11.29.2018

Od Honolulu CD. Thomasa

 Obudziłam się coś po piątej rano, na dworze było jeszcze ciemno, a ja nawet nie chciałam wiedzieć jak wyglądam, bo czułam się dosyć podle. Spanie w śpiworze na jednej z ławek w szatni nie było jakimś błyskotliwym pomysłem. Mimo wszystko nie żałowałam tej decyzji. Nie chciałam wracać do domu, a tym bardziej nie chciałam, żeby Daniel po mnie przyjeżdżał, bo kiedy zadzwoniłam do niego w nocy usłyszałam, że nie jest sam. A mnie zależy na tym, żeby nie spieprzyć mu życia doszczętnie i żeby wreszcie sobie kogoś znalazł. Zapewniłam go, że mam gdzie spać i powiedziałam, żeby się o mnie nie martwił. Cieszyłam się, że wykorzystał moją nieobecność i w końcu postanowił kogoś zaprosić.
 Włożyłam na siebie moje ukochane, różowe futerko i ubrałam buty, po czym złożyłam z ławki śpiwór, jakimś cudem upchnęłam go do pokrowca i odniosłam do szafy w składziku. Później skierowałam się do stajni, moje obcasy stukały o podłogę i odbijały się echem od ścian i wysokiego sufitu. Konie spały w swoich boksach. Douce także spała, ale przywitała mnie cichym rżeniem, kiedy znalazłam się przy niej. Spokojnie zaczęłam gładzić ją dłonią po głowie i chrapach. Stęskniłam się za nią, mimo iż widuję się z nią codziennie. Powinnam zacząć trenować z nią bardziej na serio, bo ostatni troszkę poleciałyśmy sobie w kulki. Jednak nasze postępy są naprawdę ogromne, zasłużyłyśmy sobie na odrobinę wakacji.
 Nagle drzwi od stajni otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Mimowolnie odwróciłam się w tamtą stronę i z zaskoczeniem stwierdziłam, że nie kto inny jak Tommy, który był ostatnią osobą jaką spodziewałabym się tutaj zobaczyć.  On również wydawał się być tak samo zaskoczony jak ja.
 - Spałaś tutaj? - zapytał, nawet nie kryjąc zdziwienia.
Lekceważąco wzruszyłam ramionami. Nie zamierzałam traktować go inaczej po tym, co się wydarzyło. A raczej nie wydarzyło.
 - Niezupełnie tu. - odparłam, starając się nie czuć skrępowana czy zażenowana i chyba całkiem dobrze mi szło.  - No ale można tak powiedzieć.  A z ciebie co taki ranny ptaszek?
 - Jakoś tak wyszło. -mruknął, również wzruszając ramionami.
 Wydawało mi się, że żadne z nas do końca nie wie jak ma się w tej chwili zachować, dlatego cisza, która zapadła między nami po jego słowach była tak bardzo krępująca. Nie miałam pojęcia jak ją przerwać, więc tylko wlepiłam wzrok w podłogę, machinalnie głaszcząc łebek Douce dłonią. Czułam jak Thomas patrzy na mnie, uważnie mnie obserwując, jednak ja z uporem wlepiłam wzrok w miejsce gdzieś niedaleko moich butów.
 I wtedy to dostrzegłam. Niewielką, jednak z każdą sekundą powiększającą się  szkarłatnoczerwoną kałużę. Nie było trudno się domyślić jej pochodzenia. Chłopak zauważył  w co tak uporczywie się wpatruję, jednak nie starał się w jakikolwiek sposób ukryć ręki, z której powoli kapała krew. Nic nie zrobił. Nasze spojrzenia skrzyżowały się , a on wyglądał tak, jakby tym właśnie spojrzeniem chciał mi rzucić wyzwanie. Nie miałam najmniejszej wątpliwości skąd wzięły się rany, ale też nie chciałam o to pytać ani, tym bardziej, oceniać go za cokolwiek, co zrobił. Mimo wszystko to nie tak, że nie wywarło to na mnie wrażenia. Wystraszyłam się.
 - Chodź, opatrzę ci tę ranę. - powiedziałam, z grozą stwierdzając, że w moim głosie dało się usłyszeć bardzo wyraźną nutkę troski.
 - Nie wysilaj się. - odparł chłopak. Minę miał bez wyrazu, jednak głos był szorstki, jakby mi mówił, że mam się od niego odwalić.
Spojrzałam na niego i pokręciłam głową z lekkim niedowierzaniem. Był bardzo blady na twarzy, jednak zdawał się tym wcale nie przejmować.
 - Uwierz, ż e się nie wysilam. - powiedziałam spokojnie, mimo iż naprawę się o niego  martwiłam. Twarz miał pobladłą, prawie przeźroczystą i wyglądał tak, jakby zaraz miał zemdleć.
 - Nie jestem przekonany. - prychnął gniewnie, a na usta wkradł się jego firmowy ironiczny uśmieszek.
 - Nie wydurniaj się - również prychnęłam. Naprawdę bałam się, że coś mu się stanie. - Nie wkurwiaj mnie i chodź. Opatrzę ci to, a później się od ciebie odpieprzę, okej? - warknęłam w jego stronę. Co za uparty osioł z niego, naprawdę nie starałam mu się w tamtej chwili jakoś zaszkodzić.
Tommy przewrócił teatralnie oczami, robiąc cierpiętniczą minę, a ja starałam się tego nie komentować. Zaprowadziłam go do szatni i usadziłam na tej samej ławce, na której dane mi było spędzić ostatnią noc. Oparł się o ścianę, odchylając głowę mocno do tyłu i zamykając oczy. Wyglądał jakby mu na niczym nie zależało. Wygrzebałam z jednej z szafek apteczkę i wróciłam do chłopaka. Bez gadania pozwolił mi podciągnąć nieco już uwalony od krwi rękaw bluzy i odwinąć bandaże. Przeraził mnie widok, który zobaczyłam. Rany były tak głębokie, że nie chciały w się w żaden sposób zejść. Krew lała się z nich strumykami, a Tommy zachowywał się jakby miał to daleko w dupie. Ubrałam rękawiczki i spryskałam jałową gazę jakimś antybakteryjnym płynem, po czym przetarłam lekko przedramię chłopaka, starając się to robić jak najdelikatniej potrafię. Na twarzy Thomasa pojawił się prawie niedostrzegalny grymas, ale nie syknął z bólu.
 - Przepraszam jeśli bolało. - zwróciłam się do niego, powoli biorąc się za bandażowanie. Robiłam to naprawdę bardzo ostrożnie, starając się nie sprawić mu tym niepotrzebnego bólu.
 - Po co to robisz? - prawie na mnie warknął, kiedy wreszcie raczył na mnie spojrzeć - To zupełnie nie pasuje do obrazu zimnej suki, jaką jesteś.
Westchnęłam cicho, kończąc wiązać bandaż i delikatnie zsuwając na niego bluzę. Dopiero wtedy spojrzałam na chłopaka. On tylko wpatrywał się we mnie intensywnie, oczekując na moją odpowiedź.
 - To nie ma żadnego znaczenia. - powiedziałam, wpatrując się mu w oczy. - Te rany nadają się do szycia. Albo pojedziesz teraz do szpitala, albo zadzwonię po karetkę. - dodałam.
Tommy?
<3<3

