieczór był aż nadto wietrzny. Po wyczyszczeniu i naoliwieniu kopyt ubrałam konia z powrotem w stajenną, czerwoną derkę z czarną lamówką. Wyszłyśmy ze stajni ramię w ramię, równym krokiem, a pysk Macabre spoczywał na moim ramieniu, gdy ta zaciekawiona łaknęła otoczenie swoim bystrym spojrzeniem. Zarżała, gdy tylko zobaczyła innego konia w pobliżu, jednak nie pozwoliłam jej do niego podejść. Obeszłyśmy większość terenu należącego do akademii, a ja byłam w stanie stwierdzić, że wbrew pozorom nie było tak źle, jak się zapowiadało i może będzie w stanie mi się tutaj spodobać? Stukot kopyt odbijał się od ścian, gdy kierowałyśmy się z powrotem do stajni. Na miejscu oporządził klacz, dając jej kolację. Wiedziałam, że prawdopodobnie zrobi to jakiś stajenny, a przynajmniej tak myślałam, dlatego zostawiłam informację na boksie mówiącą o tym, że
Macabre dostała dzisiaj swoją pełną porcję. Musiałam jeszcze załatwić sprawę tabliczki z końskim imieniem, aby następnie przytwierdzić ją na drzwi boksu. Wokół porozwalane były moje rzeczy, dlatego zaczęłam je sprzątać. Szczotki odniosłam,
preparaty zakręciłam i opakowałam, kantar z uwiązem odwiesiłam, na koniec jeszcze poprawiając zapięcia derki. W tym wszystkim nawet nie zauważyłam, że w drzwiach stajni stał jakiś rosły mężczyzna, opierając się nomszalancko o ich framugę. Omiotłam go spojrzeniem w tym samym czasie, co on mnie, a gdy przypomniało mi się, że miałam dzisiaj jeszcze jedną, ważną misję, podeszłam z miłym, choć udawanym uśmiechem na ustach.
– Cześć. Wiesz coś może o tabliczce dla mojego konia? Ktoś miał mi przekazać informacje, ale widocznie mu się odechciało – zaczęłam rozmowę, nie będąc pewna jak zareaguje. I żeby nie było, ta rozmowa nie miała mieć drugiego dna. Ja po prostu chciałam tabliczkę, czy nie tak właśnie było?

<Hache?>

W życiu nie czekaj na sztorm, naucz się tańczyć w deszczu.


