11.11.2018

od Liliane cd Hache

Drzwi białego Jaguara XJL zatrzasnęły się głucho, gdy z niego wysiadłam. Schowałam kluczyki i puszkę nieotwartej Coca Coli do torebki, zakładając okulary przeciwsłoneczne na nos. Było już po treningu, a w planach miałam jeszcze przejażdżkę po terenie nieopodal. Dopiero co wróciłam od Baileya,
mężczyzny, króry zajmował się sprowadzaniem moich samochodów z Francji. Był to zabieg długotrwały i kosztowny, ale warty zachodu, choćby dla samego widoku maszyn na podjeździe. To było coś, co lubiłam najbardziej,
zaraz po jeździe konnej, a oba wiązały się z ryzykiem, mniejszym lub większym, ale wciąż ryzykiem. Poszłam od razu do siodlarni, w której także szybko się przebrałam w bryczesy, obcisłą, elastyczną bluzkę, skórzane sztyblety i sztylpy. Przeleciałam miękką szczotką sierść Macabre, była czysta. Upewniłam się, że nic nie zalega w jej kopytach, po czym je posmarowałam, zabierając się do siodłania. Nie było to nic męczącego, o ile klacz stała w miejscu - a nie stała. Uporczywie uciekała przed moją ręką, wyginając się na prawo i lewo, a po kilkunastu minutach zaczął mnie trafiać szlag. Gorszy dzień nie upoważniał jej do takiego zachowania, a ja miałam zamiar jej to dzisiaj pokazać. Rozprężenie trwało długo i namiętnie, dopóki nie zaczęła się porządnie wyginać. Kiedy widziałam postępy, jej wyraźne skupienie na danym elemencie jazdy i zapieniony pysk, przeszłam do głównego elementu - gimnastyki. Drągi, kawaletki i różne kombinacje niskich przeszkód wymagały od niej dokładności i skoncentrowania, z czym klacz miała dzisiaj ogromne problemy. Uciekała przed łydką, chwilami nie miałam nawet pomysłu jak mogłabym ją prawidłowo ujechać, tak, aby była zamknięta, zebrana i zgięta. Ćwiczyłyśmy na dużym kole, robiąc zmiany kierunku i skacząc niskie stacjonaty na skok - wyskok, niepoprzedzane wskazówką. Zaczęła współpracować po niepełnej godzinie, gdy pot lał się z niej litrami, a piana z pyska rozchlapywała na boki przy każdym możliwym ruchu łba, ale i ona, i ja byłyśmy zadowolone, chociaż wykończone. Po długim,
żwawym stępie na długiej wodzy i poluzowanym popręgu Macabre została przeze mnie zatarta, zamyta i wypuszczona na padok. Usiadłam na podłodze, szczepiając w jedno porozwalane dookoła ochraniacze, a następnie wkładając szczotki do skrzynki, uprzednio czyszcząc je z końskiego włosia. Zatarłam rękoma policzki, czując jak bardzo pieką mnie rumieńce, a w tym samym czasie do stajni wszedł mój (nie)przyjaciel, Hache. Mruknęłam powitanie, błagając w myślach, aby tylko nie zaczął uskuteczniać swojej misji sprzed kilku dni, jaką było denerwowanie mnie całym duchem i ciałem. Odpięłam popręg, zarzucając go na skórzane, błyszczące głęboką czernią siodło, czaprak wywiesiłam na zewnątrz do wyschnięcia, a ogłowie odwiesiłam, myjąc wcześniej wędzidło. Kiedy wróciłam do stajni, pierwsze co rzuciło mi się w oczy, to koń Hache w spokoju przeżuwający moją ulubioną derkę Macabre. Ze złością rzuciłam się w jego kierunku, natychmiastowo ją wyrywając, ale niewiele z niej pozostało, jedyną niezjedzoną rzeczą były rzepy i metalowe wykończenia zapięć. Rzuciłam materiałem o ziemię, sfrustrowana, a w tym samym momencie do środka wkroczył Hache.
– Ty! – krzyknęłam, wskazując na niego palcem. – choćbyś mi miał ją uszyć od nowa,
to zrobisz to! – wskazałam na strzępki materiału, a on popatrzył na mnie w niezrozumieniu. – twoja krowa zjadła moją najdroższą, ulubioną derkę!