Od Diego Do Florence

Wychodzę z domu, poprawiając kołnierzyk swej skórzanej kurtki. Rozglądając się uważnie po sporym terenie, na zakup którego uparł się Silvano, mogę stwierdzić, że nie osiągnąłem jeszcze tego czego chciałem. Nie mam celu życiowego, ale strata tego wszystkiego byłaby bardzo bolesna.
Grzebiąc w kieszeniach szukam zapalniczki oraz papierosów, które w tej chwili mi się bardzo przydadzą.
Ruszyłem w stronę ogrodzenia, gdzie oparłem się o belkę i zapaliłem papierosa podziwiając jednego z moich koni.
- Panie Alves, wszystko już gotowe do drogi - za plecami usłyszałem głos służącego.
- Dziękuję Francis, mam nadzieję, że wszystko będzie w stanie idealnym jak tutaj wrócę.
- Oczywiście, proszę pana - mężczyzna w tej chwili podał mi kluczyki do mego lamborghini.
- Pilnuj wszystkiego. Możesz odejść - powiedziałem gasząc papierosa pod moim butem, a następnie ruszając w stronę garażu, gdzie stała moja bestia.
Wzdychając ciężko wsiadam do pojazdu i wyjeżdżam, kładąc lewą rękę na kolanie. Dobrze mieć automatyczną skrzynie biegów, gdyż kierowanie jedną ręką nie sprawia wtedy wielu problemów.
Po niedługim czasie dogoniłem koniowóz z mym koniem, który wyruszył godzinę przede mną. Cóż, mam ciężką nogę.
Resztę drogi jechałem spokojniej tocząc się za wozem w klimatach dobrego starego oraz nowego rocka.
Wjeżdżając na parking zauważyłem, że wybiła godzina osiemnasta. Cóż, myślałem, że wyrobimy się w mniej godzin, lecz ja nie mieszkam blisko. Wyjechałem o jedenastej.
Wysiadłem z wozu ubierając na nowo kurtkę, którą zdjąłem w połowie drogi.
Zamykając samochód usłyszałem tylko sygnał, że zamki zostały zabezpieczone, a następnie mogłem ruszyć w stronę pokoju dyrektora ośrodka.
Zapukałem do drzwi i po krótkiej chwili otrzymałem odpowiedź aby wejść, co też uczyniłem.
Mężczyzna siedzący za biurkiem uśmiechnął się lekko.
- Spodziewaliśmy się pana, panie... - w tej chwili mężczyzna zamilkł, próbując pewnie przeczytać poprawnie moje dane.
- Diego Alves - wyciągnąłem w jego stronę dłoń.
- Bardzo mi miło pana poznać, witamy w IHA.
- Pana również miło poznać.
Mężczyzna oprowadzał mnie po terenach, przy okazji powiadamiając mnie o numerze pokoju jak i boksu mego konia.
Ta wycieczka, nie trwała zbyt długo, po prostu dyrektor wskazał mi miejsca.
Sam bym się połapał, ale jeśli chciał tak bardzo to zrobić, to nie będę mu bronił.
- Dziękuję - powiedziałem, gdy ten zaczął iść już w swoją stronę.
Boshe maska grzecznego chłopca mnie kiedyś zgubi, ale wiem, że nie mogę przynieś wstydu rodzinie, szczególnie bratu.
Wzdychając ciężko i formując kilka razy lewą dłoń w pięść, ruszyłem do mego konia.
- Carlos, J.B, zanieście bagaże do pokoju numer trzy, ja zajmę się Asem.
Otwierając koniowóz byłem gotowy nawet na przyjęcie kopyta jako dzień dobry, ale nie tym razem. Koń nie był dobrze przywiązany przez co bez problemu uwiąz rozplątał się, a Asesino znalazł idealną okazję, aby pogrzeszyć.
Wybiegł jak torpeda, kierując się w stronę dość wysokiego płotu. Zagwizdałem po czym ruszyłem za nim, ale on miał mnie w głębokim poważaniu.
- Uważaj! - krzyknąłem do rudowłosej istoty, jaka pojawiła się na horyzoncie.
Dziewczyna spojrzała tylko w moją stronę nie wiedząc o co mi chodzi, a następnie stanęła bez ruchu kiedy mój koń stanął przed nią jeden krok.
Podszedłem do niej i chwyciłem zwierze cofając je.
- Wszystko dobrze? - spojrzałem na nią czekając na jakąkolwiek reakcje z jej strony.

