10.22.2018

Pozostaje z pustym kieliszkiem w ręku i czymś trudniejszym do napełnienia w środku

Wizerunek: Mario Casas Sierra.
Imię i nazwisko: Hache Casas Sierra
Wiek: 21 lat
Płeć: Mężczyzna.
Ranga: Intermédiaire
Grupa: II
Imię konia: Alvaro
Pokój: 5
Charakter: Hache ciężko jest go zrozumieć oraz zaakceptować. Na co dzień energiczny, uśmiechnięty wszędzie go pełno. Wyszczekany jak mało kto, zawsze ma wiele argumentów i nie jest się w stanie przekonać go do swojej racji. Jest uparty, jeśli coś postanowi zdania nie zmieni, nawet jeśli robi źle idzie w zaparte po prostu jak się uprze to koniec. Uwielbia ryzyko moment gdy adrenalina skaczę, dlatego bierze udział w nielegalnych wyścigach motorem, ostatnio też jarają go wyścigi konne. Jednak nie a nic lepszego niż ucieczka przed policją z kieszeniami wypchanymi po brzegi nielegalnym towarem. Popadanie w kłopoty to jego specjalność. Czasem wychodzi z tego cało lecz miewa czasem mniej szczęścia. Kilka razy zwiedzał więzienie lub odpoczywał sobie w szpitalu. Ludzie go lubią, jednak w większości tylko wtedy gdy chcą się dobrze bawić. Kiedy pojawia się problem zazwyczaj zostaje sam. Chociaż on nigdy nie pozostawia kumpli w potrzebie. Już nie raz wpakował się w bójkę i trafił przed sąd. Tak to jest gdy posiada się niepohamowaną agresję. jest moment w którym mężczyzna traci kontrolę i włącza się w nim nienawiść, złość po prostu musi się wyładować. Niestety w ten stan może wprowadzić go jakaś mała sprzeczka, zazdrość, smutek. Nie ważne kim jesteś prezesem, bezdomnym możesz oberwać. Kilka razy zdarzyło się, że omal nie skrzywdził ukochanej osoby, podniósł rękę ale w porę wymierzył uderzenie w innym kierunku. Hache w kontakcie z dziewczynami bywa chamski bezczelny i wulgarny, ale nie brakuje mu uroku. Przyciąga do siebie kobiety bo wie kiedy ma stać się nieco bardziej romantyczny lub wykazać zainteresowanie, gdyż zazwyczaj jest nieosiągalny. Ma poczucie humoru i dystans do siebie, ale nie zawsze, trzeba uważać na słowa bo można oberwać
Aparycja: Hache to dobrze zbudowany mężczyzna. Ma ciemniejszą karnacje jak przystało na Hiszpana. Brązowe oczy i ciemne włosy, zawsze lekko rozczochrane. Mierzy około 187 centymetrów wzrostu.Ubiera się zazwyczaj na sportowo. Dżinsy, biała lub czarna koszulka albo bokserka. Lubi także spodnie dresowe zazwyczaj szare lub czarne. Często nosi skórzaną kurtkę i zawsze ma przy sobie okulary przeciwsłoneczne.
Historia: Hache urodził się w Hiszpanii. jego rodzice ciężko pracowali, jednak nie zarabiali wiele. Jednak starczyło na to aby młody miał co zjeść i się w co ubrać. Nie chodził w oryginalnych ubraniach jak jego znajomi. Nie sprawiał na początku zbyt wielu problemów. Wszystko zmieniło się gdy miał 15 lat wrócił wcześniej ze szkoły przyłapując matkę na zdradzie. Wpadł w szał i pobił obcego mężczyznę znajdującego się w mieszkaniu. Już podniósł rękę na matkę, ale w porę zjawił się jego straszy brat Pedro. Między braćmi doszło do szarpaniny, po tej kłótni Hache zaczął oddalać się od rodziny. Nie mógł znieść tego, że jego mam zdradza ojca a on sobie na to pozwala. jego straszy brat zachowuje się jakby nic go to nie obchodziło. Chłopak zaczął opuszczać zajęcia, włóczył się po ulicach nocami, kradł i za te pieniądze kupił sobie motor. Maszyna stała się jego drogą do wolności. Ucieczką od problemów, dzięki wygranym wyścigom zdobywał pieniądze. w międzyczasie toczyły się kilka spraw w sądzie odnośnie pobić i udziałów w rozbojach ulicznych. Nagle jakby grom spadł z jasnego nieba Hache poznał dziewczynę której oddał swoje serce, jednak zniszczył to swoją przemocą. stracił ją bezpowrotnie, postanowił wyjechać uciec od miejsca które sprawiało, że wiecznie o niej myśli.
Rodzina: Czy gromadę ludzi można nazwać rodziną. Jeśli sprawia się problemy wychowawcze i to jest powód do pozostawienia samemu sobie.
Mama: Sofia Casas Sierra
Ojciec: Francko Casas Sierra
Brat: Pedro Casas Sierra
Orientacja seksualna: Heteroseksualny
Partnerka: U niego to skomplikowane, na razie nie posiada i raczej nie prędko się to zmieni.
Inne:
- Posada motor, uwielbia się ścigać.
- Nie wyzbył się złych nawyków, nadal zdarza mu się kraść
- Po alkoholu jest jeszcze bardziej agresywny
- Pali papierosy, nie stroni od innych używek
- Lubi imprezować
- Potrafi świetnie tańczyć
Właściciel: Bad Boy

