10.19.2018

Od Rekera cd. Irmy

- Cześć... - odmruknąłem wsiadając na skarogniadego ogiera, który z nudów zaczął rozgrzebywać zbitą ziemię jednym ze swoich przednich kopyt. Muszę przyznać, że lot dziewczyny był dość zabawny, przez co prychnąłem cichym śmiechem, ale widząc jak się kraczy z bólu postanowiłem nieco się opanować. Sam nie raz zaliczyłem poważne uderzenie o przeszkodę, które prawie połamało mi kręgosłup, otwierając mi delikatnie furtkę do niepełnosprawności. Widząc jak sylwetka niebieskookiej znika coraz bardziej w gąszczu budynków należących do akademii, postanowiłem poprawić strzemiona swojego brązowego siodła, które idealnie komponowało się z moimi nowymi bryczesami - Czas się zabawić mały - poklepałem Blackiego po szyi zatrzymując go na równi z prowizoryczną linią startu. Biorąc głęboki wdech, zacisnąłem ciut mocniej ręce na dopasowanych wodzach, a w mojej głowie jak zwykle brzmiało zabójcze odliczanie do startu. Rozgrzany już od dawna ogier, wręcz palił się do szaleńczego biegu, od którego ciągle był powstrzymywany. Dochodząc w umyśle do liczby zerowej, pogoniłem konia do galopu kierując się na pierwszą przeszkodę będącą niczym innym jak kłodą. Przeskakując ją z dużym zapasem, zacząłem kierować się przed siebie do zielonej jak trawa wiosną hydry. Uważając na dość ostry zakręt, przejechałem szybko blisko lekko łysego drzewa, aby móc wpakować się w sam środek kolejnej kłody. Cały trening składał się z dwudziestu jeden przeszkód, które zostały pokonane przeze mnie w taki sposób, aby nie doprowadzić do sytuacji, polegającej na zajechaniu mojej szkapy. Cross, zresztą jak każda dyscyplina naszego cudownego jeździectwa nie był zabawą w berka. Wystarczyło jedno złe posunięcie, jeden zły najazd na przeszkodę, a ja mogłem już zamawiać sobie miejsce na cmentarzu. Nawet mimo kasku, kamizelki, ochraniaczy i innych bajerów mających zapewnić mi oraz mojemu wierzchowcowi bezpieczeństwo, nikt nigdy nie był pewien czy nagle nie pójdzie coś nie tak. Jak to mówił często mój dziadek... Nic w życiu nigdy nie zagwarantuje nam stuprocentowej ochrony przed wypadkiem bądź śmierciom. Otrzepując swoją głowę z brudnych myśli, pochwaliłem Blackiego za dobrą współpracę, a następnie dzięki dobrej koordynacji ruchowej, szybko ześlizgnąłem się prawym biodrem po tybince siodła - Dobra robota dzikusie - podwiązałem odpowiednio pierwsze strzemię, pamiętając cięgle o mocnym trzymaniu wodzy swojego demona. W końcu kto wie co mogłoby mu strzelić przez tę minutę swobody do głowy? Nie zwracając uwagi na otaczający mnie świat, przeszedłem ze spokojem pod szyją rumaka, aby dostać się na jego prawą stronę. Jak się okazało ta sytuacja miała nieść za sobą podwójne skutki.
- Nareszcie znalazłam tego naszego ucznia - kobiecy głos nie mający już nic z barwy nastolatki zaatakował mnie od tyłu niczym wróg polujący na osamotnionego żołnierza - Reker prawda? - dorzuciła podczas mojego oglądania się za siebie. Była to oczywiście droga pani Lasamarie, z którą pierwszego dnia miałem zaszczyt jedynie wymienić się spojrzeniami. Cóż, jak widać jej mąż nie lubi dopuszczać jej do papierkowej roboty, jaką musiał wczoraj uregulować mój ojciec.
- Niestety tak - załatwiłem sprawę z drugim strzemieniem, które już nie miało prawa obijać się o bok czujnego pięciolatka - Czego pani ode mnie chce? Nie mam humoru na żadne pogaduchy - dorzuciłem, nie chcąc poświęcać tej paniusi zbyt dużej uwagi. Była właścicielkom i co mnie to ma niby obchodzić? I tak za kilka dni spierdzielam z tej budy zabitej deskami na krzyż.
- Nie bądź już takim ponurakiem - starła się zarazić mnie promienistym uśmiechem - Może to jeszcze zbyt krótki okres czasu, ale jak podoba ci się twój nowy dom? Słyszałam, że nie pojawiłeś się na treningu z ujeżdżenia i crossu... Coś się stało? - w jej tonie głosu wyczułem delikatne zmartwienie, co nieco mnie zaskoczyło, ale nie okazałem tego nawet najmniejszym drgnięciem mięśni twarzy.
- Nie podoba mi się... - fuknąłem od razu ukazując po raz kolejny swój wybuchowy charakter - Nie było mnie, bo się źle czułem, a co mi jest to niech panią nie interesuje. Sam sobie umiem poradzić - uzupełniłem swoją wypowiedź twardo akcentując każde wypowiedziane przez siebie słowo. Chcąc oderwać się nieco od tej monotonii, zacząłem szukać po kieszeniach swojego telefonu, którego o zgrozo nigdzie nie było! Przecież brałem go ze sobą do stajni - pomyślałem szybko wkładając całe dłonie do "skrytek" znajdujących się z przodu bryczesów, lecz nic nie dało się wyczuć.
- Coś ci zginęło? - czterdziestoośmiolatka spojrzała na mnie podejrzliwym wzrokiem najwidoczniej domyślając się o jaki gadżet techniki może mi w tej chwili chodzić.
- Telefon... Srebrny Iphone X... Brałem go ze sobą więc nie wiem gdzie zniknął - wyjaśniłem pośpiesznie zawracając konia w stronę miejsca gdzie znajdował się jego wyczyszczony na błysk boks - Wątpię, że mi wyleciał... Zawsze mam go przy sobie - starałem się na nowo przeanalizować całą sytuację, nie wskazującą na żaden błąd padający z mojej strony.
- Spokojnie, znajdzie się. Idź odprowadzić konia do stajni, a ja popytam czy nikt go przypadkiem nie widział - zadecydowała, nie licząc się nawet w najmniejszy sposób z moim zdaniem.