507
<Florence?>
(Wybacz, że krótkie ale o trzeciej w nocy ciężko się pisze)

Od Honolulu CD. Leonarda

 Spóźniłam się na treningi dosyć sporo. W nocy miałam problem z zaśnięciem, wciąż rozmyślałam o mojej rozmowie z Leą i kłótni z Danielem. Chciałam się go zapytać czy do niej zadzwonił i jak mała się czuje, ale kiedy wróciłam do domu nawet słowem się do mnie  nie odezwał. Ani na mnie nie spojrzał, musiał być naprawdę bardzo zły.
 Weszłam do stajni w dosyć podłym nastroju, w zasadzie to większość czasu chciało mi się płakać, mimo wszystko powstrzymywałam łzy. Douce chyba rozpoznała mnie po krokach, bo wychyliła swój mały łebek ponad drzwiczki boksu i zaczęła rżeć na powitanie, a za nią poszły w ślad inne konie, które akurat były w stajni. Weszłam do boksu, witając się z moim maleństwem i szybko wzięłam się do czyszczenia uwalonej do granic możliwości kobyłki. Cała była w błocie, szczególnie lewy bok był posklejany i brudny tak, że nie było widać jej prawdziwego koloru sierści.
 - Co, brudasie? - zwróciłam się do klaczy, humor troszkę mi się poprawił, gdy zajęłam się pracą - Ładnie tak dokładać pani pracy, co? - zapytałam, lekko drapiąc ją po zadzie.
Usłyszałam za plecami kroki i odwróciłam się szybko, żeby sprawdzić kto idzie jednak wkrótce pożałowałam tej decyzji. Tuż po chwili obok mnie pojawił się jaśnie wielmożny książę, do którego nie pałam sympatią. Zmierzyłam go bardzo chłodnym spojrzeniem, nie mając pojęcia czego ode mnie chce. Nie miałam zamiaru znowu się z nim użerać. Vie zdenerwowała się na jego widok, a ja pogładziłam ją po prawie już czystej szyi, żeby chociaż trochę się uspokoiła.
 - Cześć, Lulu... - zaczął ostrożnie, patrząc mi w oczy i dzielnie wytrzymując moje niezbyt przychylne spojrzenie.
 - Odczep się. - warknęłam, chyba trochę ostrzej niż mogłabym się po sobie spodziewać, powracając do przerwanej czynności.
- Wybacz, ale nie - odparł., drapiąc się po karku i wciąż nie spuszczając ze mnie wzroku, mimo iż moja twarz prawdopodobnie wyrażała wszystko co sobie o nim myślę i biło ode mnie chłodem na całe mile - Chciałem cię przeprosić... To trochę dziwne, ale chyba źle się wczoraj wobec ciebie zachowałem... Wybaczysz  mi?
 Spojrzałam na niego, nie wiedząc czy sobie ze mnie kpi czy mówi poważnie. Zlustrowałam go wzrokiem szukając jakiejkolwiek oznaki żartu. Nie znalazłam żadnej, nawet najmniejszej., a Leonard dalej intensywnie się we mnie wpatrywał, wyczekując odpowiedzi. Douce drobiła w miejscu swoimi niewielkimi kopytkami, była podenerwowana obecnością mężczyzny, którego w dodatku nie znała.
 - Spokojnie maleńka. - powiedziałam do klaczy, starając się ją chociaż trochę uspokoić, po czym ponownie spojrzałam na chłopaka -  Skoro ci na tym  zależy. - prychnęłam.
Chłopak w tym momencie musiał chyba przełknąć swoją dumę. Nie miał specjalnie zachwyconej miny, ale powstrzymał się od złośliwego komentarza.
 - Zależy mi. - powiedział z naciskiem.
 - W takim razie w porządku. - odparłam. - Wybaczam. - spojrzałam na niego i nawet zdobyłam się na coś na kształt uśmiechu.
 Leonard westchnął cicho, być może z ulgą, ale ja nie chciałam pytać ani  w to wnikać.
 - Niezmiernie mnie to cieszy. - powiedział. I on uśmiechnął się lekko, jednak w jego przypadku zrobiło to dużo lepszy efekt. Miał ładny uśmiech, który nie przypominał grymasu tak jak mój. - To może, jako przeprosiny... - nie dałam mu dokończyć, nie zważając na dobre wychowanie czy maniery, ale miałam gdzieś to, co on mógłby o mnie pomyśleć.
 - Jeżeli jeszcze raz spróbujesz dać mi tego Rolexa, to przysięgam, że wsadzę ci go w dupę. - powiedziałam, zachowując śmiertelnie poważny wyraz twarzy.
Leonard parsknął głośnym śmiechem. Spojrzałam na niego nieco zdezorientowana, bo nie przyszło mi na myśl, że taki wielki książę, jak on, mógłby tak zareagować na to, w jak niegrzeczny sposób się do niego zwracam.
 - Co? - zapytałam zaskoczona, mierząc go spojrzeniem.
 - Nic. - zaśmiał się krótko. - Po prostu nigdy nikt nie pozwolił sobie na traktowanie mnie w tak bezczelny, opryskliwy i lekceważący sposób, w jaki ty mnie traktujesz.
 - Przyzwyczaisz się. - odparłam uśmiechając się złośliwie.
 - Chciałem zaproponować przejażdżkę. - kontynuował wypowiedz, którą wcześniej tak bezceremonialnie mu przerwałam.
 - Z księciem tak? I pewnie niejedna dziewczyna dała by się za taką propozycję pokroić? - zapytałam złośliwie.
 - Nieskromnie przyznam, że tak. Wszystkie dałyby się pokroić. - odparł, powracając do swojego wcześniejszego tonu. Parsknęłam śmiechem.
 - Ja nie. - powiedziałam szczerze, kontynuując czyszczenie Douce, która w końcu trochę się uspokoiła.
Energicznie szorowałam jej bok pozbywając się zlepek błota i dość sporej ilości sierści. Nareszcie zaczynała przypominać konia, a nie jakiegoś potwora bagiennego.
 - To jak będzie? - zapytał chłopak, o którego istnieniu zdążyłam zapomnieć, całkowicie pochłonięta wykonywaną czynnością.
Spojrzałam na Leonarda, który wyraźnie niecierpliwił się brakiem odpowiedzi.
 - O ile nie będę musiała zwracać się do ciebie per "książę", to tak. Mogę jechać. Ale nie myśl sobie, że dam się za to pokroić.
Leo?
<3 