<Hache?> 

Od Thomas'a Cd. Alex

Po powrocie do pokoju prawie w ogóle nie zmrużyłem oka. Patrzyłem na zmieniającą się aurę za oknem. Wzeszło słońce. Trochę zmęczony nieprzespaną nocą podniosłem się z wyrka. Ubrałem się w siwe dresy i czarny t-shirt, założyłem do tego zwykłe czarne trampki. Wiedziałem, że na dworze piździ ale nie wziąłem ze sobą kurtki. Złapałem natomiast do kieszeni paczkę papierosów i zapalniczkę. Wyszedłem z pokoju i od razu pokierowałem się do drzwi wyjściowych. Stwierdziłem, że nie będę palił w samych drzwiach, tylko się trochę przejdę. Szedłem wzdłuż drogi prowadzącej do bramy wyjazdowej w poszukiwaniu idealnej ławki. W pewnym momencie moim oczom ukazała się Alex.
- Ranny ptaszek z Ciebie. -powiedziałem pierwsze co przyszło mi na myśl
- Mogę to samo powiedzieć o Tobie. -odpowiedziała dziewczyna
- Mogę się przysiąść? -spytałem wskazując na ławkę
Dziewczyna się zgodziła. Gdy tylko usiadłem wyciągnąłem paczkę fajek. Zacząłem szperać w kieszeni za zapalniczką. Byłem pewien, że ją wkładałem. Szlag! Musiała mi po drodze gdzieś wylecieć.
- Masz może ogień? -zapytałem
- Tak powiedziała dziewczyna wyciągając zapalniczkę z kieszeni
Chciałem wziąć ją do ręki, ale w tym momencie zabrała ją - Odpalę Ci -powiedziała
- Mam być twoją dziwką? -zapytałem delikatnie się uśmiechając po czym wsadziłem papierosa do buzi i nachyliłem się ku dziewczynie. Ta zwinnie odpaliła mi papierosa i powiedziała - Już jesteś. -po czym się zaśmiała
Siedzieliśmy chwilę w milczeniu. Tora, pies Alex biegała dookoła nas, w pewnym momencie położyła się pod nogami Alex. - Co mała idziemy już? -zapytała psa po czym podniosła się
- Siedź, bo mi zimno zrobiłaś! -burknąłem pocierając ręką ramie
- Trzeba się było ubrać. -odpowiedziała dziewczyna odwracając się na pięcie, poklepała się w udo tym samym przywołując psa i poszła. Posiedziałem jeszcze chwilę na dworze. Ale ile można, nie miałem nawet pieprzonej zapalniczki. Słońce zaczęło mnie mocno razić więc stwierdziłem, że wracam, bo pewnie niedługo wszyscy się pobudzą i zrobi się tutaj dość tłocznie. Wszedłem do akademika. Położyłem się na łóżku i w tym momencie zadzwonił kurator. Zaczął gadać mi różne farmazony i powiedział jak to on jest bardzo zawiedziony tym, że nie chodzę na zajęcia. Ja pierdole. Może i faktycznie powinienem chodzić, ale absolutnie mi się nie chce. Po skończonej rozmowie rzuciłem telefon na półkę nocną, poleżałem chwilę i jakoś mnie tak natchnęło, żeby spojrzeć na plan.
Piątek, piątek... O. Tu jest. Sprawdziłem zajęcia, które zaczynały się o ósmej - Trening Ujeżdżania. Spojrzałem na zegarek, dochodziła siódma piętnaście. Mam jeszcze sporo czasu. Oczywiście wykorzystałem go bardzo produktywnie, leżąc. Za dziesięć ósma zwlekłem się z łóżka i mozolnym krokiem udałem się do stajni.
- O patrzcie państwo, kto to się zjawił! -usłyszałem głos, zapewne instruktora
Oczy wszystkich skierowały się na mnie
- Uważajcie bo wam gały wylecą. -burknąłem po czym podszedłem do instruktora. Był ode mnie o głowę niższy, stanąłem przed nim i zapytałem - Co mam zrobić?
- Zacznij może od wyczyszczenia konia. -powiedział
- Widzę, że bardzo się pan interesuje swoimi uczniami. -powiedziałem
- Co to ma znaczyć?! -wrzasnął instruktor
- Nie mam konia. -odpowiedziałem najzwyczajniej w świecie
- No dobrze, zaraz Ci jakiegoś przydzielę. Ale jeździłeś już, no nie? -upewniał się
- Nie. -odpowiedziałem, mina instruktora była bezcenna
Trochę się pokorzątał, jeszcze coś pomemrał i zaprowadził mnie pod boks z tabliczką Hera. Pokazał mi, a właściwie wyczyścił i osiodłał ją za mnie. Po czym kazał mi wyprowadzić klacz i dołączyć do grupy. Kobyła stanęła w progu i nie chciała iść dalej
- No rusz się głupia szkapo!! -wrzasnąłem
Chyba dotarło to do klaczy, bo jak ręką odjął, zaczęła iść krok w krok za mną. Dołączyliśmy do grupy. Instruktor coś tam poopowiadał. Zjebał mnie przy wszystkich, że to ja się muszę dostosować do umiejętności grupy, a nie oni do mnie i że nikt nie będzie za mną czekał. No po prostu zajebiście. Wymarzona jazda. Nic nie łapałem. Właściwie wiedziałem o co chodzi instruktorowi, ale nie potrafiłem tego zrobić. Czułem się jak klaun. Ludzie ogarniali już praktycznie wszystko, a mnie gdy udało się zakłusować to był jakiś cud. Stwierdziłem, że mam dosyć wrażeń. Podjechałem do bramy oznajmiłem instruktorowi, że nie spadam, a ten, żebym zostawił konia, a on go odprowadzi. W sumie spoko, problem z głowy. Poszedłem w stronę akademika, po drodze odłożyłem ten beznadziejny kask zwany toczkiem do siodlarni. W drzwiach wpadła na mnie Alex. 
- Gdzie Ci się tak śpieszy? -zapytałem łapiąc ją i podtrzymując przed upadkiem
- Właśnie Cię szukałam. -powiedziała
- No to jestem, co tam?