<Irma? ;3 Gdzie telefon? xd> 

Od Irmy cd. Rekera

Spałam chyba z cztery godziny, pozwalając słabemu organizmowi nieco wypocząć. Dawno nie czułam się taka słaba i zmęczona, ale czy tamta sytuacji z zaliczenia by mnie tak mocno zdołowała? Sama nie wiem ale od jakiegoś czasu puszczała mi się krew z nosa, nie mówiąc już o bolących połamanych żebrach, ale nie miałam po co iść do pielęgniarki bo jeszcze by odkryła się jestem nieubezpieczona i by chciała wzywać mojego ojca, który nie dość że by mi wlał to jeszcze i by narobił mi wstydu, bo na bank by przyszedł mijany w trzy dupy… Otworzyłam powoli swoje zmęczone powieki i czułam się jakbym całe ciało miała z ołowiu. Czułam się tak ciężka i nawet najmniejszy ruch ręką czy nogą był wysiłkiem. Pewnie jestem przeziębiona dlatego pomyślałam zmuszając się do wstania i rozejrzenia się wzrokiem po swoim pokoiku, który bardzo mi się podobał i nawet we własnym domu takiego nie miałam…
Wstając z łóżka spojrzałam na swoje blade ręce, które pod niebieska bluzą skrywały na swojej skórze bolesne ślady z domu po tym jak nieomal ojciec wykręcił mi rękę za to że wróciłam później do domu i nie ugotowałam jakiegoś obiadu. Widząc na budziku że zajęcia już minęły, nieco mi ulżyło ale i też się spięłam, gdyż martwiłam się że będę musiała jakoś odrobić te zajęcia. Mogłam mieć tylko nadzieję że nie mieli też żadnego zaliczenia z tamtych przedmiotów, a zwłaszcza z mojego „kochanego” ujeżdżania, za którym specjalnie to ja nie przepadałam. Może wybrać się na trening crossu? przeszło mi przez myśl lecz oczywiście zaraz wzięłam dwie mocne tabletki przeciwbólowe by w trakcie treningu nie czuć takiego bólu spowodowanego połamanymi żebrami podczas gwałtowniejszych skoków czy też przechyłów, starając się najechać właściwie na przeszkodę. Wiedząc że pewnie nikogo tam po zajęciach nie będzie, zwłaszcza w piątek, cicho wymknęłam się z pokoju i czmychnęłam do stajni, szybko siodłając swoją klaczkę, która była nieco zdezorientowana że ponownie ją siodłam dzisiejszego dnia. W sumie to skoki też wypadało by się poćwiczyć, bo nadal mam problem z lewą nogą przy skokach pomyślałam jeszcze gdy wyprowadzałam Flawię z jej czystego niemalże na połysk boksu. Wyszłam tylną częścią stajni, włożyłam stopę w strzemię, a następnie odbiłam się prawą nogą z ziemi, przerzucając kończynę nad siodłem, a następnie włożyłam ją w strzemię tak jak miałam lewą stopę.
- Potrenujemy nieco same mała – mówiąc to poklepałam ją lekko po szyi, a następnie dając lekki znak nogą ruszyłam w stronę toru do crossu. Szybko ustawiłam się na miejscu na odpowiedniej przeszkodzie i ruszyłam szybkim galopem przed siebie, przeskakując pierwszą przeszkodę na płaskim terenie. Gdybym miała telefon, to z pewnością bym sobie ustawiła stoper czy coś takiego, ale niestety telefonu nigdy na oczy nie widziałam więc cóż… Musiałam jechać na wyczucie i mając nadzieję że miałam w miarę dobry czas. Trening szedł mi nawet dość dobrze, do czasu kiedy miałam przeskoczyć przeszkodę z wielkiej kłody. Dałam klaczy przez przypadek błędną komendę, a następnie wykonałam kolejny błąd, bo klacz wyczuła moją niepewność i coraz większy strach gdy zbliżałam się szybko do przeszkody, a w efekcie klacz gwałtownie zahamowała zniżając swój łeb tak że przeleciałam nad jej głową i uderzyłam plecami w przeszkodę. Ból był nie do opisania i na chwilę zabrakło mi tchu, a przed oczami pojawiły mi się mroczki, więc na jakiś czas nie oddychałam w ogóle… Niby to była tylko chwila, ale wydawało mi się jakby sekundy przemieniły się w wieczność wypełnioną bólem i niepewnością, w połączeniu z szybkim biciem serca domagającego się zaczerpnięcia wreszcie dużego haustu powietrza do płuc. Zrobiłam tak po chwili bardzo szybko i ponownie wstrzymałam oddech czując rozrywający ból w klatce piersiowej i w plecach, gdzie najsilniejszy ból czułam między łopatkami.
Na szczęście w końcu po paru minutach się podniosłam ale bardzo powoli i w wyraźnym bólem. Dobrze ze wzięłam wcześniej te przeciwbólowe, bo nie mogłabym się pewnie normalnie już ruszać pomyślałam jakoś się prostując i szukając wzrokiem swojego konia, który na szczęście nie był daleko i stał w miejscu, z wodzami wiszącymi przy ziemi. Powoli się zbliżyłam trzymając się lewą ręką za klatkę piersiową i wyciągnęłam prawą rękę przed siebie by złapać za jej wodze, co nieco przestraszyło klacz, która uniosła nieco głowę do góry nerwowo oddychając i cicho rżąc.
- Już dobrze mała… - powiedziałam cicho łapiąc mocno wodze i powoli lewą ręką puszczając za brzuch, pogłaskałam ją między oczami – Już dobrze… To była moja wina, a nie Twoja – dodałam, a następnie pogłaskałam ją jeszcze po szyi.
Czując ból jakoś weszłam z powrotem na jej grzbiet lecz tym razem dużo wolniej niż poprzednim razem i mocniej wzięłam wodze. Zawróciłam nieco konia dając mu miejsce na rozbieg i przeskoczyłam przeszkodę która wywołała u mnie przed chwilą tyle strachu. Chyba nici ze skoków… ale z drugiej strony co będę robić w pokoju nie mając nic do nauki ani nic z elektroniki jak większość dzieciaków z akademii jak nie wszystkie? myśląc to jechałam dalej by skończyć cały tor, choć sprawiało mi to nie mały ból, ale powinno się zawsze kończyć to co się zaczęło… Jakoś dotrwałam do końca, lecz później zwolniłam konia do stępa. Ten dzień zdecydowanie nie należał do tych najlepszych, a co najgorsze zapowiadało się że będzie on jeszcze gorszy… Przypominając sobie że w kieszeni kurtki kiedyś chowałam przeciwbólowe z dwie tabletki, w nadziei że jeszcze tam są sięgnęłam tam i zaczęłam przeszukiwać wszystkie kieszenie i ku mojej uldze znalazłam! Szybko opróżniając plastikowe opakowanie tabletek, wycisnęłam je na swoją lekko drżącą dłoń, po czym jakoś je połknęłam, mając nadzieje że szybko podziałają, bardziej niwelując mój ból. W pewnym momencie zauważyłam jak przygląda mi się ten nowy w naszej akademii na którym punkcje szalały niemalże wszystkie dziewczyny w szkole!
No to ładnie już po mnie… pomyślałam wstrzymując na chwilę konia. Wiedziałam że nie za bardzo mnie lubi bo pochodziłam z tych biednych, a on takimi gardził, co widziałam tamtego dnia gdy spotkaliśmy się na korytarzu. Było to widać w jego oczach, a to jeszcze bardziej mnie zniechęcało do tego by w ogóle się odzywać. Już wystarczającym pośmiewiskiem byłam w szkole…
- Cześć… - powiedziałam bardzo cicho i by mu nie przeszkadzać swoją obecnością i nie patrząc mu w oczy skierowałam konia dłuższą trasą do akademii i powoli zaczęłam się oddalać.