11.28.2018

Od Florence CD Rekera

- Reker, jesteśmy razem w grupie - westchnął chłopak, poprawiając jednocześnie włosy - Ale możesz kojarzyć mnie z innych źródeł - powiedział.
- Raczej tylko z treningu. Ostatnio miałam sporo rzeczy na głowie i szczerze mówiąc średnio zwracałam uwagę na coś innego - odparłam próbując się trochę rozluźnić, bo od nieuzasadnionego stresu spowodowanego tym gdzie mam skierować swój wzrok, powoli sztywniała mi szyja. Możecie się również zastanawiać czym byłam taka zajęta skoro spałam. Otóż moim zdaniem jest to rzecz ważniejsza niż… Nie jestem pewna jakie porównanie byłoby idealne, więc może lepiej zostawię to do dowolnej interpretacji. - No a zaraz znowu muszę wyjść z Bonnie na spacer - mój wzrok w końcu spoczął na twarzy chłopaka, jednak oczy wciąż chciały to zmienić i przesuwały się delikatnie skupiając spojrzenie w innym miejscu.
- Bonnie? - spytał chłopak. Odebrałam jako dość oczywiste, że mam o niej opowiedzieć coś więcej, ale mimo pewności szczęka wciąż chodziła mi dosyć ciężko, jakimś cudem pozwalając wydobyć się wyraźnym dźwiękom z moich ust.
- To moja suczka, border collie - uśmiechnęłam się delikatnie, jednak moje myśli wciąż krążyły wokół Bonnie szukając możliwych rozwinięć mojej odpowiedzi. Niestety w mojej głowie kołatała się tylko myśl, że jest moją jedyną przyjaciółką, ale doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że wypowiedzenie tych słów na głos mogłoby zabrzmieć trochę dramatycznie, a nawet jak użalanie się nad sobą. Mój widelec wciąż powoli krążył między talerzem, a moimi ustami, powoli przenosząc tam niewielkie porcje sałatki, która niespiesznie znikała z talerza. Jednakże, gdy Reker siadał naprzeciwko mnie zjadłam już praktycznie wszystko i nie minęło wiele czasu, już brałam do ust ostatnią porcję kolacji.
- No to ja muszę już iść, do zobaczenia jutro - wstałam od stołu i wzięłam talerz ze złożonymi na nim sztućcami, wciąż usilnie zastanawiając się czy dopowiedzieć jeszcze "na treningu". Ostatecznie jednak Reker uprzedził mnie mówiąc krótkie "cześć", w związku z czym te dwa słowa straciły by zupełnie sens. Odniosłam naczynia do kuchni, a następnie wróciłam do pokoju. Przy drzwiach przywitała mnie Bonnie, machając radośnie ogonem. Wzięłam więc smycz i przypiąwszy ją do obroży suczki wyszłam z nią na dwór. Spacerowałyśmy jakieś pół godziny, jednakże nie szłyśmy do lasu, gdzie zwykle puszczałam ją luzem, bo było już dosyć ciemno i nie za bardzo chciałam iść do jeszcze bardziej ocienionego miejsca, o praktycznie zerowej widoczności. Gdy wracałam do pokoju, po drodze zerknęłam na plan treningów i aby nie narażać się na pomylenie godzin, zrobiłam mu zdjęcie. Jutro plan przedstawiał się nawet dobrze. Trzy godziny crossu, po pół godzinie przerwy dwie godziny ujeżdżenia, następnie kolejna pół godzinna przerwa przed godziną skoków. Postanowiłam, że na pierwszy i ostatni trening wezmę Fellowa, a na drugim pojeżdżę na Flawi, którą znam chyba najlepiej po moim ogierze. Wróciłam do pokoju, a następnie wyspałam Bonnie karmę i nalałam wody. Była 19, więc sama udałam się do łazienki, żeby wziąć prysznic. Chłodna woda delikatnie mnie otrzeźwiła, jednakże wciąż byłam porządnie zmęczona i zaraz po skończeniu mycia przebrana w pizamę wyszłam z łazienki i położyłam się do łóżka. Nie ustawiałam sobie budzika, bo nawet gdybym miała spać 10 godzin obudziłabym się o 6.
***
Nazajutrz obudziłam się gdy panował jeszcze półmrok, wtulona w sierść Bonnie. Nakarmiłam ją, a następnie udałam się do łazienki by rozpocząć poranną toaletę. Zaraz po jej zakończeniu zeszłam na stołówkę i po zjedzeniu jajecznicy na śniadanie znowu udałam się do pokoju. Tam przypięłam Bonnie smycz, a następnie wzięłam kurtkę, założyłam zimowe buty i wyszłam. Tak jak w poniedziałek trening rozpoczynał się o 8, więc miałam około 1,5 h dla siebie. Tak jak poprzedniego dnia wzięłam Fellowa na kantar sznurkowy i z nim i suczką udałam się na spacer do lasu. Gdy byliśmy już pośród drzew spuściłam Bonnie ze smyczy i związawszy linę tak, aby mogła posłużyć mi za wodze, dosiadłam ogiera. Szliśmy stępem już wystarczająco długo więc od razu zaczęliśmy kłusować, a później galopować, dopóki nie wyjechaliśmy z lasu. Tam na nowo przypięłam suczce smycz i razem z moją zwierzęcą ferajną ruszyłam do stajni. Odstawiłam Fellowa do boksu, a następnie doprowadziłam suczkę do pokoju, gdzie wygłaskałam ją porządnie. Siedziałam tam z nią jakieś pół godziny, do czasu, aż przyszedł czas na trening. Wtedy poszłam do stajni szykować Fellowa.
<Reker? >

Mierz wysoko, pracuj ciężko i nie bądź dupkiem.