Imię: Alvaro
Rasa: Koń Pełnej Krwi Angielskiej 
Wiek: 8 lat
Płeć: Ogier
Charakter: Alvaro to koń energiczny, nie potrafi ani przez chwilę ustać w miejscu. kocha wyścigi z resztą zachowuje się jakby nie wiedział co to inne chody poza galopem. Jeśli kogoś zna jest przyjazny, jeśli nie bywa wredny i nieufny. trzeba mieć do niego dużo cierpliwości, bo koń który by tylko leciał do przodu na oślep potrafi wyprowadzić człowieka z równowagi. Nikt nie jest idealny.
Dyscyplina: Wyścigi 
Należy do: Hache Casas Sierra

Historia Liliane

Mało kto wie, że drzewa genealogiczne francuskich rodzin potrafią być aż nadto zawiłe, a skompilowana rodzina Lambert jest na to żywym, choć w połowie martwym przykładem. Wszystko zaczęło się od praprapra (długo by wymieniać) babki. Nie można było powiedzieć o niej złego słowa, dopóki żyła,
aktualne pokolenie zna ją tylko ze zdjęć,
ale nie można ich za to winić,
prawda?
Było dużo małżeństw, dzieci,
jeszcze więcej zdrad i kłótni, które podzieliły rodzinę aż po śmierć, a jedną taką odnogą i odstępstwem od reguły była Chloé Lambert wraz z jej gburowatym, choć kochającym (do czasu) mężem, Aaronem. Rodowici Francuzi jedzący ślimaki co wieczór z denerwującym akcentem, który sprawiał, że niejednemu włosy jeżyły się na głowie, a krew stawała w żyłach,
chwilowo niepompowana przez serce.
Kobieta wychowana z końmi, co noc śpiąca w przydomowej stajni z małym, szetlandzkim kucykiem, na którego w końcu przyszła pora i śmierć zebrała żniwa. Chloé, zmuszona do pochówku zwierzęcia, którego to tak bardzo kochała, na osłodę zakupiła sportową, kasztanowatą klacz. Świetna budowa, predyspozycje, codzienne,
dwugodzinne treningi z jednym dniem odpoczynku i charakter zwycięzcy doprowadziły je na skalę światową w skokach przez przeszkody, ale wiadomo - bajka trwa tylko do pewnego momentu.
Miały świetne wyniki, a do okrzyknięcia ich mistrzyniami Europy dzielił je tylko jeden, wzorowo przejechany parkur. Niestety, niefortunny zbieg wydarzeń chciał, aby Chloé upadła wraz z klaczą, która złamała nogę, a następnie została uśpiona. W tym czasie kobieta musiała wykaraskać się z ran psychicznych po kolejnej stracie oraz ze złamanego kręgosłupa.
Nigdy nie wróciła do pełnej sprawności, poruszając się na wózku, bardzo brakowało jej amputowanej nogi na wskutek rozległego zmiażdżenia i żaden kawał metalu, żadna proteza nie mogła tego naprawić. Rozwój jeździecki Chloé stanął w miejscu, ona sama też, zapijając smutki w alkoholu. Mąż nie potrafił jej w tym wszystkim pomóc, zatracając się w pracy. Oboje się niszczyli, robili to sobie nawzajem na własnych oczach, ale żadne tego nie widziało albo raczej nie chcieli do siebie dopuścić tej wiadomości.
I w tym momencie w historii pojawia się słynna Liliane, która w czasie tego felernego wydarzenia miała osiem lat. Nie bardzo rozumiała co takiego się stało, dopóki mama sama jej tego nie wytłumaczyła. Dosyć długo opłakiwały to wydarzenie, a w międzyczasie Liliane sama zaczęła jeździć konno, bo w wieku dziewięciu lat. Zauroczona swoim kucykiem, treningami i nową szkołą nie widziała,
że z mamą dzieje się coś niedobrego,
przez co Chloé nieodwołalnie popadła w głęboką depresję.
Aktualnie Lilie nie wie, kiedy jej matka ostatnio wyszła choćby ma werandę domu. Jej ubogie spacery ograniczają się do kuchni i łazienki, a czasami nawet nie to, odkąd kobieta zatrudniła służkę. W tym czasie ojciec otworzył dobrze prosperującą firmę marzeń, zdradzając Chloé Lambert z amerykanśką sekretarką, czego dowodem było dziecko, mała, denerwująca,