< Reker? ;3 widziałeś jej upadek czy nie? xdd >

Od Rekera cd. Irmy

Błazenada - pomyślałem widząc jak panna Majers próbuje podrobić mój styl jazdy. Wyglądała jak potrącona krowa, którą znosi przy każdym zakręcie na lewą stronę. Widząc jak jej rudawa klacz rozwala kolejny stojak z drągami, miałem ochotę strzelić sobie z otwartej dłoni w twarz. Jedyne co nasuwało mi się na myśl w takich sytuacjach to jedna, wielka porażka. Jeśli każdy w tej żałosnej akademii miał papugować wszystko po mnie, to nie zapowiadam im dużego sukcesu.
- I jak mi poszło? - zapytała zadowolona z własnej głupoty próbując mi się jakoś podlizać co jeszcze bardziej napędziło wewnętrznego, wrednego mnie.
- Szczerze? Mój ojciec co się koni boi lepiej już jeździ - prychnąłem w odpowiedzi, uważając, aby Diabeł nie pogryzł ze złości znudzonej życiem kobyły - Jeszcze raz będziesz próbowała skopiować ode mnie technikę, a ci tego nie podaruję... Znajdź sobie własny styl tapeciaro - przewróciłem oczami nie mając zamiaru siedzieć już na innych treningach. Obserwując jeszcze przez chwilę czerwoną jak burak twarz brązowowłosej, postanowiłem zsiąść z gniadosza oraz udać się z nim z powrotem do stajni, gdzie nie mogąc się nikim wyręczyć, sam rozsiodłałem tą wredotę, odkładając cały sprzęt na przypisane mi miejsce. Nie mając co tutaj już robić, spokojnym krokiem ruszyłem do akademika, zaszywając się w jednym z jego pokoi. Co ja mam tutaj niby robić? - przeszło mi przez myśl, kiedy nieznośny promień słońca próbował trafić w źrenice mojego oka. Nudząc się jak mops, postanowiłem zadzwonić do Jeasona, który zawsze był mi najbliższy z całej naszej czwórki.
- No jak tam w tej Karolinie co? - odebrał po trzecim sygnale starając się jak najbardziej wyciszyć panujący dookoła niego hałas - Mam w domu dzieciarnie... Musze na nich uważać więc wiesz - westchnął na koniec oczekując ode mnie jakiegoś komunikatu, potwierdzającego, że zrozumiałem jego przekaz.
- Chujowo, a jak niby ma być? - burknąłem przekręcając się na brzuch - Dziwkarskie lale, nędza, zadupie i kłótnia z ojcem - fuknąłem ukazując swoje negatywne uczucia związane z tym miejscem - Wolałbym już siedzieć z tymi bachorami niż tutaj. Umrę tu po kilku dniach.
- Nie dramatyzuj... Na pewno nie jest aż tak źle - westchnął, warcząc pod nosem na swoją, pięcioletnią siostrę - O co znowu poszło?
- A jak sądzisz? Wywalił mnie do innego stanu, bo tutaj mam niby warunki! Ta jasne! On chyba tej rudery na oczy nie widział... - jęknąłem łapiąc się za kujące serce - Zapomniałem wziąć leków... - dodałem nieco ciszej chcąc mieć pewność, że nikt przechadzający się korytarzem nie usłyszy mojej paplaniny dotyczącej mojego stanu zdrowia.
- Za dużo nerwów... Spokojnie zabierze cię stamtąd po kilku dniach, bo zacznie tęsknić jak każdy ojczulek - powiedział to tak spokojnie jakby mówił o aktualnej pogodzie - Znajdę jakiś klub zastępczy i cię tutaj ściągniemy, obiecuje. Na razie muszę kończyć... Zadzwonię kiedy matka wróci po te małe potwory... Trzymaj się - nim zdarzyłem mu coś odpowiedzieć, w głośniku Iphonea, usłyszałem dźwięk zakończenia rozmowy.
- Dzięki za pocieszenie - powiedziałem sam do siebie wydostając z walizki niewielkie pudełko pełne okrągłych tabletek. Standardowo brałem tylko jedną, ale zważywszy na sytuację postanowiłem zaryzykować i przełknąć dwie naraz. Ulgę poczułem niemal od razu. Serce z powrotem wróciło do normalnego biegu, a oddech stał się spokojniejszy. A może by tak zrobić sobie samemu trening?