Christopher Mcrory
Imię i nazwisko: Diego Neymar Alves De Almeida Goes
Wiek: 24 l.
Płeć: mężczyzna
Ranga: Professionnel
Grupa: II
Imię konia: Asesino de Almas
Pokój: 10
Charakter: Jego charakter jest różny, zależny od nastroju. Spokojny, opanowany, pełen życzliwości, tego na pewno nie powie się o nim, na pierwszy rzut oka. Alves, gdy nie ma nastoju, zamienia się w totalne przeciwieństwo. Nie lubi przegrywać i nie zawsze trzyma swój ostry język za zębami. Nie unosi się dumą oraz nie lubi pomocy. Jest towarzyski, ale to nie znaczy, że będzie z kimś rozmawiać, woli po prostu jak wokół niego są jacyś ludzie. Najczęściej robi wszystko sam, przez co ma kłopoty. Nienawidzi osób niepunktualnych więc zawsze ma czas wyliczony co do sekundy. Jeśli się spóźnisz.. Giniesz w jego oczach, choć czasami wybacza. 
Aparycja: Jest to wysoki chłopak, gdyż posiada 186 cm wzrostu. Jego włosy zazwyczaj pozostawione w estetycznym nieładzie, ale z żelem. Kruczoczarny kolor włosów podkreśla jego ciemniejszą karnację Brazylijczyków. Jego tęczówki są ciemno brązowe przez co prawie zlewają się z źrenicami. Na plecach posiada tatuaż skrzydeł, a w uszach ma dwa tunele.
Historia: Historia Neymara zaczyna się w Pilar do Sul mieście w Brazylii, w stanie São Paulo. Kiedy przyszedł na świat jego starszy brat, już bawił się w ujeżdżanie byków. On po kilku latach dostał od ojca informację, że jego przyszłym zawodem będzie ujeżdżanie byków, jak jego brata. Młody Alves był zachwycony tą informacją, on o tym marzył więc ćwiczył ciężko doznając przy tym wielu krzywd. Nie było mu lekko, gdyż trener zawsze od niego wymagał wiele. Gdy w wieku dziewiętnastu lat, przez swojego brata dostał się do PBR, był najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi. Startował jako pierwszy i udało mu się utrzymać na byku przez osiem sekund, ale co z tego, jak po zejściu z rozszalałego stworzenia wylądował pod jego kopytami. Clowni, nie mogli odgonić zwierzęcia od uczestnika, przez co Diego doznał wielu poważnych złamań, które leczył dość długi czas. Niektóre z nich do teraz mu doskwierają. Gdy czuł się już na siłach powiedział, że wyjeżdża do Karoliny Północnej i nikt nie będzie decydował co ma robić w życiu. 
Rodzina: 
Otelo Alves De Almeida Goes - ojciec
Heloísa Alves De Almeida Goes - matka
Silvano Alves De Almeida Goes - Starszy o siedem lat Brat, trzykrotny mistrz świata ujeżdżania byków. 
Orientacja seksualna: biseksualny
Partner/ka: brak
Inne: 
- Pali spore ilości papierosów.
- Nie jest typem imprezowicza, który tańczy, ale chętnie na zabawy pójdzie byle się napić.
- Ma sporo blizn po uprzednim swoim zawodzie. 
- Czasami ćpa, ale to rzadkość.
- Ma śnieżnobiały uśmiech. 
- Zawsze chciał dorównać bratu.
- W jego ciele nie znajdziemy żeber wolnych. 
- Metalowe części w jego ciele to norma. Ma ich około 52. 
- Lewa ręka jest jego największym zmartwieniem. Nie posiada w niej czucia, oraz tam znajduje się minimum trzydzieści mały metalowych części, aby w jakikolwiek sposób mógł nią funkcjonować. 
- Przeszedł cztery operacje. 
- Niestety jest leworęczny. 
Właściciel: Konia 2000

Od Thomas'a Cd. Honolulu

- Kurwaaaa!!! -wrzasnąłem ze wściekłością, gdy tylko Lulu opuściła mój pokój