amerykańsko - francuska dziewczynka z jeszcze bardziej wyraźnym akcentem. Firma rosła w siłę, zdobywając tym samym wrogów, jak to w tej branży bywało. Ojciec Liliane prędzej czy później się zadłużył i to nie u byle kogo. Alimenty, cła i podatki skumulowały się w jedno, dając ogromne sumę kilkuset tysięcy,
jak nie miliona euro. Miał pół roku na spłatę, jednak myślał, że przechytrzy swoich pożyczkodawców, niestety, stary a głupi, tal bardzo się pomylił. Liliane miała dwanaście lat, gdy jej ojciec zginął z niewyjaśnionych do tej pory przyczyn, choć jednocześnie były one takie oczywiste.
Wtedy do akcji wkroczyła babka Lilie, Laurence, która za zadanie postawiła sobie postawienie na nogi swojej córki, która popadła w jeszcze większą depresję z atakami paniki i początkami schizofrenii. W tym samym czasie rodzina spierała się z sądami i ubezpieczeniami, jakie spoczywały na aktualnie nieistniejącej już firmie. Chloé została odesłana do szpitala psychiatrycznego po czwartej próbie samobójczej, próbując powiesić się na strychu.
Lauren była pewna, że małe, złamane serduszko wnuczki nie przeżyło by kolejnej, rodzinnej tragedii. Na szczęście relacje jej z matką stały się chłodne od czasu wypadku, dlatego Liliane nie odczuła w kościach braku matki i tego, gdzie ona się znajduje. Babka zadbała o pielęgnowanie rodzinnej tradycji, jaką była jazda konna i kupiła wnuczce źrebaka, gdy ta skończyła trzynaście lat. Zajeżdżała go, gdy wiek mu na to pozwolił, na początku pracując z nim z ziemi pod czujnym okiem babki, która stała się jej jedyną już żyjącą rodziną, bo oszalałej do reszty matki nie sposób było w nią wliczyć, bowiem całkowicie wyparła się Lauren i Liliane. Mieszkały one we dwie na obrzeżach miasta, trenując nowy nabytek - Danse Macabre, trakeńską klacz o gorącym temperamencie i olbrzymim sercu. Dla Liliane była ona idealna, mimo że miewała humorki i dziewczyna nieraz miała nieprzyjemne wypadki z klaczą w roli głównej, to wsiadając na nią powierzała jej całe życie. Od czasu do czasu dostawała listy od matki lecz zamiast zwrotów: „kocham cię", „co u babci?", czy „jak sobie radzicie?" były: „jak dowiem się, że wsiadasz na konia, zostaniesz zabrana od babci", „nawet nie waż się jeździć". Oczywiście, były to tylko puste słowa, nie mogła nic na to poradzić, że jej córka chciała się spełniać w tym, co i Chloé kochała kilkanaście lat temu. Opiekę nad Liliane sprawowała Lauren i na piśmie i na codzień, więc nie było opcji, aby dziewczynkę zabrano. Tak mijały lata, generalnie na kształceniu się w jeździectwie, szkole i krótkich, przelotnych znajomościach, bo zamknięta w sobie na innych ludzi szesnastolatka nie starała się podtrzymywać z nimi kontaktu. Kiedy Lauren zaczęła chorować przez dopadającą ją starość, dziewczyna nie miała ani chwili dla siebie, ale wiedziała, że nie może zostawić babci samej, skoro to ona okazała jej miłość i opiekę, tak teraz przyszła na to pora w stosunku babci od Liliane. Chcąc nie chcąc, dziewczyna musiała wyjechać do akademii, gdy to babcia po cichu, w tajemnicy przed nią wysłała tam jej papiery i dała potwierdzający jej przynależność do nowej szkoły, świstek, w dzień urodzin. Przekonywana tygodniami dziewczyna w końcu się odważyła, po stokroć dziękując babci, dla której uśmiech wnuczki był tym, czego tak bardzo jej brakowało. Liliane nie wiedziała,
czy to dobry pomysł, nie chciała rzucać się na głęboką wodę, przeprowadzać na zupełnie inny kontynent, jeśli nie była pewna, że babcia dobrze się czuje, jednak po namowach uległa. Lauren uważała, że wszystkim przydaje się nowy start i zawsze wychodzi na dobre, ale czy tym razem przypadkiem się nie myliła?