<Irma? ;3 Nie miałam pomysłu>

Od Irmy cd. Rekera

Dotarcie do hali, do skoków zajęło mi z osiem minut, gdzie z grzbietu swojej klaczki zobaczyłam że wszyscy powoli się zbierają w wyznaczone miejsce treningu. Ustawiłam się niedaleko innych z koniem wiedząc że są do mnie wrogo nastawieni gdyż byłam ta biedniejsza i nie miałam markowych ciuchów jak inni czy też drogiego sprzętu... Na prawdę krzywdzące że ludzie postrzegali mnie za coś gorszego choć ja też miałam prawo do życia i też czuła każde emocje. Zawsze czułam się spięta na zajęciach i wiedziałam że bez kolejnych uwag na mnie się nie obejdzie jak zwykle z resztą, bo w końcu trzeba się z "gorszej" od siebie pośmiać. Szkoda że nie wiedzieli jak bardzo to rani drugą osobę, bo dla nich to świetna zabawa kpienie z kogoś i szczerze to już wątpię czy kiedykolwiek się zmieni relacja innych w stosunku do mnie i Sary. Te dzieciaki nawet nie wiedziały jak to jest gdy ojciec bije z pięści po twarzy łapiąc wrażliwe kości i nos... Nie wiedzą jak to jest dostać kijem bejsbolowym, nie wiedzą jak to jest dostać z całej siły w brzuch z kopniaka od rosłego mężczyzny... Nic nie wiedzą! Najlepiej to się śmiać z kogoś bo jest biedniejszy choć to nie od niego zależy ze żyje w takim środowisku.
Nawet nie wiecie ile razy próbowałam się zabić ale nie potrafiłam... Chciałam skrócić swe męki, bo w końcu kto za plebsem będzie płakać? Nikt... wrzuci się jego cielsko do ziemi nawet nie podpisując czyj to grób i sprawa załatwiona, choć i pewnie by mnie i tam nie wrzucili tylko gdzieś by porzucono moje ciało w lesie. Co z tego że nie mam ciuchów jak oni? Gdybym miała pieniądze to bym kupiła ale nie mam... Muszę chodzić w tych samych ciuchach i częściej je prać ale co ja mam na to poradzić? Nie mam ani grosza, a i na jedzenie nie mam, a co dopiero mówić o kupnie ciuchów pomyślałam smutno, kiedy głos nauczyciela mnie wyrwał z zamyśleń. Ku mojemu zdziwieniu był to pan Pol, a mieliśmy przecież mieć zajęcia z panią Rosą Hils!
- Dzień dobry uczniowie - powiedział spokojnie witając się z nami nasz nauczyciel, który z resztą był naszym jakby wychowawcą, choć nie było tutaj jak w normalnej szkole.
- Dzień dobry - przywitaliśmy się wszyscy razem na co lekko się uśmiechnął, delikatnie unosząc woje kąciki ust.
- Dzisiaj pani Rose nie gdyż jest chora, więc macie ze mną zastępstwo - poinformował nas - Nie wiem kiedy wróci do pracy, dlatego jeśli ktoś miał mieć z nią jakieś zaliczenia, to niestety w następnym tygodniu i pewnie się nie pojawi - dodał uprzedzając pytania innych odnośnie powrotu nauczycielki.
- W następnym tygodniu też będziemy mieć z panem zajęcia? - odezwał się Will spokojnie siedząc na ConterioZ, jednym z ładniejszych koni stajennych jakie mi się podobały, ale wolałam swoją klaczkę i tak.
- Prawdopodobnie tak, chyba że dyrekcja szkoły zarządzi inaczej - mówiąc to nieco gestykulował dłońmi - Mamy nowego ucznia, o czym już zapewne większość osób wie - dodał i skierował swój wzrok na tego chłopaka, którego dzisiaj widziałam na korytarzu.Większość uczniów zwróciła na niego uwagę, lecz reakcje były bardzo różne. Inne dziewuchy się do niego śliniły, a inni mieli go generalnie w dupie i posłali mu tylko znudzone spojrzenie. Cóż dla mnie on też nie był za ciekawy i nie rozumiałam czemu tamte dziewuchy się tak do niego śliniły... Wyglądał na aroganckiego gnojka rozpieszczonego i tyle... A zapomniałam! Ma kasy jak lodu co było widać i to lubił, nie mówiąc o tym że zachowywał się nie ładnie gdyż wyraźnie pokazywał swoją wyższość ale taki tuman nic nie zrozumie... Kolegów pewnie ma bo siedzą z nim dlatego ze ma kasę i jest kimś, a kiedy będzie trzeba to będą mieli go w tyłku za przeproszeniem i tyle. Rodzice pewnie mu za wszystko płacą więc biedy nigdy nie zaznał, a gdy zapłacze to ma wszystko na zawołanie. Tak go widziałam i wolałam się do niego nie zbliżać, zwłaszcza do jego chabety, która miałam czerwoną wstążeczkę na ogonie, co oznaczało że złośliwy dziad kopie i gryzie.
- Przedstawisz się nam? - spytał spokojnie pan Pol z lekkim uśmiechem jak to miał w zwyczaju, lecz mina tamtego osła była wręcz nie do opisania ile miał w sobie emocji.
- Reker - burknął cicho odwracając wzrok.
- A nazwisko zdradzisz chłopcze? - spytał jeszcze nie dając za wygraną.
- Blackfrey - burknął znowu - Co za wiocha - mruknął jeszcze ale to dużo ciszej.
- Nawet jeśli wiocha to i tak tu wieści szybko się rozchodzą panie Blackfrey, zupełnie jak w mieście - odparł spokojnie nauczyciel i klasnął lekko w dłonie, zwracając ponownie uwagę wszystkich uczniów na siebie.
- A więc dobrze moi marudni uczniowie, dzisiaj sobie poskaczemy nieco na ocenę gdyż nie macie za wiele ocen w dzienniku - oznajmił nam, na co posypało się parę jęków niezadowolenia - Nie mruczeć mi tam, bo zaraz zrobię dwie oceny albo trzy dzisiaj - dodał na co wszyscy się uciszyli - Tak też myślałem - uzupełnił swój dialog.