Wszystko poszło nie tak. Ja pierdole. Miało być zupełnie inaczej. Nienawidzę takich lasek. Najpierw drażnią chuja, a później zwijają wrotki. Nawet nie miałem ochoty za nią iść. W dupie miałem to gdzie poszła, czy jest jej zimno, czy ktoś się nią zajmie. Nie interesowało mnie to w tej chwili. Byłem wściekły na siebie, że mimo wszystko mogłem rozegrać to zupełnie inaczej, i że mogłem dać jej czas, a nie się bezsensownie napalać. Odpaliłem papierosa, nie interesował mnie zakaz palenia wiszący w holu. Nic mnie na tą chwilę nie obchodziło. Poszedłem do łazienki strzepując wypalony tytoń do zlewu. Sięgnąłem po żyletkę. Jedno nacięcie... drugie. Potem kolejne, co jakiś czas brałem macha tlącego się papierosa. Zaczęło robić mi się słabo. Umywalka zalana była krwią, krew skapywała powoli też na podłogę, spływała po moich rękach, bokach i nogach. Rzuciłem wypalonego papierosa do kibla. Rozebrałem się z zakrwawionych bokserek i wszedłem pod prysznic. Gdy tylko odkręciłem wodę powstała czerwona rzeka. Woda spływała mi po twarzy. Patrzyłem na lekko zaparowującą szybę prysznica. Zacząłem tracić przytomność, ale podtrzymałem się uchwytu w kabinie i szybko odzyskałem świadomość. Natychmiast zakręciłem wodę i otworzyłem drzwi kabiny by zaczerpnąć świeżego powietrza. Złapałem ręcznik, zacząłem się wycierać, każde tarcie sprawiało mi ogromny ból, ale lubiłem to. Krew nadal leciała, stwierdziłem, że muszę opatrzyć rany, bo są zbyt głębokie by samoistnie się zasklepiły. Ponakładałem wyjałowione gazy w miejsca nacięć, następnie pozawijałem je bandażem. Ewidentnie mógłbym iść na bal przebierańców robiąc za mumię. Ubrałem czyste bokserki i pościerałem krew z podłogi, nie zapomniałem też o umyciu umywalki i przepłukaniu prysznica. Brudne rzeczy wrzuciłem do kosza na pranie, a sam poszedłem i padłem na łóżko. Czułem jej zapach. Szlag mnie trafiał. Wierciłem się po łóżku, za nic w świecie nie mogłem zasnąć. Zacząłem rozmyślać. Z upływem czasu człowiek widzi swoje błędy jak na dłoni. Lulu miała pełne prawo do tego by wyjść, a ja głupi powinienem iść za nią, tyle że nie leży to w mojej naturze, raczej nie jestem z tych co lubią troszczyć się o innych.. Choćby dlatego, że o mnie nikt nigdy nie troszczył się, ani nie walczył. Zawsze byłem traktowany jak śmieć. Natłok myśli spowodował w mojej głowie zamęt, który przyprawił mnie o większe zmęczenie. Z trudem przekręcając się na drugi bok zamknąłem oczy by spróbować usnąć. Trochę tak leżałem, nawet nie wiem kiedy odpłynąłem. Przebudziłem się w nocy zalany potem, łapiąc bolesny łyk powietrza. Nie wiedziałem co się stało, poczułem kropelki potu na moim czole, nie mam pojęcia czy coś mi się śniło czy co... Spojrzałem na zegarek. Dochodziła piąta. Nie było mowy o tym żebym usnął. Wstałem więc z łóżka. Stwierdziłem, że się od bandażuje. Wraz z gazą odrywały się strupki powstałe ze skrzepniętej krwi. Przemyłem je lekko zostawiając lekko wilgotne, na moment i za chwilę przecierając dokładnie papierem by je osuszyć, ta metoda sprawdziła się idealnie, krew już nie leciała. Stwierdziłem, że czas się ubrać. Założyłem spodnie, skarpetki, bluzę, narzuciłem też skórzaną kurtkę. Wziąłem nieodłączną część mnie, tak chodzi o szlugi. Wyszedłem z pokoju i od razu pokierowałem się do wyjścia. Gdy tylko znalazłem się za drzwiami odpaliłem papierosa. Nie wiem co mnie pokusiło, ale zacząłem iść w stronę stajni. Wkoło ani żywej duszy, ale co się tu dziwić w końcu nie ma jeszcze nawet szóstej. Wyrzuciłem kiepa i wszedłem do środka. Spojrzałem w dal korytarza i zobaczyłem ją... Honolulu. Była ubrana w te rzeczy, które miała na sobie dzisiejszej nocy. - Spałaś tutaj? -zapytałem zaskoczony, myślałem raczej że brat po nią przyjechał, albo śpi u jakiejś koleżanki