<Koniec> 

Niektórzy nie mogą sobie pozwolić na upadek, bo wiedzą, że nikt ich nie podniesie

cohzi:   apply for my queue club - you will be okay.
Imię i nazwisko: Liliane Lambert
Wiek: 18 lat
Płeć: Kobieta
Ranga: Intermédiaire
Grupa: II
Imię konia: Danse Macabre
Pokój: 5
Charakter: Gdyby ktoś chciał opisać Liliane kilkoma słowami, byłyby to na pewno słowa kluczowe wprowadzające do tego, jak skomplikowaną osobą jest. Nigdy nie jest wiadome, co akurat uderzy jej go blondwłosej głowy, jednak co by to nie było, jej mimika twarzy pozostanie niezmieniona. Skrzętnie skrywane emocje rzadko kiedy znajdują ujście w towarzystwie nieznajomych jej osób, cały swój zapał zachowuje dla tych, którzy - według niej - są tego warci. Nie lubi tracić czasu, dlatego ma świetnie zorganizowany grafik, a że jest on napięty, to nie lubi, gdy coś jej "wypada". Do reszty poświęca się temu, co robi, nie zostawi sprawy niedokończonej i lubi jasno wiedzieć, na czym stoi. Nie jest dla niej problemem wyrażenie swojej opinii, zostaje na swoim, jednocześnie kulturalnie szanując czyjeś zdanie, ale i nierzadko wdając się w dyskusje, choć jedynie w te na poziomie. Nie cierpi zniewagi i braku tolerancji, wyznając zasadę, że wszyscy są równi i tacy sami.Mimo wszystko, jest coś, co bardzo odróżnia dziewczynę od tłumu, jednak nikt tak naprawdę o tym nie wie, a dopóki Liliane nie znajdzie kogoś, komu mogłaby bezgranicznie zaufać, sprawa zostanie taka, jaka jest - nieodkryta. Nuta tajemnicy, jaką owiana jest dziewczyna sprawia też, że niechętnie o sobie mówi, jednak jeśli ktoś pyta - ona z grzeczności odpowiada. Kultura i wrodzona elokwencja idą w parze z inteligencją i wysokimi ambicjami, jeśli chodzi o jazdę konną, jednak Liliane zna granice swoje i swojej klaczy. Doskonale potrafi odczytywać ludzkie intencje, wyćwiczyła to już dawno i polega teraz jedynie na swoich obserwacjach. Mimo wszystko ma wiele wad, jednak stara się je kamuflować i nad nimi pracować. Nieufność może doprowadzić do zerwania kontaktu z wieloma osobami, a małomówność może być kolejnym problemem w dotarciu do niej, jednak jeśli ktoś przezwycięży te przeszkody, dziewczyna stanie się w towarzystwie tej osoby rozgadana, otwarta i o wiele bardziej komunikatywna.
Aparycja: Urocza, niska blondynka o metrze sześćdziesiąt wygląda przy dobrze zbudowanej klaczy jak mrówka, ale to dla niej nie problem. Pełne usta i hipnotyzujące oczy o niebieskim kolorze, których jednak sama zainteresowana nie lubi, są dla niej zbyt pospolite. Krągłe biodra i znienawidzone przez Liliane nieco szersze ramiona współgrają raz lepiej, a raz gorzej ze szczupłymi nogami i wcięciem w talii, niekoniecznie jednak pasując do niewielkiego wzrostu.
Historia: opowiadanie
Rodzina: Rodzice; Chloé i Aaron Lambert, Babka od strony ojca; Laurence Lambert. 
Orientacja seksualna: Heteroseksualna
Partner/ka: brak
Inne:
- Prosiłabym o niepisanie postacią Liliane, tylko o konsultację ze mną jej reakcji, zapewniam, że odpisuję szybko, ale na miarę moich możliwości :) Często jej odpowiedź lub zachowanie mogą być zupełnie inne, niżbyś chciał/a napisać, a chyba nikt nie lubi, kiedy inna osoba zmienia charakter i usposobienie nieswojej postaci, także zapraszam na priv na hwr lub na discorda :)
- Oprócz koni kocha dodatkowo te mechaniczne oraz przeróżne sztuki walki,
- Ma kilka droższych, czy tańszych samochodów, jednak jej ulubionym bezsprzecznie zostało czarne, lśniące Maserati
- Cierpi na bezsenność i kilka innych chorób.
Właściciel: *Justine*

Imię: Danse Macabre
Rasa: trakeńska
Wiek: 5 lat
Płeć: klacz
Charakter: Suche, mocne nogi, wyrysowany kłąb i zad z zaznaczoną, umięśnioną szyją, żywe metr osiemdziesiąt trzy mięśni - Danse Macabre już z zewnątrz prezentuje się wyśmienicie i zapowiada się na dobrego, sportowego konia odnoszącego niemałe osiągi i noty na parkurach. Dobry rodowód jest tylko kolejnym, co nas w tym utwierdza. Przyjazne usposobienie klaczy jest sprawą umowną. Bardzo często testuje jeźdźca i szuka drogi na skróty, kiedy ten nie patrzy, jeśli jednak znajdzie równego sobie człowieka, rezultaty ich współpracy będą owocne. Niech was nie zwiodą uszy postawione na baczność w zaciekawieniu, w ciągu sekundy ich położenie może się diametralnie zmienić. Koń do przodu, do trzymania, ale lekki w pysku, mimo wszystko od czasu do czasu odzywa się w niej diaboliczne usposobienie - wtedy lepiej nie podchodź, uraz gwarantowany. Ah, bym zapomniała. Nie głaszcz po chrapach, tylko między oczami, chyba że dłoń nie specjalnie ci się przydaje. Ryzyko utraty.
Dyscyplina: skoki przez przeszkody
Należy do: Liliane Lambert 