<Alex? >

Od Rekera cd. Irmy

Odkąd Irma opuściła naszą akademię minął porządny miesiąc. Wszyscy nauczyciele jak zwykle musieli się o to wściekać i zasypywać nas ciężkimi pracami fizycznymi, przez które moje serce zachowywało się dość dziwnie. Delikatne poszczypywanie z dzieciństwa, zamieniło się w ostre, kilkuminutowe bóle, których nie dało się pozbyć za pomocą leków, które kiedyś były moją codziennością. Oczywiście nie mówiłem tego swojemu wychowawcy... Zapewne gdybym mu to zakomunikował to wywaliłby mnie od razu z akademii, a mój ojciec nie wypuszczałby mnie w ogóle z domu. Zabrałby mi konie, a tym samym całe moje życie, bo przecież przez najmniejszy wysiłek mogę mu umrzeć. Już to kiedyś z nim przerabiałem i wierzcie mi lub nie, ale kolorowo wtedy nawet w najmniejszym stopniu nie było. Nikt oprócz Jay'a się nie dowie... Będzie dobrze - pocieszałem się, leżąc w ciepłym łóżku pełnym kolorowych poduszek. Jak zawsze o godzinie szesnastej, potrzebowałem chwili odpoczynku. Treningi zakończone, lekcje z francuskiego odrobione, żyć nie umierać normalnie. Byłem już bliski zaśnięciu, kiedy mój umysł natychmiastowo został rozbudzony głośnym pukaniem do drzwi. Nie wiedząc kto to może być, rzuciłem w jego stronę niedbałym "proszę", a następnie przewróciłem się na prawy bok, aby mu się uważnie przyjrzeć. Był to wysoki mężczyzna, odziany w lekarski fartuch. Nie wiedząc zbytnio co mam o tym sądzić, postanowiłem zbadać sprawę mocniej niż zwykle.
- Kim pan jest? - zapytałem, zmuszając swoje ciało do siadu - Na terenie akademika mogą przebywać tylko uczniowie - dodałem z mruknięciem, aby wywrzeć na nim lekką niepewność.
- Nazywam się doktor Lambert... Miałem zbadać całą drużynę jadącą jutro na zawody, ale się nie pojawiłeś więc przekierowano mnie tutaj - wyjaśnił drętwo, stawiając torbę pełną medycznych przyrządów, na lśniącej czystością podłodze. Cóż, lubiłem utrzymywać porządek w swoim pokoju, ale czasami strasznie z tym przesadzałem.
- To mogli po mnie przyjść... Muszę się badać? - westchnąłem z niechęcią, zasłaniając swój brzuch rękami - Jestem zdrowy - starałem się go zniechęcić, lecz blondyn był strasznie nieugięty - Przecież mam podpisane oświadczenie od lekarza sportowego na cztery lata... - upierałem się dalej, kiedy ten wyciągał z torby swój stetoskop. Nie chciałem, aby mnie dotykał. Nie tyle co mnie to brzydziło, ale sam fakt, że może wykryć jakieś nieprawidłowości w moim zdrowiu strasznie mnie przerażał.
- Spokojnie, to nie gryzie... Zmierzę ci tylko ciśnienie, osłucham serce, płuca, sprawdzę czy nie masz gorączki i zajrzę cię w gardło. Żadnych igieł, żadnego bicia. Odwagi - poklepał mnie po ramieniu, próbując tym samym nieco rozchmurzyć - Ściągaj bluzkę i miejmy to już za sobą.
- Byle szybko, chce jeszcze dzisiaj trochę odpocząć - mówiąc to, pozbawiłem się z trudem górnej części swojego ubioru, co było bezpośrednim sygnałem do rozpoczęcia badania. Na pierwszy strzał poszło moje ciśnienie, które chwała Bogu było w porządku. Sądząc już, że nie będzie aż tak źle, postanowiłem się nieco zrelaksować, lecz widząc minę doktorka, który aktualnie badał moją życiową pompę, zaczynałem się domyślać, iż coś zwęszył.
- Boli cię ostatnio serce? - zmienił położenie zimnego stetoskopu na moich plecach.
- Nie - skłamałem otwarcie, wpatrując się w czarną kołdrę - Nigdy nie bolało.
- Doprawdy? - uniósł jedną brew ku górze - Słyszę coś innego... Strasznie nierówno pracuje więc pewnie ciągle cię kuje. Wybacz, ale muszę cię odsunąć z zawodów - rzekł spokojnie, zaczynając się pakować.
- Nie! Nie może pan - zareagowałem natychmiastowo - Niech pan nic nie podpisuje i nikomu nic nie mówi... To zniszczy moją karierę - próbowałem ubłagać go słownie, co wywołało u mnie podwójny stres.
- Nie mogę - uparł się, chcąc już wyjść i powiadomić o wszystkim pana Pola oraz właścicieli tego miejsca, od których w sumie zależał też tutaj mój pobyt. Jeśli nie mógłbym jeździć, zapewne od razu kazaliby mi spakować swoje manatki i się stąd wynosić.
- A co jeśli panu zapłacę?
⤱⤱⤱⤱⤱
Następnego dnia na zawodach zawitaliśmy już koło ósmej rano. Wczorajsza rozmowa z panem Lambertem kosztowała mnie przeszło trzy tysiące dolarów, ale czego się nie zrobi, aby być szczęśliwym? Przynajmniej będę miał spokój do następnej kontroli, do której przyślą jak zwykle innego lekarza, żeby nikt się z nikim nie spoufalał. Starając się o tym nie myśleć, skupiłem się na nowo na czyszczeniu gniadego ogiera, który z nudów zaczął wyciągać zęby w stronę swojego przyjaciela.
- Resident nie wolno - uderzyłem go delikatnie w lewą łopatkę, zwracając tym samym jego uwagę na siebie - Zaraz ja cię ugryzę i zobaczysz - burknąłem, uważając, aby nie ubrudzić świeżo wypastowanych butów. W zawodach brało udział wiele słabych akademii, dlatego nie czułem się jakoś zagrożony przegraną. Warto było też zaznaczyć, że można było brać udział w wielu kategoriach składających się na klasę LL, L, P czy też N. Jak szło się domyślić, ja oczywiście brałem udział w tej najwyższej, aby nie marnować skoczka na marnych 90 centymetrach.
- Wiesz, że jest tutaj Irma? - zagaił nagle Jay, który nie miał zamiaru brać udziału w dzisiejszych zmaganiach - Przeniosła się do tego śmiesznego Ecole Montage i się teraz puszy, jaka to ona nie jest świetna - przewrócił oczami, stojąc ciągle w wejściu do stajni przeznaczonej dla koni przejezdnych.
- Nie obchodzi mnie żadna Irma - odpowiedziałem mu, nie ukrywając grymasu na twarzy - Jak chce jeździć to nich jeździ, niczego gówniarze nie zabronisz - zabrałem się za zaplatanie koreczków na sztywnej grzywie swojego podopiecznego, aby go czymś zająć, postanowiłem podarować mu spory kawałek marchwi, który z chęcią zaczął pałaszować - Nie z naszej winy postanowiła uciec jak pies z podkulonym ogonem. 
- Niby racja, ale nie powinieneś tak o niej mówić. Nic ci takiego nie zrobiła - podrapał się po głowie w dość dziwaczny sposób.
- Może i nie, ale mam ją gdzieś. Dopóki nie włazi mi w drogę jest dobrze - wziąłem do ręki cienką gumkę, która umożliwiła mi zakończenie pierwszego, zgrabnego warkoczyka - Możemy potem zobaczyć jak to czupiradło jeździ, ale sukcesu jej nie przewiduje.
- To się jeszcze zobaczy. Szykuj szybciej tą kobyłę, bo raz zaczyna - pogonił mnie ruchem ręki, co jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. Nie odpowiadając nic na jego kwestię, zabrałem się za resztę grzywy Residenta, uważając, aby nie pomylić kolejności zaplatania "nici". Koń był gotowy do występu już po dziesięciu minutach. Pełny, wypolerowany rząd skokowy błyszczał na nim niczym gwiazdy występujące na mrocznym niebie. Znajdując sobie jakąś osobę, z którą mogę zostawić tego jełopa, wyruszyłem wraz z Jay'em w stronę płotu okalającego całe to zbiegowisko. Jak się okazało, przejazd Irmy zaczął się chwilę temu, dlatego nie straciliśmy zbyt wielu wrażeń.
- Źle składa nogi - mruknąłem pod nosem widząc, jak długie nogi jej koniska mijają pierwszą stacjonatę - Jak tak będzie po siodle latać to pocałuje ziemie prędzej niż sądziłem - odwróciłem chwilowo wzrok od parkuru, co skończyło się dla mnie bolesnym uderzeniem w kark.
- Długo jeszcze będziesz kłapał tym dziobem? - warknęła nieznajoma postać, wyższego ode mnie chłopaka - Odczep się od tej dziewczyny, bo nic ci nie zrobiła... A może ci tak ciężko, bo odeszła z waszej akademii i dołączyła do nas? - ciągnął dalej temat, chytrze się przy tym uśmiechając.
- Uspokój się człowieku... Nawet nie wiem kim ty do cholery jesteś - zacząłem rozmasowywać bolące miejsce - Irma to tylko koleżanka i przeciwniczka, nic do niej nie mam - przyznałem otwarcie, wpatrując się hardo w jego błękitne oczy.
- To przestań ją dogryzać i ranić... - fuknął bez zawahania - Nawet nie wiesz jak jej ciężko przez takich jak ty.
- Tiaaa... Możesz łaskawie się zamknąć? Nie mogę przez twój jazgot się skupić - skrzyżowałem ręce na piersi, aby pokazać mu, że się go w żadnym stopniu nie boję. Miałem już coś dodawać, ale w tym samym momencie zaatakował mnie kolejny ból serca. Kiedy nabierałam powietrza do płuc, czułem nieprzyjemne kłucie w środkowej partii klatki piersiowej, przez co mój oddech starał się coraz to bardziej płytszy.
- Co dzieciaku? Nic nie powiesz?

Irma? ;3

Wystarczy jedna osoba, by ożyło pustkowie, i wystarczy jej brak, aby wielkie miasto wydało się puste.