< Honolulu? ;/ >

11.27.2018

Od Honolulu CD. Thomasa

Tak bardzo chciało mi się spać i tak bardzo padnięta byłam, i tak bardzo bolały mnie nogi, że z wyraźną ulgą przystałam na to, kiedy Tommy zarządził powrót do domu, mimo tego iż bawiłam się naprawdę bardzo dobrze. Nie wiedziałam która jest godzina, ale w tamtej chwili średnio mnie to obchodziło. Marzyłam tylko o tym, żeby położyć się gdzieś i zasnąć. Poza tym alkohol i trawka weszły we mnie chyba troszkę za bardzo. Nie powiem, to było bardzo przyjemne uczucie, kiedy wreszcie przestałam się martwić, było mi bardziej wszystko jedno. Miła odmiana oderwać się od codzienności chociażby na jeden króciuteńki moment. Chyba właśnie dlatego tak lubię imprezy. No i oczywiście dlatego, że mogę potańczyć.

 Zajęłam miejsce pasażera z przodu, podczas gdy Mary i Stiles usadowili się na tylnej kanapie, a wkrótce potem zapadli dosyć głęboki sen. Głęboki na tyle, że z nieznacznie uchylonych ust któregoś z nich wydobywało się ciche pochrapywanie, jednak nie poświęciłam zbytniej uwagi temu zjawisku. Bardziej skupiona byłam na tym, by przypadkiem nie patrzeć na Thomasa, który siedział po mojej lewej stronie. Zauważyłam, że całkiem dobrze prowadzi to swoje śliczniutkie, sportowe autko i uśmiechnęłam się pod nosem, chociaż sama do końca nie wiem dlaczego.  Właśnie z tego powodu wlepiłam nieco rozkojarzone i odrobinę zmęczone spojrzenie w szybę i uporczywie wpatrywałam się w to, co działo się za oknem. Zaczęło padać, a mnie przemknęło przez myśl, że powinnam zwrócić chłopakowi uwagę, że nie powinniśmy jechać tak szybko. Mimo wszystko milczałam, jakby cała moja odwaga w jednej chwili gdzieś się ulotniła.  Chłopak położył dłoń na moim udzie, nie zaprotestowałam w żaden sposób, w sumie nie było to coś nieprzyjemnego. Spojrzałam na niego i nasze spojrzenia skrzyżowały się na moment. Chciał odwieźć mnie do domu, ale ja zaproponowałam, że najpierw powinniśmy zająć się pozostałymi pasażerami, którzy już pozasypiali na dobre.
 W akademiku szybko uporaliśmy się z odstawieniem Stilesa i Mary do ich pokojów, chociaż największy problem sprawiło wydobycie od tych dwojga lekko podchmielonych ludzi, w którym pokoju mieszkają. Po drodze oboje zataczali się lekko i, gdyby Thomas cały czas nie pozwolił im się na sobie podeprzeć, pewnie poprzewracaliby się, robiąc przy tym większy hałas niż obecnie. Byłam wykończona. Oparłam się o futrynę, stojąc w drzwiach pokoju Tommy'ego.
 - W sumie jebać. - odpowiedziałam gdy zapytał czy odwieźć mnie do domu - Daniel i tak nie przejął się zbyt mocno, gdy ostatniou ciebie spałam. - dodałam, otwierając drzwi, tym samym przedzierając się do szaro-beżowego pokoju. Na twarzy Thomasa wymalował się wyraz niemego pytania, kiedy wspomniałam o bracie, ale tylko ściągnął usta w wąską linię i powstrzymał się od zapytania.
 Kiedy stanęłam na grafitowym dywanie praktycznie od razu zrzuciłam kurtkę, od której zrobiło mi się niemiłosiernie gorąco, po czym zdjęłam buty, które po tylu godzinach stały się bardzo niewygodne i obtarły mi stopy w kilku miejscach. Poczułam jak miękki jest dywan pod moimi nogami, moje zmysły były dziwnie wyostrzone, co było zastanawiające. Zamyśliłam się na chwilę.