10.21.2018

Od Irmy cd. Rekera

Wracając do swojego pokoju miałam ochotę wyć z bólu więc dobrze że ten bogaty dzieciak nie chciał długo gadać... Podeszłam jakoś do swojego niewielkiego biurka gdzie ciągnąc za szufladę szybko odgarnęłam kartki którymi było przykryte pomarańczowe pudełeczko z lekami przeciwbólowymi. Jeszcze jakiś czas temu przepisał mi je lekarz lecz od niedawna je używałam, co teraz było dla mnie zbawieniem. Szybko otworzyłam pomarańczowe pudełeczko po czym wysypałam na dłoń dwie okrągłe i długie pigułki. Następnie sięgnęłam po malutką buteleczkę z wodą niegazowaną, którą odkręciłam w błyskawicznym tempie drżącymi rękami i popiłam w mgnieniu oka dwie bardzo silne tabletki przeciwbólowe. Miałam nadzieje że niedługo przestane na nich być gdyż na pewno działały wyniszczająco na mój organizm lecz niestety po tym ostatnim pobiciu przez ojca i tym upadku dzisiaj nie potrafiłam inaczej normalnie funkcjonować...
Przynajmniej nie posądzono mnie o to że jestem złodziejką… A może jednak posądzono? zastanowiłam się na chwilę tym, lecz zaraz dałam sobie z tym spokój. Jutro była sobota, więc dzień wolny od wszelkich zajęć, więc pomyślałam czy by przypadkiem się gdzieś konno nie wybrać. W końcu tereny akademii są dość duże, choć na pewno nie aż tak wielkie jak w przypadku tych największych na świeci akademii, gdzie tam już idą grube miliony a nawet miliardy w utrzymaniu tego wszystkiego. Przynajmniej nie musiałam płacić za tą szkołę, ale plotki głosiły że i dla nas biednych miały niedługo wejść jakieś niewielki opłaty, a ja miałam problem bo nie zarabiałam! Nie miałam żadnych pieniędzy, a swojej nauczycielki nie chciałam o nic prosić. Z resztą w sumie by wypadało bym jakoś zaczęła zarabiać by mieć chociaż coś w zapasie w razie czego, a nigdy nic nie było wiadomo…
Problem był jednak w tym że tutaj gdzie jestem są zadupia i jestem tutaj bezpieczna z Sarą, lecz jakbym chciała zarabiać, to musiałabym to zrobić w mieście Durham, a tam mój ojciec mógł mnie dorwać! Co by tu zrobić by nie dać się poznać? przeszło mi przez myśl gdy jakoś zdołałam usiąść na łóżku, które zaraz lekko się ugięło pod moim ciężarem ciała, choć nie był on wielki. Jeśli bym chciała gdzieś dobrze zarabiać to jedynie w mieście, a kolejnym moim problemem byli koledzy ojca, którzy też chodzili wszędzie i obserwowali czujnie okolicę, a znając ojca, to na pewno im wygadał że jego dwie córki uciekły, ale nie mówił tego ze zmartwienia tylko ze złości, o co bym się nawet mogła założyć, gdybym miała tylko z kim.
A może jednak wybiorę się jutro do miasta? pomyślałam dobrze się skupiając. Miałam pewien plan, a dokładnie to mogłam poprosić swoją nauczycielkę by dała mi perukę, gdyż pamiętam że kiedyś na Halloween się przebrała i miała taką z kręconymi włosami…
No i miała też sztuczne szkła kontaktowe z kolorowymi źrenicami więc to by mi dało szansę na to że ojciec i jego znajomi mnie nie rozpoznają, a ja mogłabym nieco popracować! To był jakiś plan! Muszę tylko znaleźć jakiś telefon skąd bym mogła zadzwonić… pomyślałam ponuro, bo ja swojego telefonu nie miałam, a co dopiero laptopa, lecz mogłam zadzwonić z biblioteki, więc niewiele już myśląc wstałam i czym prędzej się tam udałam.
 ♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣
Kiedy doszłam w wyznaczone miejsce, szybko czmychnęłam w dal biblioteki, gdzie w malutkim pomieszczeniu zawsze był telefon stacjonarny z którego czasem uczniowie mogli dzwonić i chwała bogu że on tam był, gdyż inaczej nie mogłabym wdrożyć swojego planu w życie! Szybko sięgnęłam za słuchawkę, a następne wbiłam już dobrze mi znany numer Pani Hollish. Najpierw usłyszałam jeden sygnał, potem drugi, trzeci… czwarty i w końcu odebrała, dzięki czemu mi ulżyło słysząc kobiecy kłos po drugiej stronie słuchawki.