Imię i nazwisko: Sofia Burbon 
Wiek: 19 lat
Płeć: Kobieta 
Ranga: Intermédiaire
Grupa: II
Imię konia: Pepito 
Pokój: 6
Charakter: Sofia stara się za wszelką cenę ukryć swoje pochodzenie. Udaje, że jest zwykłą nastolatką. Jednak nie zawsze jej to wychodzi. Nadzwyczaj kulturalna czasami. Zamknięta w sobie cicha myszka która czyta dużo książek w samotności. Boi się wyjść do ludzi, gdyż pierwszy raz tak naprawdę opuściła swój dom. Często się uśmiecha jednak jest małomówna. Ciężko jest jej się przełamać, chyba, że zaczniesz rozmowę wzbudzisz jej sympatię. Zdajesz sobie sprawę z jak inteligentną osobą jest. bardzo wrażliwa, łatwo ją zranić. Jest naiwna łatwo można ją do siebie zrazić. Raczej nie należy do osób które lubią kłótnie unika ich ale, ma swoje zdanie. jest uparta i bardzo ambitna. Nigdy się nie poddaje, stara się osiągnąć swój cel. Nie wywyższa się jest spokojna i opanowana.Szczera czasami jej słowa mogą ranić, jednak za pewne jest to nieświadome działanie. To osoba o dobrym sercu i wspaniałej osobowości. Marzy o prawdziwej miłości, jest romantyczką, często odpływa myślami gdzieś bardzo daleko. Boi się zranić i zostać zranioną. Jedno jest pewne trzeba ją poznać i dać siebie poznać.. Potrzebuje osoby która pokarze jej jakie jest życie osób w jej wieku. 
Aparycja: Sofia to piękna młoda kobieta, ma jasną karnację. Duże niebieskie oczy i pełne usta lekko podkreślone pomadką. jej twarz jest delikatna nieco dziecinniejsza niż u innych dziewczyn w jej wieku.Jednak ona uważa to za atut gdyż nie widać po niej wieku, a to zapunktuje późniejszych latach. Ma długie jasne falowane włosy, zawsze zadbane. Wydaje się taka delikatna i krucha ma 170 cm wzrostu, talia osy zgrabny tyłek i oczywiście biust którym nie chwali się na prawo i lewo.
Historia: Sofia urodziła się w Madrycie, mieszkała tam wraz ze swoimi rodzicami w wielkim domu. Miała zawsze zaplanowany cały dzień od rana do wieczora. Najprzeróżniejsze indywidualne lekcje, po spotkania i bankiety i spotkania biznesowe rodziców. Gdy miała pięć lat na świat przyszła jej młodsza siostra Eleonora. W końcu zaczęto poświęcać więcej uwagi małemu dziecku i Sofia miała więcej czasu na wybryki. Jednak szubko utemperowano jej zapędy do łobuzowania i musiała znowu uczyć uczyć i uczyć się. W wieku swoich 18 urodzin zbuntowana księżniczka pokłóciła się ze swoimi rodzicami i oświadczyła wyjazd ze stolicy. Został jej postawiony warunek na który przystała. Oddanie młodszej siostrze tronu, jednak wcale jej to nie zasmuciło w końcu poczuła się wolna. Zapakowała tylko pepito do ciężarówki i wraz z jednym z służących przyjechała tutaj.
Rodzina: 
Mama: Letycja Ortiz Rocasolano po ślubie Burbon - Królowa Hiszpanii z dynastii Burbonów. - Miła, troskliwa kochająca matka, stawiająca ogromny nacisk na kulturę osobistą. Najlepsza i jedyna przyjaciółka Sofii
Ojciec: Filip VI Burbon -Król Hiszpanii z dynastii Burbonów.- Dobry, mądry sprawiedliwy władca i za razem kochający jednakże surowy i wymagający ojciec
Siostra: Eleonora Burbon - Księżna Asturii - Jako młodsza siostra jest bardzo irytująca, ale pomimo jej wścibskości, zarozumiałości, narcyzmu to i tak Sofia ją kocha. Wie, że małolacie poprzewracało się w głowie na wieść, że to ona jest następczynią tronu.
Dziadek: Juan Carlos I - Miły, sympatyczny i kochający dziadek to on zabierał Sofii na konie gdy była mała i podarował jej Pepito.
Babcia: Zofia Glücksburg - Zawsze serdeczna, kulturalna i cierpliwa osoba.rozpieszcza swoje wnuczki jak tylko najlepiej potrafi.
Orientacja seksualna: Heteroseksualna
Partner: Nigdy nie miała, szuka nie księcia na białym koniu a dobrego mężczyzny, nie ma dla niej znaczenia wygląd, tylko aby miał dobre serce.
Inne: 
- Ma kota rasy Maine Coon imieniem Gracia. 
- Jej auto to Porsche.
- Po mimo, że pochodzi z rodziny królewskiej to jej siostra jest księżniczką, ona zaś tylko Infantką dzieckiem królewskim nie będącym następczynią tronu. Otóż wyzbyła się tej możliwości opuszczając Madryt.
- Świetnie tańczy. 
- Umie grać na fortepianie. gitarze, skrzypcach.
- Pięknie śpiewa.
Właściciel: Syßir

Imię: Pepito 
Rasa: Koń Czystej krwi Arabskiej
Wiek: 6 lat
Płeć: Ogier
Charakter: Pepito jest przyjacielskim koniem w stosunku do ludzi. Grzeczny i posłuszny, kiedy pracuje pod siodłem "przestaje być ogierem" jest ambitny i bardzo skupiony na swoim zadaniu. Odważnym koniem niemal nic nie robi na nim wrażenia poza reklamówką to jest zjadacz koni. bezproblemowy przy zabiegach pielęgnacyjnych. Dla innych koni jest nieco mniej przyjazny, gdyż często zdarza mu się kopać lub gryźć. Jest dominujący w stadzie, ale uważa na siebie, jeśli nie ma szans to się po prostu nie pcha do innych koni.
Dyscyplina: Skoki i Cross.
Należy do: Sofia Burbon.