 - Czekasz na zbawienie? - zażartował chłopak, a w odpowiedzi tylko się do niego uśmiechnęłam.
 Podszedł do mnie, a ja poczułam jego ciepłe dłonie na mojej talii, pozwoliłam mu na to, spodziewając się tego co może się za chwilę stać. I miałam rację, Tommy niedługo odwlekał pocałunek. Jego ręce zaczęły powoli zjeżdżać trochę niżej, w końcu złapał mnie za pośladki i podniósł. Nie zastanawiając się nawet nad tym, co robię, owinęłam nogi wokół bioder chłopaka, który zaczął kierować się w stronę wielkiego łóżka. Już po chwili leżałam na miękkiej pościeli, a Thomas znajdował się tuż nade mną, uniósł moje ręce ku górze i pozbył się mojej bluzki, po czym rzucił ją gdzieś w kąt. Podobało mi się to bardziej niżbym tego chciała. Nie protestowałam kiedy składał na mojej szyi delikatne pocałunki, pod wpływem przyjemności moje powieki samoistnie opadły,  a ja nawet nie wiedziałam kiedy. Nie kazałam mu przestać kiedy powoli schodził niżej z pocałunkami. Czułam jego usta na moim obojczyku i nie zdołałam się powstrzymać od cichego westchnienia, kiedy robił mi malinkę. Chyba właśnie to nakręciło go jeszcze bardziej. Jego dłoń zaczęła błądzić po moim ciele, czułam jak delikatnie gładzi moją skórę, jak jego palce ostrożnie dotykają jej w miejscach, gdzie brzytwa przeorała mi skórę. Kiedy jego dłoń zawędrowała zbyt nisko wzdrygnęłam się lekko, to było dla mnie za dużo, nie chciałam więcej, ani nie byłam gotowa. W tym momencie ten dotyk przypomniał mi inny, nie tak przyjemny, pozbawiony jakiejkolwiek czułości. Nie chciałam tego. Nie tak, nie teraz.
 - Przestań. - powiedziałam nagle, wciąż z zamkniętymi oczami. Przestał, mimo tego wciąż był bardzo blisko mnie, tak jakby tylko czekał, aż powiem każę mu kontynuować. - Nie chcę.
Thomas uniósł się na łokciach, tak że jego twarz była teraz kilka milimetrów nad moją, dalej nie podniosłam powiek, jednak czułam jak blisko mnie jest. Jego ciało delikatnie napierało na moje.
 - Jak to nie chcesz? - zapytał, z tonu jego głosu mogłam odczytać, że był lekko zagniewany. Tak jakby teraz stawiał mi wymagania.
Otworzyłam oczy i spojrzałam w te jego. Granatowe, w których teraz mogłam dostrzec zawód, ale i gniew.
 - Po prostu. - odparłam wciąż patrząc w jego oczy, nieskrępowana niczym. Ani nim, ani sytuacją, w której się znaleźliśmy.
Chłopak prychnął rozeźlony, a ja zauważyłam, że rysy jego twarzy wyostrzyły się nieznacznie pod wpływem złości.
 - Wiesz co, mogłabyś się zdecydować czego chcesz. - prawie na mnie warknął, a ja nie do końca wiedziałam o co mu chodzi. Przecież niczego mu nie obiecywałam.
 - Przynajmniej wiem czego nie chcę. -  powiedziałam spokojnie - A ty wiesz, czego chcesz? - zapytałam
 - Najwyraźniej. - i najwyraźniej był również na mnie wściekły.
 - Chyba nie mam co liczyć na transport, a tym bardziej nocleg. - prychnęłam, bezczelnie wpatrując się w jego granatowe oczy, które przybrały wściekły wyraz i bezczelnie musnęłam jego wargi swoimi, w przelotnym pocałunku - Dobranoc.
Zebrałam swoje rzeczy, ubrałam się szybko i włożyłam niewygodne buty, po czym zniknęłam za drzwiami, zamykając je z cichym trzaskiem.
Tommy?
nie zabijaj za długość, jakość i oczekiwanie, błagam i przepraszam