- Nie będziemy skakać na dworze? - spytał jeden z uczniów.
- Nie... Tam jest miejsce zajęte przez inną grupę młodzików, dlatego dzisiaj jesteśmy tutaj - odparł - Dzisiaj będę oceniać wasze skoki... - urwał na chwilę robiąc zamyśloną minę - A w sumie to zrobię wam te trzy oceny to będziecie mieć dzisiaj z głowy - dodał, przez co wybuchły większe jęki niezadowolenia.
- Panie Pol jest piątek przecież - jęknęła jedna z pannic mająca tipsy na paluchach długie.
- To nie ma znaczenia, dzień tygodnia jak każdy, a Tobie radze zdjąć te szpony na następnych zajęciach po się ukrzywdzisz jak nie daj co spadniesz z konia, ale kogoś innego zranisz - dodał surowym wzrokiem - Rozumiesz Amando? - dodał z naciskiem głębokim.
- Ale przecież dyrekcja mi pozwoliła! - oburzyła się bardzo nabierając powietrza w poliki niczym chomik jedzenie.
- Może i Ci pozwoliła chodzić tak na co dzień na zwykłych zajęciach, mnie to nie obchodzi, na moich zajęciach ma ich nie być i koniec inaczej wstawiam Ci naganę i będziesz sprzątać sama boksy koni przez dwa tygodnie nie biorąc udziału w naukach, a jak Ty zdejmiesz te szpony to mnie to nie obchodzi, tak samo nie obchodzi mnie ile to kosztowało, akademia to akademia, a nie wybieg dla miss - rzekł twardo na co w końcu się zamknęła.
- Co pan będzie oceniał? - spytał znowu Will myśląc jako jeden z nielicznych trzeźwo.
- Będę oceniał jak najeżdżacie na przeszkody, z jakim czasem pokonujecie tor przeszkód oraz jaki styl jazdy prezentujecie - odparł spokojnie wyjaśniając wszystko - Jeśli jakaś zrzutka będzie to oczywiście mniejsza ocena, a ten kto zrzuci pięć razy drąg, będzie musiał zaliczać na innej mojej lekcji - dodał, a ja poczułam że serce mocniej mi wali.
Zawsze bałam się zaliczeń na ocenę, zwłaszcza tej za styl jazdy, który pewnie u mnie wyglądał wręcz tragicznie z tego co ja oceniałam.
- Dobrze więc zaczyna numer... - urwał patrząc na nas i myśląc - Osiem - powiedział więc wypadło na Willa, który spokojnie ruszył nieco do przodu przed szereg. Nauczyciel szybko mu wyjaśnił co i jak, gdyż tor był już ustawiony odpowiednio i miał przejechać 12 przeszkód.
- Zaczynaj - oznajmił pan Pol na co Will ruszył przeskakując pierwszą przeszkodę czyli kopertę bez żadnej zrzutki. Kolejną przeszkodą była stacjonata z trzeba drągami ułożonymi nad sobą. ConterioZ był bardzo spokojny, a jego uszy były nastawione mocno na baczność, co oznaczało że koń jest skupiony na przeszkodach i słucha poleceń jeźdźca. Chłopak bardzo się starał co było widać ale i też był skupiony na przeszkodach. Kiedy przeskoczył stacjonatę, następną przeszkodą na jego drodze był niewielki okser, który był na zakręcie, więc trzeba było dobrze operować prędkością konia by nie skoczyć mocno na ukos i by oczywiście nie strącić żadnej belki.
Will dość mocno wszedł w zakręt ale jakoś zdołał wyprostować konia tak by najechał on prosto na przeszkodę, lecz usłyszeliśmy lekkie puknięcie, a drąg lekko się zakołysał, gdyż ConterioZ zahaczył nieco przednim kopytem o drąg, ponieważ nie zdążył wystarczająco wysoko ponieść przednich kończyn. Natomiast tylne kończyny podniósł bardzo wysoko wraz z zadem, wydłużając się przy tym solidnie by nie zrzucić belki, a po chwili wylądował przednimi nogami po drugiej stronie przeszkody, udając mu się nie zrzucić ani jednej belki, choć było bardzo blisko.
Następną przeszkodą był triple barre, który tym razem został bezbłędnie przeskoczony, tak jak i piramida czy też double barre. Ostatnimi przeszkodami były podwójne oksery czy tam szereg podwójny, jedna stacjonata z hyrdą, stacjonata z desek i na koniec była brama sztokholmska. Will miał takie szczęście że nie zrzucił żadnego drąga, a ja coraz bardziej się bałam że i mnie czeka ten przejazd, który dla mnie był dużym wyzwaniem.
- Bardzo dobrze Will, ale następnym razem postaraj się jechać nieco szybciej - rzekł zadowolony nauczyciel zapisując wszystko w swoim zeszycie, a chłopak wrócił do szeregu czując nieco ulgę że zdołał dać radę i poklepał konia po szyi w podzięce - Masz czwórkę za przeszkody, piątkę za jazdę i czwórkę za styl jazdy wraz z czasem - dodał co go bardzo ucieszyło.
Pojechały jeszcze dwie osoby, które nie poradziły sobie najlepiej i miały po trzy zrzutki więc nauczyciel dał im po dwójce i ich przepuścił, choć było widać że miał ochotę przeżegnać się nogą...
- Dobrze.... Teraz Reker - mówiąc to spojrzał na chłopaka spokojnym wzrokiem.
- Muszę? - burknął cicho - Przecież wiadomo że to umiem dobrze - dodał głosem, który wyraźnie mówił że nie jest zadowolony z tego iż tutaj jest.