Od Irmy cd. Rekera

Zdenerwowało mnie to że nie mogłam sobie spokojnie poćwiczyć. Czy na prawdę to że jestem biedna oznacza to, że przez wszystkimi muszę się płaszczyć i się zwijać? To ja byłam pierwsza na hali, a nie on! Zaczynałam się coraz gorzej tutaj czuć... Nikt mnie nie lubił, ciągłe kpiny ze mnie i wyśmiewanie, na treningach mi nie szło, co równało się z jeszcze większą kpiną innych kolegów z grupy, a mnie było coraz bardziej przykro. Gdzie bym nie poszła, to ciągle mnie wszyscy gnoją i gonią! Nawet na głupim korytarzu mi podstawiają haki bym lepiej się na nich zabiła... Zbyt mnie to już męczyło i coraz bardziej rozważałam odejście do akademii Ecole Montage. Była to podobna szkoła do tej, lecz znacznie mniejsza. Te dwie szkoły od zawsze ze sobą rywalizowały najbardziej, ale co mnie to niby obchodzi? I tak nie jestem świetnym zawodnikiem i co chwilę robię rożne błędy, nie mówiąc już o tym że odechciewało mi się treningów przez to ciągłe gnębienie mnie. Jeśli chodzi o mój trening, to skończyłam go po piątej przeszkodzie, gdyż mi już całkowicie nie szło, a dobry humor mnie całkowicie opuścił, gdy wtedy zobaczyłam Rekera, który kazał mi grzecznie wypierdalać... Czułam się tu źle i miałam ochotę uciec z tego miejsca jak najszybciej. Jednak postanowiłam że zaczekam z tą decyzją, gdy odbędą się zawody w poniedziałek. To miał być dzień w którym miałam zadecydować czy tu zostaję, czy też odchodzę.
Zrezygnowana całkowicie, postanowiłam się przejechać po terenach akademii spokojnie by chociaż koń nieco ochłonął, no a poza tym, to nie chciało mi się siedzieć w pokoju dwadzieścia cztery godziny na dobę ciągle, bo już po prostu nie wytrzymywała. Jechałam spokojnie stępem i podziwiałam widoki, które były na prawdę przepiękne. To że akademia znajdowała się bardzo daleko od miasta, wyszło tylko na plus, gdyż uczniowie mogli się skupić bardziej na treningach, niż na uciekaniu co po chwilę do miasta, nie mówiąc już o tym iż taka przyroda wokoło człowieka bardzo uspokajała.
♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠♠
Kiedy oporządziłam swojego konia w stajni i dałam mu smakołyk w nagrodę że był grzeczny, zaczęłam wracać do swojego pokoju, będąc zmęczona trzy i pół godzinną przejażdżką po terenach znajdujących się wokoło akademii. Weszłam przez szklane drzwi, a następnie skierowałam się schodami na górę, gdzie oczywiście siedzieli po bokach inni uczniowie w moim wieku, ale było i też parę z tego starszego.
- O patrzcie kogo tu przywiało? Chodzącą beznadzieje - odezwał się jeden z chuliganów, którzy mi dokuczali niemalże ciągle.
- Ta twoja krowa boksie w ogóle umie skakać? - spytał rozbawiony jego kumpel.
- Umie ale potrafi tylko kosić przeszkody na swojej drodze - zaczął rechotać drugi.
Nie chciałam tego słuchać, a przepychanka z nimi na słowa nic by w ogóle nie dała czego byłam pewna. Byłam zupełnie sama, a ich było kilku. Jeszcze by mnie popchnęli czy uderzyli i tyle bym miała z tego... Wchodząc ostrożnie po schodach, starałam się to zrobić jak najszybciej, co mnie niestety zgubiło, gdyż jak zwykle podstawiono mi haka, a ja nie zdążyłam niestety zareagować rękami i przywaliłam twarzą prosto w schody, tracąc przy tym przytomność.
♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣
Budząc się czułam straszy ból głowy w górnej partii nosa. Całe czoło mi pulsowało i czułam się jakbym miała je mocno rozcięte. Powoli odważyłam się otworzyć oczy i w pierwszej chwili oślepiło mnie straszne moce światło, co spowodowało iż znowu zamknęłam oczy. Chwilę odczekałam aż znowu się odważyłam otworzyć oczy, lecz tym razem dużo wolniej, dzięki czemu moje oczy przyzwyczaiły się do panującego w pomieszczeniu ostrego światła. Ku mojemu zdziwieniu ujrzałam nieskazitelnie biały sufit, a po chwili higienistkę pochylającą się nade mną, co sprawiło iż byłam w jeszcze większym szoku.
- Jak się czujesz dziecko? - spytała służbowo bardziej niż zmartwionym głosem. Była to starsza już pielęgniarek naszej akademii i właściwie to już żaden przypadek rozbicia głowy jej nie przerażał. Żyła w zasadzie już takową rutyną i nie za bardzo potrafiła wyczuć dramatyzm sytuacji jak inni.
- Rozsadza mi głowę - mruknęłam niezadowolona z cichym jękiem, łapiąc się ostrożnie za o dziwo zabandażowana głowę.
- To normalne po takim urazie... Masz nie szaleć i nie robić gwałtownych ruchów - powiedziała od niechcenia, siadając na swoim szarym i nieco już przetartym od ciągłego siedzenia na im pot dupku. Wstałam jakoś do pozycji siedzącej, powoli nieco spuszczając nogi i tak siedziałam patrząc nieco w podłogę, której nieco by się przydał mop z odrobiną płynu, chyba że to były takie specjalne kafelki...
- Co się stało? - spytałam szybko.
- Gnojki podstawiły Ci haka i uderzyłaś głową w schody, rozwalając sobie głowę i nieco nos. Trochę krwi się polało ale żyć będziesz jak widać - odparła spokojnie - Oczywiście tamtych surowo ukarano - dodała.
Mnie w tamtej chwili wszystko się przypomniało i nie mogłam uwierzyć że znowu jakieś nieszczęście mnie spotkało. Ciągle coś! Nie no normalnie w tej szkole to ja nigdy nie będę bezpieczna, to jest jakieś chore, tutaj są jakieś same świry! pomyślałam zła i zniesmaczona takim zachowaniem innych uczniów.
- Niby jak ich ukarano? Dostali nakaz sprzątania stajni? To żadna kara i tak nic sobie z tego nie zrobią, nie mówiąc o tym że pewnie się tam ani razu nie pojawią - fuknęłam rozgniewana, gdyż mogli mnie zabić tym podstawieniem haka mi na schodach! Kurwa wystarczyło że bym uderzyła skronią, a już byłabym trupem na tamtym świecie!