why doesn’t my hair look like this??
Imię i nazwisko: Lucy Goldmayer. Czasami pieszczotliwie jest nazywana Lu, Lulu albo Luc. Najbardziej lubi najkrótsze zdrobnienie, czyli Lu.
Wiek: 19 lat.
Płeć: Kobieta
Ranga: Intermédiaire
Grupa: I
Imię konia: Lucjan
Pokój: Nr. 12
Charakter: Lucy od prawie zawsze uwielbiała konie, a zwłaszcza mustangi, american paintball horse i konie andaluzyjskie. Nie możemy też zapomnieć o wszelkich kucykach, które wprawiały ją w zachwyt pomieszany z zauroczeniem. Dziewczyna zdecydowanie lubi towarzystwo innych i luźne dyskusje, jednak irytują ją osoby zbyt wścibskie i nachalne. Niby nikt takich ludzi nie lubi, jednak warto o tym wspomnieć, żeby nie było niedomówień.
Jak wcześniej mówiłam dziewczyna lubi ludzi. Muszę też dodać, że nie ma większych problemów z znajdowaniem sobie znajomych, jednak, gdy poszukuje przyjaciela jest bardzo wybredna. Po prostu nie chce zaufać osobie, która może się okazać dwulicowa. Lu ma małe problemy z taktem. Zawsze była i jest bezpośrednia dla każdego. Dużo razy przez takie zachowanie trafiała do dyrektora, tylko dlatego, że powiedziała co jej ślina na język przyniesie w niezbyt ładnych słowach. 
Lulu unika przekleństw, jednak, gdy już ją zdenerwujesz to będzie klnęła na ciebie jak szefc. Co by tu jeszcze o niej opowiedzieć... O! Nie lubi dzieci. Mam na myśli te małe brzdące chodzące do przedszkola, lub wczesnych klas podstawówki. Jej zdaniem dzieci są "kontaktowe" dopiero w wieku dwunastu lub trzynastu lat. Gdy spełniają wymóg wieku Lucy może z nimi normalnie spędzać czas.
Może na koniec jakieś ciekawostki? Tak, to dobry pomysł. Dziewczyna uwielbia lazanię. To jej ulubione danie i jako pierwsze nauczyła się je gotować. Ba! Nawet sporządziła własny przepis. W sumie... To jedyna taka ciekawostka o niej. Nic więcej nie da się o niej powiedzieć. Uwierzycie mi. 
Aparycja: dziewczyna ma krótkie włosy, ścięte na przysłowiowego "chłopaka", ale mimo to ma typowe i kobiece rysy twarzy. Pod nosem ma małego pieprzyka, który stał się jej znakiem rozpoznawczym, od razu po złotym kolczyku w nosie, którego sobie zrobiła na szesnaste urodziny. 
Lucy jest szczupła jednak nie ma jakiś bardzo szczególnych kobiecych kształtów. Ma za to długie nogi i szerokie biodra. Sama Lu mierzy 165 cm wzrostu.
Historia: Przed przybyciem do akademii Lucy uczęszczała do szkoły ponadgimnazjalnej. Nie była wyjątkową uczennicą, a jej oceny były raz dobre, a raz słabe. Nic nadzwyczajnego. Od rozpoczęcia trzeciej klasy szkoły podstawowej uczęszczała na zajęcia jazdy konnej w pobliskiej stadninie, ze względu na lekkie problemy z postawą (lekkie skrzywienie kręgosłupa). Była to zwykła rehabilitacja, jednak po niedługim czasie bardzo spodobało jej się przebywanie wraz z końmi, a zwłaszcza galop i skoki. Jej decyzja była szybka - konie, albo nic. Szybko nauka jazdy weszła jej w krew przez co udało jej się wygrać parę niewielkich konkursów jazdy klasycznej. Dokładniej były to dwa srebrne medale i jeden złoty (pierwsze dwa za skoki, a ostatni za ujeżdżenie). Rodzice dziewczyny, raz z najstarszym rodzeństwem postanowili zrobić składkę, aby spełnić marzenia Lucy i po kilku latach, a dokładniej dwóch i ośmiu miesiącach udało im się uzbierać odpowiednią kwotę, aby wyprawić młodą do akademii jeździeckiej, do której właśnie uczęszcza.
Rodzina: 
• Matka - Linda
• Ojciec - John
• Siostra - Kimberly (14 lat. Najlepsza przyjaciółka Lucy)
• Bracia - Timoty (20 lat.) i Harry (25 lat.)
Orientacja seksualna: Biseksualna.
Właściciel: ---

Imię: Lucjan
Rasa: American pinto horse
Wiek: 5 lat
Płeć: Ogier.
Charakter: On zawsze lubił się ruszać. Uwielbia biegać, skakać, turlać się i wszystko. Czasami nawet zdarzało mi się brykać w boksie. Tak bez większego powodu. Dla swojej właścicielki jest czasami jest chamski i sam ustala na przykład trasę wycieczki czy wygląd treningu. Jego nie obchodzi, że teraz skręcamy w lewo, w tej chwili będziemy stać i oglądać krzaki z bliska!
Pewnie teraz, drogi czytelniku, myślisz nad jednym: "jaki jest w takim razie dla obcych?". Już odpowiadam na to pytanie. Zwyczajnie im nie ufa, no chyba że mają jedzenie. Wtedy sprawa zmienia się o 180 stopni. Taaa, Lucek uwielbia jeść i ten fakt nie może być podważony. Do jego ulubionych przysmaków należy jabłko i kostki cukru. Nic wyrafinowanego. Każdy koń to lubi.
Dyscyplina: Skoki.
Należy do: Lucy Goldmayer