- Oj no chodź... Im szybciej zaczniesz, tym szybciej skończymy i będziesz miał spokój - zachęcał go - Pokażesz przy okazji innym jak się skacze - dodał co nieco go zachęciło - No śmiało nie bądź taki - dodał jeszcze szybko, więc chłopak zdecydował się wyjechać z szeregu na swojej kopiąca-gryzącej bestii. No ale musiałam przyznać że gdy patrzyło się jak jedzie płynnie i jednocześnie szybko w połączeniu z bezbłędnością, to aż chciało się na to patrzeć. Było widać po nim że długo jeździ i na pewno miał nas za ułomów bo był na dużo wyższym poziomie niż my wszyscy, a w szczególności ja...
- Świetnie Reker masz trzy piątki - rzekł zadowolony pan Pol, notując wszystko - Widzisz nie było chyba aż tak źle jak to sobie myślałeś co? - spytał patrząc na niego nieco rozbawiony.
- Tia... może być - odburknął znowu.
- Na pewno nie aż tak źle... Trzymaj bardziej przy sobie prawą rękę bo w powietrzu Ci nieco ucieka i gorzej Ci jest zachować równowagę w powietrzu - dał mu radę, na co fuknął cicho chłopak ale się tym nie przejął w najmniejszym stopniu.
- Irma teraz Twoja kolej - odezwał się do mnie nauczyciel, a ja poczułam że mam ochotę zapaść się pod ziemię... Kiwnęłam na to mimo wszystko lekko głową i dałam klaczy znać by ruszyła spokojnie do przodu co też uczyniła i ustawiłam się na starcie.
- Będzie ubaw - usłyszałam szepty.
- Plebs na koniu będzie rodeo - usłyszałam kolejne bardzo raniące słowo i szczerze to najchętniej bym stamtąd uciekła ale dokąd niby? Do ojca pijaka? Do sierocińca? Pewnie jakbym wróciła do domu to kazałby mi się puszczać na prawo i lewo by miał na swoje trunki ale wcześniej by mnie zlał na kwaśne jabłko za ucieczkę z domu. Nie miałam po co tam wracać i wiedziałam że muszę jakoś walczyć o swoje życie, choć w takich sytuacjach jak ta, miałam ochotę uciec jak najdalej tylko mogę, wiedząc że w nikim nie mam w ogóle wsparcia... Miałam tylko nadzieję że uda mi się w tajemnicy czy też w ukryciu skończyć tą szkołę, tak by mój ojciec nie dowiedział się gdzie jestem, no i moje kolejne zmartwienie to to czy makijaż mi się nie rozmaże, który zakrywał moje siniaki na twarzy bardzo dobrze, gdyż naoglądałam się filmików na you tubie jak to zrobić.
- Kto dał bydlęciu konia? - usłyszałam kolejną kpinę, a ja zacisnęłam nieco bardziej ręce na wodzy, choć nie było tego widać.
- Patrzcie w co ona się w ogóle ubrała? - kolejny głos doszedł.
- O co zakład że koń ją zrzuci? - spytał ktoś znowu, lecz ja jakoś się zdołałam odciąć od tych wszystkich bolesnych słów, które raniły niczym kolce wbijane w samo serce. Bolało mnie to strasznie, ale co ja nędzna i głupia biedaczka mogłam na to poradzić? Do pracy nikt mnie nie przyjmie bo jestem za młoda, a i też ryzykowałbym że ojciec mnie znajdzie... Już i tak miałam dość nauki w podniszczonych książkach bo na nowe mnie nie było stać, a swojej nauczycielki byłej z liceum nie chciałam prosić o pieniądze tak drogich podręczników. Jestem żałosna dla nich, a ciekawe co by zrobili gdyby byli na tym miejscu co ja teraz... pomyślałam smutno, po czym jakoś skupiając się na torze, na znak nauczyciela ruszyłam.
♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠
Po skończonym bezbłędnie przejeździe nawet nie słuchałam co dostałam od nauczyciela, gdyż skupiłam się na ponownym wróceniu na swoje miejsce by usunąć się z oczu reszcie grupy, która na pewno dalej miała ze mnie prze świetny ubaw... A raczej to było pewne...
- Patrz ofermo jak jeżdżą prawdziwi jeźdźcy - powiedziała do mnie rozbawiona Stefani Majers, której była teraz kolej na przejazd. Zawsze chodziła dumna niczym paw i uważała się za najlepszą ze wszystkich, lecz miała tutaj swoje durne przyjaciółeczki, które chodziły za nią niczym posłuszne cielaki. Kiedy nauczyciel dał jej sygnał do startu, oczywiście ruszyła od razu i starała się jechać tak jak wcześniej Reker co mnie zaskoczyło, gdyż ona zawsze miała swój rytm na koniu, ale jak widać każdy z tych lepszych chciał zaimponować naszemu nowemu koledze... Nic tu po mnie pomyślałam widząc iż do przerwy zostały jeszcze trzy minuty, postanowiłam cicho zawrócić konia i pojechałam w stronę stajni, nie patrząc na resztę parzejazdów. Muszę się przygotować na poprawę ze skoków teraz przeszło mi jeszcze smutno przez myśl gdy zsiadałam z klaczy przy stajni. Było mi bardzo słabo ale zawsze się tak czułam w sumie. Jeść nie miałam po co, tak samo jak pić gdyż mi się nie chciało, choć byłam i tak już chodzącym szkieletem, lecz pod ubraniami nie było tego na szczęście widać... Otarłam samotną łzę delikatnie z policzka by nie rozmazał mi się makijaż zakrywający siniaki, a następnie rozsiodłałam klaczkę i poszłam do swojego pokoju, nie pojawiając się na ostatnich dwóch zajęciach z crossu i ujeżdżania, i darując wszystkim oglądania mojej osoby która jest tak szkaradna, plebsowata i żałosna. Źle się czułam więc położyłam się do łóżka i mocno okryłam się kołdrą, ciesząc się że to piątek i ze jutro i pojutrze nie muszę wstawać rano na zajęcia.