- Nie wiem co dostali za karę ale dostali... Idź już odpocząć - odparła bez emocji zapisując coś w kartach, co jeszcze bardziej mnie zdenerwowało, lecz nie miałam zamiaru już z nią rozmawiać i wyszłam pośpiesznie z pomieszczenia, gdzie skierowałam swoje kroki szybko do swojego pokoju, gdzie niemalże od razu zaczęłam się pakować. Miałam już serdecznie dość tego miejsca i nie miałam zamiaru tu zostać ani chwil dłużej! Pośpiesznie zadzwoniłam do swojej opiekunki wszystko jej wyjaśniając i stawiając na swoim że nie mam zamiaru tutaj być dłużej, na szczęście mi uległa i powiedziała że niedługo po mnie przyjedzie. Miałam czekać z tą decyzją do poniedziałku, ale miarka się przebrała...
Nie miałam zamiaru być w miejscu gdzie nauczyciele gówno robią gdy mnie ciągle ktoś dręczy, dając jakieś śmieszne kary, które za grosz nie skutkują! W dodatku bycie pośród tylu zawistnych i bogatych obrzydliwie osób było strasznie uciążliwe, gdyż wszyscy ciągle patrzyli na mnie biedaka z góry, jakbym była jakimś chodzącym gównem, a nie człowiekiem z uczuciami. Kiedy się już spakowałam, pościeliłam jeszcze jedynie łóżko by wszystko było posprzątane, posprawdzałam wszystkie szafki czy aby na pewno niczego nie zapomniałam po czym gdy dostałam od swojej opiekunki sms iż podjechała, wzięłam pierwsze dwie walizki i zaczęłam schodzić na dół po schodach. Smakowałam walizki do bagażnika, wróciłam po ostatnie dwie walizki, oddając kluczyk do recepcji, a następnie bez słowa wyszłam, włożyłam ostatnie dwie, po czym skierowałam się do stajni, gdzie odpowiednio przyszykowałam Touch Downa, a następnie go wyprowadziłam z boksu i wprowadziłam do jego przyczepy która wcale taka mała nie była.
Porządnie zamknęłam przyczepę, po czym pomogłam opiekunce zapakować siodła i inne przybory jeździeckie do samochodu. Kiedy wszystko było już gotowe, ostatni raz spojrzałam na akademię, gdzie dostrzegłam też Rekera w oddali, lecz nie przejmowałam się już nim, więc wsiadłam spokojnie na miejsce pasażera z przodu i tak oto odjechałyśmy, zostawiając akademię daleko za plecami.
♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦♦
Minął miesiąc, a ja już nieco się zadomowiłam w Ecole Montage. Było to zupełnie inne miejsce, lecz przynajmniej nie było tutaj tylu wrednych ludzi jak w przypadku poprzedniej akademii, a dzięki nauczycielom nabrałam nieco pewności siebie, co bardzo mi się przydawało i w życiu, oraz i na parkurze podczas ostrych treningów. Jechaliśmy właśnie z moją nową drużyną na zawody jeździeckie, które też i bardzo reprezentowały akademię, więc wybrano "najlepszych" jeźdźców i co dziwne, i ja się tam znalazłam, wiec jechałam razem z nimi. Na miejscu byliśmy gdzieś około godziny dziewiątej rano, więc nie było jeszcze aż tak dużo ludzi, więc był czas na spokojne rozpakowanie się, wprowadzenie koni do ich tymczasowych boksów, zarejestrowanie się no i na obejrzenie parkuru. Miały być dwa nawroty, co oznaczało że w pierwszej konkurencji liczyło się to kto nie zrzuci poprzeczek, a czas był na drugim miejscu, choć oczywiście nie wolno było przekroczyć normy czasu przejazdowej toru, a w drugim nawrocie startowali wszyscy Ci, co nie zrzucili żadnej przeszkody i liczył się tutaj bardzo szybki przejazd. Wygrywał ten kto szybciej przejechał i na czysto, więc zapowiadało się ciekawie.
Były to moje pierwsze w życiu zawody, więc dobrze się wszystkiemu przyglądałam, przez co czas zleciał mi tak szybko jakby z bicza strzelił i zaczęłam oglądać przejazd już 22 zawodnika na karym koniu Avalon de Rua, po ojcu Turbo Expres, a matce Corason el tora. Muszę przyznać iż to był bardzo dziwny ogier, gdyż niemalże w ogóle nie pracował szyją podczas skoku, co niestety wiązało się z tym iż koń bardzo szybko zakończy swoja karierę, przez wysiadający kręgosłup. Zawodnik jakim był Majk Dallas, prowadził konia bardzo chaotycznie można by rzec, a co najciekawsze gdy był w powietrzu wraz z koniem nad przeszkodą, to dziwnie układał swoje ręce, bo nie były blisko ciała, tylko przeciwnie, co powodowało iż koordynacja w powietrzu nie była najlepsza, przez co koń zrzucił aż pięć drągów.
- To był Majk Dallas na koniu Avalon de Rua z akademii Race Triumf - ogłosił komentator, a ja zaczęłam się szykować na rozprężalni, gdyż niedługo miała być i moja kolej. Trener uważnie mnie obserwował i instruował jak mam odpowiednio rozgrzać wszystkie mięśnie swojego konia, po czym najechałam kilka razy na niewielką przeszkodę, sprawdzając tym samym ile koniowi brakuje do pełnego rozgrzania, ale w końcu mi się udało. Gdy w końcu nadeszła moja kolej, ruszyłam spokojnie na parkur na którym odbywały się zawody, gdzie ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu ujrzałam Rekera z Jay'em przy jednej z białych płotów ogradzających parkur, na którym ja miałam zaraz wystąpić. Postanowiłam jednak na razie nie zaprzątać sobie nimi głowy, gdyż musiałam się dobrze skupić na przejechaniu parkuru. Nowa akademia dodała mi skrzydeł i byłam o wiele bardziej pewna swoich ruchów i czynów, co sprawiło że potrafiłam ryzykować i lepiej oceniałam swoje szanse. Gdy wjechałam na parkur spokojnym kłusem, mijając przy tym poprzedniego zawodnika mogłam usłyszeć znowu głos komentatora.
- Teraz występuje Irma Enderfind na koniu Touch Down z akademii Ecole Montage - zakomunikował - Jedzie na pięknym pięcioletnim koniu holsztyńskim - mówił ciągle, podczas gdy ja rozglądałam się jeszcze uważnie na przeszkody i oceniając niektóre zakręty jak ciasno można je później ewentualnie zrobić by pojechać szybciej, co jak najbardziej było dozwolone - Ogier po ojcu Balue di rue, a matce Rose de prince, więc jest tu duża dolewka krwi z europejskich hodowli - powiedział jeszcze, a ja ukłoniłam się lekko jurorom, dając im tym samym znak że jestem gotowa na przejazd. Skinęli na to lekko głowami, po czym usłyszałam dzwonek startu, dzięki czemu na trybunach zrobiło się cicho jak makiem zasiał, a ja zaczęłam rozpędzać konia do lekkiego galopu, kierując go na pierwszą przeszkodę jaką była stacjonata.

< Reker? ;3 jak tam bez niej? xdd Oglądacie jej przejazd? xdd Ona wróci spokojnie pan Pol ją przekona jakoś xdd >

11.10.2018

Od Rekera cd. Irmy

Obudziłem się dopiero nad ranem i jak na nieszczęście nie był to oczywiście mój pokój, tylko ciasna klitka pielęgniarki. Kiedy z dość dużym trudem podniosłem się do siadu, rozmasowałem pulsującą bólem głowę, która przypominała mi balona z zbyt dużą ilością helu, co mogło spowodować jego pęknięcie. Zapominając chwilowo o tym, co stało się wczorajszego dnia, postanowiłem poczłapać się do swojego pokoju, który o zgrozo był zamknięty na klucz! No tak, skoro nie było piguły to musieli pozbawić mnie mojego azylu - pomyślałem ponuro, wlepiając wzrok w swoje opatrzone bandażem dłonie. Czyżby przez to wczorajszej nocy zrobiło mi się słabo? Prawie rozwaliłem sobie łeb przez głupiego lisa? Normalnie śmiechu warte. Zapewne stałbym tak przez całą wieczność, gdyby nie przestraszony Jay, który na mój widok zaczął mnie od razu tarmosić jakbym był jakimś worem pełnym ziemniaków.
- Ty głupku! Wiesz, że mogłeś od tego pogryzienia wścieklizny dostać?! Czemu mi nie powiedziałeś od razu?! Jakbyś przysolił mocniej tym łbem to byś się zabił albo sobie go rozbił! - niemal krzyczał pod wpływem emocji, próbując tym samym wywrzeć na mnie ogromne poczucie winy. Nie wiedząc za bardzo co mu na to wszystko odpowiedzieć, oparłem się plecami o ścianę, po której w spokojnym tempie opuściłem się na podłogę.
- Ale na swoje nieszczęście żyję więc nie panikuj - mruknąłem, trzymając się za brzuch - Coś się specjalnego działo kiedy byłem nieprzytomny? - dorzuciłem chcąc zmienić temat skupiający się głównie na moim życiu. Nigdy nie cierpiałem o nim rozmawiać. Co kogo obchodził mój ojciec biznesmen albo matka pielęgniarka? Przecież to dwa inne światy nie mające ze sobą nic wspólnego.
- W sumie to nic... Mamy dzisiaj wolne, bo wszyscy nauczycielem pojechali na szkolenie do innego miasta i zostali tylko właściciele. Wiesz, leniwym kluchom nie będzie się chciało prowadzić lekcji - przewrócił oczami, a następnie usiadł obok mnie - Musisz iść do recepcji po klucze. Zamknęli ci pokój, jak trafiłeś do higienistki - wyjaśnił tajemnicze zjawisko, którego przed kilkoma minutami byłem światkiem. Nigdy jakoś nie przejmowałem się tym, czy mój tymczasowy "dom" jest zamknięty albo otwarty, gdyż miałem nadzieję, iż wszystkie dzbany przesiadujące tutaj znają zasady dobrego wychowania. Potrząsając na te słowa delikatnie głową, zacząłem myśleć o swoich wierzchowcach, które nie do końca zostały wczoraj rozruszane. Może nie tyczyło się to w pewnym sensie Black'a, ale Evila już tak. Nie wsiadałem na sześciolatka już od kilku dobrych dni, co mogło źle wpłynąć na jego charakter. Bądź co bądź szybko się rozleniwiał, a doprowadzenie go do stanu ponownej współpracy zajmowało wieki.
- To pójdę po klucz, a ty na mnie zaczekaj. Lepiej jeśli ktoś będzie wiedział gdzie jestem - powstałem, bardzo przy tym kłamiąc - Za chwilkę będę! - zerwałem się do biegu, uważając, aby nie potknąć się na stromych schodach. Recepcja była niemal w tą samą stronę co stajnia, dlatego przedostanie się na zewnątrz bez żadnych podejrzeń odbyło się bezproblemowo. Miałem na sobie nadal wczorajsze ubrania składające się z przybrudzonych bryczesów, oficerek oraz o dziwo czystej bluzki. O kurtce jak zwykle zapomniałem, ale nie robiło mi to żadnego problemu, aby nie potrenować ze wspomnianym już dzisiaj ogierem. Było mi nieco żal okłamywać tak biednego przyjaciela, ale co innego miałem zrobić? Zapewne kazałby mi ciągle siedzieć w łóżku i nic nie robić, czego strasznie nie znosiłem! Boże jeden raz mi się zrobiło słabo i już wielce chorego ze mnie chcą zrobić... Przesada! Po przywitaniu się ze sportowym gniadoszem, od razu wziąłem się za jego porządne czyszczenie oraz siodłanie, przy którym jak nigdy zaczął sprawiać problemy. Nie dało zapiąć mu się popręgu, a nawet wepchnąć wędzidła do pyska. Nie będę ukrywał, że mnie to nieco zdenerwowało, ale nie miałem zamiaru mu tego okazywać. Niech ta cholera nie czuje się usatysfakcjonowana... - pomyślałem zapinając ciasno skośnik, co zostało skomentowane prze zwierze cichym parsknięciem. Kiedy wszystko było już gotowe, aby nie marznąć postanowiłem udać się na zakryty parkur, gdzie jak na złość musiała panoszyć się już Irma z tym swoim Touch coś tam... Okropny koń i tyle. Nawet to bydle stać porządnie nie umie - Długo tutaj będziesz? Też chciałbym poćwiczyć - powiedziałem łagodnym tonem głosu, oczekując tym samym jak najszybszej odpowiedzi.
- Tyle, ile potrzeba - rzuciła otwarcie, ustawiając swojego konia na wyrysowanej linii startu. Dookoła nas był już ustawiony parkur mający na oko jakieś sto centymetrów w najwyższych przeszkodach - To teren szkoły więc nie zabronisz mi trenować, a jak ci nie pasuje zawsze możesz iść na dwór - obroniła się trafnym argumentem, a następnie nie zwracając na mnie żadnej uwagi, zaczęła swój wymarzony trening. Wzdychając na to ciężko, wycofałem się z pomieszczenia nie mając zamiaru się z nią kłócić. Miałem już dosyć tego wszystkiego, a obolałe mięśnie znowu dawały o sobie znać. Ignorując oznaki wczesnej grypy, udałem się na parkur zewnętrzny, gdzie z niechęcią ustawiłem sobie szereg gimnastyczny, aby na nowo wyczuć swojego pierwszego wierzchowca.
- Resident weź nie cuduj - warknąłem na konia, który kręcił się w miejscu jakby dostał aktualnie czymś w łeb - Grzeczny... Już dobrze - pogłaskałem go po szyi, chcąc doprowadzić do jego rozluźnienia. Jak idzie się domyślić, podziałało to jak syrop na bolące gardło, przez co po kilku sekundach bezproblemowo znalazłem się na jego grzbiecie. Nie chcąc zbytnio się ociągać, szybko zabrałem się do jego porządnego rozgrzania, co umożliwiło mi wczesne zaczęcie dzisiejszego treningu.
⤱⤱⤱⤱⤱
Pokonywałem właśnie wysoką stacjonatę znajdującą się niemal na drugim końcu parkuru, nagle nagle przy płocie zobaczyłem Jay'a, który swoją miną jasno wyrażał jedno, wielkie niezadowolenie. Chcąc się dowiedzieć o co znowu mu chodzi, postanowiłem do niego podkłusować, co skończyło się dla mnie jeszcze gorszym popsuciem samopoczucia.
- Znowu mnie okłamałeś - rzekł twardo, odwracając się do mnie plecami - Wątpię czy nasza przyjaźń ma jakiś sens skoro żyjemy w ciągłym kłamstwie. Tak się nie zachowują przyjaciele Reker - wydusił z żalem, obejmując swoje ramiona bladymi dłońmi.
- Jay to nie tak jak myślisz... Nie chce cię okłamywać, ale część spraw musi pozostać tajemnicą, której nikomu nie wyjawię - zmartwiony jego słowami, prędko opuściłem koński grzbiet. Chciałem go dotknąć, lecz ten przewidując mój ruch, nieoczekiwanie wykonał sprytny unik.
- Tak? A komu ciągle się wypłakiwałeś na ramieniu, kiedy przez ojca dostawałeś opierdol za drobne rzeczy? - prychnął z urazą, marszcząc swoje drobne brwi - Daje ci ostatnią szansę i żadnej innej. Jeśli jej nie uszanujesz, stracisz mnie na zawsze.

Irma? ;3
Jak ci poszło na treningu? xd Trochę się pokłócili ;c

Myśl o rozwiązaniu, nie o problemie.