< Reker? ;3 jak się podobały zajęcia? xd Jak sobie poradziła ona i tamta dziewucha co pojechała po niej? No i oczywiście jak się podobała reszta zajęć? xdd >

10.18.2018

Od Rekera cd. Irmy

Mijając kolejny stan oddalający mnie ponownie kilka kilometrów od domu poczułem się strasznie nieswojo. Tyle razy mówiłem ojcu, aby znalazł mi zastępczy klub gdzieś w mieście, ale ten jak zwykle musiał uprzeć się na jakąś biedacką akademie umieszczoną na dodatek w Karolinie Północnej! Gorszego szajsu chyba nie mógł już wymyślić. No chyba, że wywaliłby mnie do Meksyku... Wtedy to bym się już nawet do niego nie przyznawał. Warcząc cicho pod nosem, przycisnąłem ostrożnie boczny przycisk swojego Iphonea X, który na kolorowym wyświetlaczu ukazał mi godzinę osiemnastą czternaście. Pewnie tamte barany już śpią - westchnąłem w myślach wspominają swoich najlepszych kumpli, jakimi byli Tod, Jeason i Patrick. Cała trójka oczywiście należała wraz ze mną do jednej drużyny siatkarskiej oraz jednej stajni, ale jak widać nie było nam pisane zostać razem na wieki, wieków w naszym mieście.
- Reker nie śpij - wesoły głos ojca wdarł się do mojej podświadomości niczym młot uderzający w gwóźdź, na którym ma zwisnąć przestarzały obraz namalowany przez nieznanego nikomu malarza.
- Cicho! - krzyknąłem agresywnie podciągając kolana pod brodę - I tak już zrujnowałeś mi prawie całe życie... - dodałem nieco spokojniej nawet nie patrząc na jego osobę. Cóż, w tej sytuacji nawet usypana lekkim kurzem wykładzina wyglądała na bardziej interesującą niż poważny wzrok mojego ojca, który znając życie przeszywał mnie właśnie na wskroś.
- Zachowuj się - zganił mnie, zwalniając nieco jeden z najnowszych pojazdów tego roku - To dla twojego dobra... Nie możesz odcinać się aż tak bardzo od świata zewnętrznego - próbował przemówić mi jakoś do rozsądku, ale jego paplanina nie zdała się kompletnie na nic. Postanawiając dalej podtrzymywać swojego focha, zacząłem przeglądać Instagrama, na którym wylałem swoje żale już przeszło siedem godzin temu. Nie miałem zamiaru zostać w tym IHA, SRIHA, czy chuj wie czym dłużej niż dwa dni. Jebnięci na łeb nauczyciele, wredne konie, okropne warunki w pokojach... Ciekawe czy w ogóle to zadupie ma dostęp do świeżej wody. Zastanawiając się nad tym nieco głębiej, w pewnym momencie odciąłem się zupełnie od rzeczywistości, która wróciła do mnie w momencie uderzenia mojej głowy o zagłówek znajdującego się przede mną fotela - Jesteśmy - powiadomił mnie mężczyzna wjeżdżając na polną, dziurawą do reszty drogę.
- Nie mogą dać tutaj asfaltu? - zapytałem sam siebie uważając, aby nie przygryźć sobie języka - To jakiś koszmar... Masz zawrócić i mnie stąd w tej chwili wywieźć! - zażądałem o mało nie urywając sobie głowy o dość nisko umiejscowiony sufit. Byłem dzisiaj cięty niczym osa, dlatego każde niedopatrzenie bądź żart powodowało u mnie jeszcze większą złość. Potrafiłem się wyładować na każdym... Nie ważne, że to była moja rodzina... Znajdował się w moim otoczeniu więc zasługiwał na to co robiłem.
- Reker! Jeszcze raz się tak zachowasz, a ci wleje! - wrzasnął na mnie poprawiając swój drogi krawat - Nie masz już pięciu lat, a zmiana szkoły to nie koniec świata - dorzucił zatrzymując się na wyznaczonym przez tą wieśniacką szkółkę parkingu. Nie wytrzymując już tego wszystkiego, jako pierwszy postanowiłem otworzyć drzwi srebrnego "rumaka" i oddalić się od niebieskookiego na dobre dziesięć metrów. Nawet nie ma tutaj warunków na treningi - fuknąłem szukając po spodniach paczki papierosów, z którymi starałem się nigdy w nerwowych sytuacjach nie rozstawać. Odnajdując w końcu upragniony kartonik, odpaliłem szybko jednego szluga, którego smolista substancja szybko wypełniła całą objętość moich płuc. Tak o wiele lepiej - stwierdziłem bez ogródek, spoglądając kątem oka na swojego opiekuna, który postanowił wyciągnąć już moje bagaże. Nie zabrałem w sumie nic szczególnego. Jedna walizka na ubrania codzienne, druga na stroje do jazdy konnej, trzecia to połowa wszystkich czapraków i nauszników moich koni, a czwarta to typowa elektronika, której raczej żaden ubogi debil mi nie ukradnie - Nie pal tyle... Chodź nie mamy całej nocy - westchnął z daleka, przez co niechętnie mu uległem.
*******
U właścicieli tego przybytku nie zabawiliśmy zbyt długo. Kazali podpisać mi tylko jakieś śmieszne papiery oraz przydzielili mi odpowiedni pokój wraz z boksami dla koni, które pojawiły się kilka minut po naszym przyjeździe. Staruszek, jak to staruszek musiał się oczywiście wszystkim zachwycać, lecz ja nie czułem żadnego uroku związanego z tym miejscem. Sam pokój był również obrzydliwy. Źle dobrane kolory i roztrzepana pościel jeszcze bardziej zniszczyły mi życie.
- Bądź grzeczny... Nie rób głupstw... W razie potrzeby dzwoń... - silna ręka mojego ojca spoczęła na moim ramieniu, próbując wbić je prosto w ziemie - Liczę na ciebie.
- Zwariowaliście - prychnąłem wściekle kopiąc jedną z walizek - Zwariuje tutaj! I to wszystko wasza wina! Nienawidzę was! - pchnąłem go z premedytacją w stronę otwartych na oścież drzwi - Skoro tak chcecie się mnie pozbyć to wynocha... Wątpię, że zadzwonię.
- Kocham cię synku - próbował odeprzeć jakoś mój słowny atak, co nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia.
- Ta... Jasne - trzasnąłem drzwiami, mając nadzieję, iż nie wylecą one z futryny - Gdybyś mnie kochał to byś mnie nigdy tak nie skrzywdził - zrzuciłem z łóżka kilka poduszek nie odczuwając żadnego głodu, który u normalnego człowieka dobijałby się do samego przełyku. Miałem dosyć. Mistrz juniorów w skokach miał niby tutaj się uczyć? Przesada i to duża. Jedyne czego mogą mnie nauczyć to jak spadać z konia, a może i nawet tego nie potrafią. Z czasem nerwy zaczęły coraz szybciej opuszczać moje ciało, co doprowadziło do bardzo szybkiego zaśnięcia.
*******
Następnego dnia wstałem dopiero koło godziny dziewiątej. Ignorując list znajdujący się na szafce nocnej, postanowiłem wziąć szybki prysznic, zjeść śniadanie uszykowane przez moją mamę na pierwszy dzień "nowego życia" oraz przebrać się w bryczesy, do których pasowały jedynie czarne, wypastowane, wysokie sztyblety z błyszczącymi ostrogami. Wiedząc, że treningi zaczynają się dopiero o ósmej, postanowiłem przejść się do stajni, po drodze napotykając się na jakąś dziewuchę, której wygląd od razu mnie odpychał. Nie zaprzątając sobie nią głowy, ruszyłem na poszukiwanie stajni dla koni prywatnych, gdzie w bliskich sobie boksach odnalazłem Evila, który przez kraty boksu próbował podgryzać Blackiego.
- Spokój - mruknąłem dobierając się do czoła starszego ogiera - Najpierw ty staroto - mówiąc to rozejrzałem się w poszukiwaniu stajennego, który były wstanie osiodłać tego kopiącego i gryzącego szaleńca. Trochę mi to zajęło, ale kiedy rzucił mi się w oczy jakiś blondas, od razu zleciłem mu wybrane przez siebie zadanie, które przyjął z dość dużym szokiem. Sam w tym czasie poszedł do siodlarni po swój ukryty w szafce kask. Nienawidzę tego miejsca.