Wizerunek: Angelina Jolie
Imię i nazwisko: Demoiselle Isabela de Vratislavia
Wiek: 23
Głos: Dido 
Płeć: Kobieta
Ranga: Débutant
Grupa: I
Imię konia: NW Passage
Pokój: 16
Charakter: Najważniejszymi cechami Isabeli są spokojne usposobienie, niebywała cierpliwość i niezdrowy perfekcjonizm. Wyróżniają ją również nienaganne maniery, savoir vivre wpojono jej zanim nauczyła się chodzić, więc zawsze dokładnie wie jak należy się zachować. Wzrok błękitnych oczu przetacza się po pomieszczeniu powoli, kontemplując otoczenie. Wydaje się i jest to prawdą, że Isie po prostu wszystko sprawia przyjemność - każdy widok, dźwięk czy dotyk. Spędzenie dwóch lat samotnie na morzu, kolejnego roku w towarzystwie papugi odbiło na niej swoje piętno, a nie jest to skrajna chęć do przebywania z ludźmi. Wręcz przeciwnie, ceni sobie samotność i ciszę. Jest ponadto niebywale uparta, przyjemność sprawia jej prowadzenie długich dyskusji, a największą wagę mają dla niej argumenty. Matematyka i fizyka to jej trzecie miłości, zna się również bardzo dobrze na geografii i atmosferze. Bawi ją przewidywanie pogody i obserwacja gwiazd. Jeśli uzna jakąś czynność za niepotrzebną, niezwykle trudno będzie ją przekonać do wykonania jej. Kulturalnie odmówi. To wyniosła raczej z domu - taki mały wyniosły foszek. Oczywiście nie zachowuje się przy tym głupio, skreśleniu nie podlega wiele rzeczy. Ludzi ocenia jedynie według honoru, a raczej własnych obserwacji pod tym kątem. Ma niebywały dar do nauczania, jest wymagającym nauczycielem, ale skutecznie przekazuje wiedzę. Niewątpliwie za wadę można uznać jej pewnego rodzaju melancholię. Widać, że pomimo drobnych radości wciąż gnębi ją obraz przeszłości.
Aparycja: Obserwacja Isy z odległości przekonuje do jej arystokratycznego pochodzenia. Demoiselle porusza się spokojnie, z naturalną i wrodzoną gracją. Głowę zawsze ma uniesioną przy nie przesadnie prostych plecach i powściągliwej pracy przepony. Jest szczególnie niska, niezbyt muskularnej budowy, choć posiada twarde mięśnie. Nie kieruje się modą, a posiada własny styl - jej ubiór jest jasny i zwiewny. Po chwili można zauważyć, że błękit wspaniale podkreśla jej głębokie jak morska toń oczy, a brązy komponują się z włosami. Jej twarz przez długie lata ogrzewana była słońcem, a schładzana wiatrem, dzięki czemu utrzymuje niesamowity, ciepły blask. Przez długi czas żeglugi jej włosy wyjaśniały, mieniąc się obecnie jasnymi pasmami, układającymi się w zgrabne spirale i fale. Skóra Isabeli ozdobiona jest niewielkimi tatuażami dokumentującymi dalekie podróże. 
Historia: Urodzona jako potomkini francuskiego szlacheckiego rodu o imieniu Elisabeth d'Ornano, miała przed sobą niełatwe zadanie powrócenia do łask na Korsyce. Z arystokratycznego życia wyniosła umiłowanie do koni i dobre maniery, które są jedynym jej Korsykańskim atutem. Przebyła długą drogę na wschód, przemieszczając się stopem, powiększając i tak ogromną skarbonkę. Wszystko z jednego powodu - pomimo, że mieszkała na wyspie, jej miejsce było na uroczystych kolacjach czy stypach - a morze wołało ją z całych swoich sił. Posłuchała tego głosu, aby spakować w plecak kartę kredytową, kupić małą żaglówkę o wdzięcznym imieniu "Echapper au Vent" i uczyła się podczas jednokierunkowej podróży do Włoch. Błądziła po Europie przez dłuższy czas bez celu, ani zmartwień. Nie z własnych funduszy, ale uzyskała transoceaniczny statek, którym okrążyła glob dwa razy - raz tradycyjną drogą, raz w przeciwnym kierunku. Potem kręciła się w co po ładniejszych okolicach i przypadkowo zahaczyła o port w Wilmington. Niedaleko wybrzeża zauważyła szyld małej stajni. Wspomnienia wróciły. Intuicja podpowiedziała jej, że budowa tej urodziwej klaczy galopującej śmiało przez pastwiska jest idealna. Powiedziała, że jest piękna, a właściciel nie bez powodu złożył jej nieobciążającą specjalnie ofertę. Dowiedziała się, gdzie mogłaby z nią mieszkać w dobrych warunkach i dotarły w miejsce akademii.
Rodzina: Posiada matkę, ojca oraz dwie młodsze siostrzyczki, co powoduje tak istotną rolę jej zamążpójścia. Od rodziny uciekła parę lat temu, wygląda na to, że tego nie żałuje. Wierząc, że gdy o nich zapomni, oni zapomną o niej nie snuje żadnych opowieści związanych z dawną przeszłością.
Orientacja seksualna: Heteroseksualna
Partner: Właściwie ma już wybranych trzech potencjalnych partnerów, ale póki nikt jej nie rozpozna ma szczęście określać się singielką.
Inne: Jej oczy wydają się szare, jedynie w pobliżu morza stają się pełne koloru i życia. Z oceanicznego życia wyniosła również papugę o imieniu Barbarossa, będącą ostatnią przedstawicielką rasy Karolińskiej. Jest energicznym osobnikiem o zamiłowaniu do abordaży i mocnej muzyki. Isa belę cechuje również kompletny brak odczuwania głodu. Posiada spory tatuaż klasycznie przedstawiający jaskółkę. Znajduje się niewiele nad lewą piersią i często można dojrzeć jej głowę i skrzydło wystające nad koszulę. Jej nowa klacz sprawia wiele problemów, z którymi Isabela nie potrafi jeszcze sobie do końca poradzić.
Właściciel: FearlessTree

Imię: NW Passage
Rasa: SP - krzyżówka xx i AQH
Wiek: 5 lat
Płeć: Klacz
Charakter: Po angielskim ojcu odziedziczyła charakter - nie jest to łatwa klacz. Stara się wykorzystać swoją dzienną porcję energii w stu procentach, więc jej ulubionym zajęciem są galopady po trawie. Zdecydowanie nie ma ochoty na spokojną pracę z człowiekiem. Jest typem kombinatorki, która dodatkowo lubi kopnąć, a czasem nawet ugryźć. Jednak jeśli ktoś potrafi postawić na swoim i do klaczy pożądnie podejść staje się najbardziej oddanym koniem na świecie. Za jedną osobą skoczyła już w ogień, niestety nie zdążyła - stąd jej dystans do ludzi. 
Dyscyplina: Można by powiedzieć, że NW nie nadaje się do niczego - ni to westernowa budowa Quater Horse, ni wyścigowa Pełnej Krwi; póki co musi popracować nad uniwersalnymi podstawami.
Należy do: Isabela de Vratislavia