<Irma? ;3> 

Od Irmy do Rekera

Kolejny dzień nowego życia... Mojego i mojej młodszej, dziewięcioletniej siostrzyczki. Choć moja nauczycielka powiedziała że tutaj jestem bezpieczna z moja siostrą, to i tak każdej nocy budził mnie najmniejszy nawet szmer w pokoju, bojąc się że on po nas przyszedł. Ten ciągły strach mnie wykańczał ale z drugiej strony, to i tez dzięki niemu wciąż żyję. Martwiłam się o Sarę bardzo gdyż ona byłą jeszcze bardziej delikatna niż ja i dużo bardziej przeżywała wszystkie złe chwile niż ja, choć zawsze jak byłyśmy w domu, to starałam się ją chronić przed pięściami ojca by nic jej się nie stało... Nie raz obrywałam tak że miałam zapewne wstrząs mózgu, bo przecież on tłukł zawsze mocno i z całej siły, ale chroniłam siostrę, bo w końcu tylko we mnie ma swoje oparcie i wsparcie. Miałam też wielokrotnie złamane ręce czy też żebra ale to była moja codzienność i normalność. Do tej pory nienawidzę matki że nas z nim zostawiła, owszem ona sama nie była idealna ale ona przynajmniej nie piła i nie biła... Z resztą zawsze musiałam sobie radzić sama i tak było nawet po narodzinach Sary. Wstałam powoli z łóżka i lekko się przeciągnęłam ale nie za mocno gdyż moje siniaki nadal dawały o sobie znać i pewnie tak będzie jeszcze z dobry miesiąc... Patrząc chwilę w jasną dębową podłogę, westchnęłam lekko i powoli wstałam podchodząc do swojego niewielkiego okna, które było zasłonięte kremowa roletą i odsłoniłam okno, gdzie zobaczyłam od razu duży budynek stajni w oddali. Kolejny dzień walki o wolność pomyślałam szybko, po czym pociągnęłam za klamkę okienną i otworzyłam okno na oścież, gdzie od razu uderzył we mnie powiew świeżego i zimnego powietrza. Niemal natychmiast się rozbudziłam czując zimne powietrze na swojej skórze gdzie zauważyłam gęsiom skórę. Dzień mimo wszystko był piękny i słońce powoli się podnosiło zza drzew, ogrzewając stopniowo schłodzoną po nocy ziemię. Wzięłam do płuc nieco głębszy wdech na tyle ile potrafiłam poobijaną mocno klatką piersiową. Takie dni dawały mi nadzieję że będzie lepiej, a przynajmniej początki takiego dnia, bo to co dalej też się bałam. Stałam tak w oknie przez chwilę, dopóki nie usłyszałam na korytarzu krzątaniny innych uczniów, którzy grzecznie mówiąc chodzili jak słonie w składzie porcelany. Westchnęłam na to ciężej gdyż nie uśmiechało mi się przebywanie z innymi uczniami, choć Sarę do tego zachęcałam by miała jakiś kolegów i koleżanki, choć też miała parę osób które jej dokuczały, co mnie złościło. Biorąc do ręki poskładane ładnie ciuchy z fotela udałam się do łazienki, gdzie zaczęłam się powoli przebierać i umyłam starannie zęby, no i uporządkowałam w większy ład swoje włosy, związując je gumką czarną do włosów. Następnie udałam się do kuchni by sobie i siostrze zrobić jajecznicę i herbatę, bo ja nie jadałam śniadań na stołówce jak co poniektórzy. Wbiłam dwa jajka na rozgrzany olej, który zaczął nieco pryskać i syczeć gdy na rozgrzaną patelnię wlała się inna substancja po czym szybko ją rozmieszałam by wyszła z jajek papaja na jajecznicę. Moja siostra wolała jajecznicę na oleju a ja na maśle więc zawsze wstawałam też wcześniej by jej zrobić i sobie. Nastawiłam wodę na herbatę w czajniku, ówcześnie upewniając się czy wskaźnik pokazuje odpowiednią ilość wody, po czym wyjęłam dwa podpisane kubki z końmi moim i Sary imieniem oraz nazwiskiem. Zazwyczaj moja siostra szybko przychodziła czując zapach jajecznicy, lecz dzisiaj się spóźniała bardzo wiec domyśliłam się iż zaspała dlatego na szybko zjadłam swoją porcję z kanapkami z szynką, umyłam naczynia i patelnię, po czym wziąwszy talerz z pyszna jajecznicą i kromeczka chleba z pomidorkiem który był u niej obowiązkowo na śniadanie z jajecznicą, i ruszyłam w stronę jej pokoju, wracając się przy tym po kubek z herbatą dla niej, bo mi się zapomniało... Przeszłam spokojnie korytarzem z kremowo czekoladowym dywanem doszłam szybko do pokoju mojej dziewięcioletniej siostry, do której zaczęłam pukać spokojnie.
- Saruś budź się bo zaspałaś - powiedziałam głośno, na co usłyszałam głośną krzątaninę wstawania z łóżka.
- Budzik mi się wyłączył! - usłyszałam jej piskliwy i przejęty głos za drzwiami.
- Spokojnie Sara... - westchnęłam na to lekko - Otwórz mi przyniosłam Ci śniadanie - dodałam i w tej chwili dostrzegłam że przygląda mi się jakiś wysoki chłopak. Na pierwszy rzut oka nie brzydki, ale wyglądał na cwaniaczka nieco, co zaraz mi się nie spodobało. Niby nie ocenia się książki po okładce i ja sama się złościłam i było mi nie raz przykro jak byłam oceniana źle przez innych gdy mnie nawet nie znali, ale z reguły obierałam że wszyscy chłopacy są źli, ze względu na naszego ojca, który nam robił nieustannie krzywdę. Patrzyłam na niego tylko chwilę, nie odzywając się ani słówkiem nie znając go, choć właściwie to też i osobom których znałam nie mówiłam krótkiego "cześć". Wolałam z daleka się trzymać od ludzi, gdyż nie raz mnie oszukano i wiele osób udawało moją koleżankę czy też przyjaciela, tylko po to by się ze mnie pośmiać, dlatego tym bardziej unikałam kontaktów z innym. A po chłopaku było widać iż jest z tego dużo lepszego domu jeśli nie tego idealnego. Na szczęście nie stałam pod drzwiami długo, gdyż zaraz usłyszałam przekręcający się kluczyk w zamku drzwi siostry, która zaraz mi otworzyła, więc weszłam do środka.
- Oj Saruś mówiłam Ci nastawiaj sobie dwa budziki a nie tylko jeden... - odezwałam się do swojej siostry, kładąc jej jedzenie na stoliku, podczas gdy ona zamknęła ponownie drzwi.
♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣
Po szybkim śniadaniu, poszłam do stajni by przyszykować Flawię do treningu. Dzisiaj była środa więc miałam zajęcia skokowe z jednym z moich ulubionych nauczycieli, a było ich niewiele... Idąc w kierunku stajni dla koni akademii, minęłam stajnię dla koni prywatnych, gdzie wszystko było przepełnione luksusowymi rzeczami. Zwykła stajnia też była ładna ale normalnie czasami aż mi było głupio przechodzić obok tej wielgachnej stajni na bogato. Wchodząc do miejsca urzędowania koni, wszystkie końskie łby od razu zostały skierowane w moją stronę, nastawiając uszu i patrząc ciekawsko w moją stronę. Niektóre widząc mnie a nie swoich wybranych ulubionych ludzi, wróciło głowami do swoich boksów, a jeszcze inne lekko odgięły jedno ucho do tyłu będąc nieco znudzone. Nie przejmując się tym widokiem końskiej społeczności podeszłam do boksu Flawii, która już na mnie czekała i ciekawsko zaczęła mnie wąchać czy aby przypadkiem nie ukrywam przed nią jakiejś smakowitej rzeczy po kieszeniach. Jak zwykle się nie myliła, gdyż zawsze na dzień dobry miałam dla niej jakieś jabłko albo kosteczkę cukru bądź marchewkę, ale raczej miałam to drugie albo pierwsze z rzeczy do jedzenia dla niej. 
- No już, już - powiedziałam z lekkim uśmiechem, co rzadko mi się zdarzało i wyjęłam z kieszeni kurtki kosteczkę cukru, którą zaraz wzięła z mojej ręki futrując ją i wymachując śmiesznie głową do góry i w dół pokazując swoje wielkie zadowolenie. Pogłaskałam ją po miękkich chrapach, po czym poszłam szybko po jej sprzęt jeździecki, który musiałam jej założyć i by nie spóźnić się znowu na zajęcia... Ubrałam szybko klaczkę, która na szczęście nie protestowała dzisiaj tak jak wczorajszego dnia, gdzie pokazywała nieco swoje humorki, założyłam toczek i rękawice do jazdy konnej, a następnie wyprowadziłam klaczkę z boksu i pokierowałam ją na parkur zamknięty gdzie miały się odbyć dzisiejsze zajęcia.

< Reker? ;3 >

II sezon Impossible Horse Academy

Witajcie kochani!
Mam zaszczyt ogłosić, że II sezon Impossible Horse Academy właśnie wystartował! Chociaż blog powstał jesienią zeszłego roku to wraz z Irmą postanowiłyśmy go odnowić. Pewnie zapytacie co tu się od tego czasu zmieniło, dlatego mamy dla was szybkie podsumowanie.

🐴 Zmieniono nazwy rang i ich właściwości.
🐴 Usunięto część nauczycieli.
🐴 Usunięto wszystkie posty i byłych członków bloga.
🐴 Zmieniono w zakładkach zdjęcia terenów i ich opisy.
🐴 Odświeżono zakładkę "Pokoje".
🐴 Stworzono zakładkę "Zanim dołączysz!", gdzie znajdziecie wszystkie, ważne rzeczy dotyczące naszego bloga. Są to formularze, rangi, fabuła i regulamin.
🐴 Napisano od nowa plan lekcji i treningów.
🐴 Odświeżono wierzchowce stajenne i umożliwiono ich dalszą dzierżawę.
🐴 Zamówiliśmy nowy szablon dla bloga, który niedługo do nas dotrze. :)

Jak na razie to na tyle zmian :) Mamy nadzieję, że II sezon również przypadnie wam do gustu. Chciałybyśmy ponownie, miło spędzić z wami czas, a blogi chętne do współpracy zapraszamy do zakładki "wymiany".
~Pozdrawiamy cieplutko Irma & Reker <3