- Halo? - usłyszałam melodyjny głos swojej nauczycielki, która niegdyś uczyła także i muzyki w szkołach podstawowych, lecz teraz uczyła tylko amerykańskiego poprawnego i angielskiego.
- Pani Hollish? To ja Irma – odezwałam się rozwiewając wszelkie wątpliwości kto do niej dość późno dzwoni.
- Irma? - zdziwiła się – Jak się czujesz dziecko? Jak Ci tam idzie? - ściszyła nieco swój głos, by reszt domowników jej nie słyszała.
- Mam pewną prośbę… - zaczęłam – Czy ma pani może jeszcze swoją starą perukę z Halloween i te soczewki w kolorze zielonym? - dodałam jeszcze czekając na jej odpowiedź.
- Tak mam… A po co Ci to? Coś się stało poważnego? - spytała i zaraz dodała szeptem – Twój ojciec Cię szuka, był tu niedawno – dodała bardzo mocno ściszając swój głos, a mi po plecach przeszły ciarki.
- Chcę znaleźć jakąś pracę na „czarno”, by nieco zarobić – przyznałam jej się – Co on tam robił? Skąd o pani wiedział? Nic pani nie zrobił? - spytałam ze strachem w głosie.
- Wszystko w porządku nie martw się, ale on was szuka Irma… Lepiej byś gdzieś na mieście nie podawała swoich prawdziwych danych – powiedziała znowu szeptem by zapewne nie obudzić swojego męża, który zawsze chodził o 19 godzinie spać, gdyż wstawał bardzo wcześnie do pracy – Przyślę Ci to pocztą, albo podrzuci to Ci moja siostra… Znasz ją! Ma rude włosy, widziałaś ją tu kiedy kiedyś tu u mnie byłaś – dodała opisując mi nieco swoją siostrę.
- To ta piegowata pani? - spytałam niepewnie dla jasności.
- No, no! Właśnie ona! - potwierdziła szybko – Dałabym to jej i powiedziała że to paczka dla kogoś i że Ty masz ją tam komuś przekazać, a to będzie dla Ciebie… Co Ty na to? - spytała.
- Dobrze – uśmiechnęłam się lekko na to, lecz zaraz powiedziałam ze skruchom – Przepraszam ze ciągle zawracam pani głowę… Pewnie ma przeze mnie pani kłopoty – dodałam z wyraźnym smutkiem w głosie.
- Na kiedy to potrzebujesz kochana? - zadała kolejne pytanie – Nie przejmuj się skarbie, ja Cię nie wydam i to dla mnie naprawdę żaden problem, tylko pamiętaj Irmuś musisz się ukrywać… Jak mówiłam Ci wcześniej, jeśli chcesz znaleźć tą pracę, to nie podawaj swoich prawdziwych danych! Jeśli chcesz pracować na czarno, to i tak nie potrzebne są im Twoje prawdziwe dane – wyjaśniła.
- Potrzebowałabym gdzieś tak na jutro rano – westchnęłam ciężko do słuchawki – Dobrze, będę uważać pani Hollish obiecuję! - dodałam z pewnością w głosie, dość dużą jak na mnie, co chyba ją przekonało do tego iż wiem co robić.
- Dobrze, zatem zaraz wszystko spakuję i dam znać swojej siostrze by Ci to dała… Jutro ma wolne więc żaden problem! Zapewne będziesz to już pewnie miała gdzieś około już ósmej rano, więc lepiej nie śpij już wtedy bo nie będzie wchodziła do waszego akademika, by nikt nie nabrał jakiś podejrzeń – powiedziała spokojnie – Acha, właśnie! Potrzebny Ci pewnie będzie też jakiś plecak… Dam Ci jeden taki nieco górski plecak, jest niby niewielki, ale za to bardzo pojemny i z pewnością Ci się on przyda – dodała.
- To świetnie! Pewnie że mi się przyda taki plecak, bardzo pani dziękuję! - powiedziałam z ogromną wdzięcznością i szczerze mówiąc to nie mogłam się na dziwić wciąż, jak dobra jest dla mnie ta obca zupełnie kobieta.
- Nie ma za co kochana… Uważaj tam na siebie! Ja Ci wszystko spakuję i będziesz miała. Muszę już kończyć kochanie, więc trzymaj się tam jeszcze raz – odezwała się kończąc rozmowę, nim zdążyłam cokolwiek odpowiedzieć, ale wiedziałam że zapewne nie ma czasu już rozmawiać by nikt inny nie usłyszał naszej rozmowy, a poza tym to miałam na pewno jakieś inne zajęcia, nie mówiąc o tym że musiała mi jeszcze zapakować te wszystkie rzeczy już na jutro.
 ♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣
Minął tydzień i byłam już drugą sobotę w pracy, gdzie nawet dobrze płacono, a bynajmniej dla mnie to było bardzo dużo pieniędzy. Fakt faktem że była to ciężka praca, ale zawsze jakaś… Pracowałam cały tydzień, więc pracodawca musiał być bardzo z tego zadowolony że nie biorę ani jednego dnia wolnego, lecz to bardzo nadwyrężało moje siły z kolei, co też nie było dobre. Zawsze po lekcjach jechałam w tajemnicy do miasta i wracałam dość późno, ale na szczęście nikt tego nie sprawdzał. Z samego rana też wcześniej wstawałam by szybciej zająć się Flawią i by też poćwiczyć przed zajęciami. Dzisiejszego dnia także wstałam dużo wcześniej, więc zdążyłam wyczyścić klaczce boks ze żłobem i poidłem, oraz dać świeżego sianka, wody i jedzenia z czego koniowata towarzyszka była bardzo zadowolona.
- Pa Flawia – powiedziałam do niej cicho, głaszcząc ją po miękkich chrapach – Później potrenujemy, jak załatwię swoje sprawy – powiedziałam i szybko zniknęłam w lesie za akademią, gdzie była wydeptana przeze mnie dróżka na skróty. Obym dzisiaj skończyła szybciej, muszę się postarać jeśli chcę jeszcze poćwiczyć z Flawią ujeżdżanie, bo nieco to zaniedbałam i mało ćwiczę z tego przeszło mi przez myśl, gdy wsiadałam do autobusu, który jako jedyny jechał tak wcześnie rano tą drogą i jechał wprost do miasta… Nie jechał jednak pod samo „centrum” gdzie pracowałam, więc miałam jeszcze trzy przesiadki, ale za to zawsze jakoś udawało mi się zdążyć na czas i byłam nawet zawsze wcześniej przed innymi w pracy. Czułam ostatnio bardo duże zmęczenie i wiele razy krew zaczęła mi się puszczać z nosa, lecz wiedziałam że muszę się do tego przyzwyczaić! W końcu bez pracy nie ma kołaczy… Musiałam zarabiać by mieć na nowe ciuchy dla Sary, bo ja tam najmniej się liczyłam, gdyż zależało mi by to ona miała najlepiej. Była jeszcze młoda i zasługiwała na lepszy start w życiu niż ja!
Nie mówiąc o tym że u mnie mimo zmiany ciuchów pewnie i tak by się ze mnie podśmiewali, bo dla nich każdy temat jest dobry u mnie do śmiechu i doskonale to wiedziałam! Z drugiej zaś strony, to przydała by mi się nowa bluza i spodnie… Plus był taki ze szef płacił co tydzień, co było dziwne dość ale przyjmowałam pieniądze wraz z innymi bez żadnego zbędnego gadania. Widząc iż docieram już na miejsce kolejnej przesiadki, wstałam ze swojego miejsca i podeszłam jak zawsze do drzwi, czekając aż autobus się zatrzyma, co też zrobił zaraz po chwili. Już nieco znałam tą okolicę, ale i tak nie chciałam za bardzo się w nią zagłębiać, więc o tyle było dobrze iż mój następny autobus miał przyjechać za trzy minuty.
Podczas gdy autobus odjechał, na którym widniał numer 19 z tyłu na wyświetlaczu i czekając na kolejny autobus, który miał numer 28, zaczęłam bardziej wodzić wzrokiem po tutejszych budowlach. Bloki były bardzo stare i obdrapane, a w większości były na sprzedaż, gdyż nie nadawały się one już do zamieszkania, przez uszkodzone dachy, albo pewnie też z innych rzeczy, takich jak brak ocieplenia czy też spadający ze ścian tynk… Że też ludzie potrafią doprowadzić do takiego stanu tak ładny budynek pomyślałam dość rozczarowana, widząc na budynku stare, aczkolwiek bardzo zniszczone rzeźbienia i posągi, które w dawniejszych latach, zapewne były bardzo widoczne i wspaniale zdobiły ten jakże stary budynek. Moje rozmyślenia przerwał dźwięk hamującego autobusu, którego hamulce nieco piszczały, więc zapewne jakieś tam klocki hamulcowe czy też tarcze były do wymiany, lecz nie było to na tyle pilne, by jakiś tam zarządca się tym zainteresował.
Spokojnie wsiadłam do autobusu, płacąc za bilet grosze, po czym usiadłam bardziej z tyłu i czekałam aż ponownie ruszymy. Kierowca zawsze ruszał dość punktualnie, więc nie zawsze czekał na spóźnialskich, co później się wybrali do wyjścia, lecz z tego co widziałam jakiś dwie kobiety szybko wbiegły do autobusu dość zdyszane, ciesząc się że tym razem zdążyły i marudząc coś o tym że autobusy powinny czekać przynajmniej dwie minuty, co wydało mi się czystym absurdem! Księżniczki się jakieś znalazły pomyślałam zażenowana zachowaniem starszych już kobiet, lecz zaraz spojrzałam za okno, podczas gdy autobus spokojnie ruszył z przystanku na drogę, gdzie powoli zaczynały się robić korki. Patrząc na tych wszystkich zabieganych ludzi, miałam czas sobie uświadomić że jednak bardziej wolę życie w naszej akademii na zadupiach, gdyż przynajmniej było tam spokojniej, a ludzie znajdowali jakoś czas na to by odpocząć, a tutaj to nikt się ludźmi za bardzo nie przejmował, gdyż panował tutaj nieustannie wyścig szczurów.
♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣♣
Po skończonej pracy poszłam do łazienki ogólnej, gdzie szybko zdjęłam perukę i soczewki, pakując to do plecach, który wyjęłam z reklamówki, uczesałam włosy, a następnie wyszłam niezauważalnie z niej kierując się po pasażu dużym, pełnym ludzi ku wyjściu. Szłam spokojnie do czasu, aż w jednym ze sklepów zobaczyłam swojego ojca!! Serce dosłownie jakby mi zamarło ze strachu, widząc że on też mnie zauważył, a na jego twarzy pojawiła się wściekłość, mówiąc mi tym samym że jeśli nie ucieknę to już po mnie… Widząc jak puszcza reklamówki, szybko rzuciłam się do ucieczki, biegnąc najszybciej jak tylko potrafię mimo rozrywającego bólu połamanych żeber i potłuczenia przez ostatnie spadnięcie z konia, nie mówiąc o wcześniejszych siniakach narobionych przez katowanie ojca zanim uciekłam wraz z Sarą.
Wchodziłam bardzo szybko w zakręty, widząc że mnie dogania, więc przebiegłam niczym strzała przez jeden ze sklepów, przewracając przy tym jedną piramidkę złożonych z czerwonych koszyków dla klientów sklepu, a wybiegając jak na nieszczęście wpadłam na Rekera i jego durnego przyjaciela! Oczywiście traciłam mocno chłopaka swoim ciałem uciekając, lecz ten szybko nie był dłużny i mnie popchnął mocno, chcąc już mnie jakoś wyzwać wściekły że na niego wpadłam, przez co straciłam równowagę, tracąc przy tym na swojej prędkości, przez co mój ojciec mnie dopadł!!
- Uciekasz z domu kurwo cholerna?!!! - wrzasnął wściekle łapiąc mnie za kołnierz kurtki i uderzył mnie z całej siły z pięści w twarz… Poczułam straszny ból, połączony z okropnym odgłosem „chrupnięcia” kości, które rozsypały się zapewne w drobny mak, a gorąca krew zaczęła zalewać mi twarz, lecz nie pozwolił mi się przewrócić gdyż lewą ręką trzymał mnie żelaźnie, a drugą okładał z całej siły po głowie… Dostałam przynajmniej jeszcze z cztery razy nim ktoś go ode mnie odciągnął, przy czym mnie puścił i z kimś zaczął też walczyć, a ja próbowałam podnieść się otumaniona z podłogi, na której znalazło się pełno mojej krwi, tak więc lekko niebieskawe kafelki zostały zniszczone moją krwią, podczas gdy ja trzymałam się jakoś zakrwawionego nosa i wypluwając dużą ilość szkarłatnej cieczy na kafelki. Prawie wybił mi jednym z uderzeń zęby, a nos to na pewno miałam złamany…
Poczułam że ktoś mnie dotknął, lecz ja na to prawie że nie zareagowałam otumaniona i będąca w szoku z silnych uderzeń z pięści mojego ojca, który zaczął walczyć zapewne z ochroną choć nie widziałam tego, gdyż siedziałam na podłodze próbując się podnieść.
- Dorwę Cię cholerna kurewko! I tamtą małą kurwę też dopadnę!! - wykrzykiwał wściekle w moją stronę, podczas gdy ja jakoś się podniosłam, choć lekko się zachwiałam i starłam rękawem bluzy krew spływającą z mojej twarzy niczym strumyk.

< Reker? ;3 uderzył Cię też? Tym starciem rękawa krwi z twarzy, zmazał jej się nieco makijaż i widać jej wielkiego siniaka na twarzy też po jego wcześniejszych katowaniach xdd >

Od Rekera cd. Irmy

Kto mi mógł go ukraść? - pomyślałem siedząc na niezbyt wygodnym krześle znajdującym się w samym centrum biura akademii, do której na jakiś czas przyszło mi należeć. Pan i Pani Lasamarie za wszelką cenę chcieli się dowiedzieć kto zwinął mój drogocenny sprzęt, aby móc wyznaczyć temu komuś dość dużą karę. W końcu jak to się mówi pieniądze na drzewach nie rosną, a ta elektronika akurat pięćdziesiąt dolarów nie kosztowała. Zresztą i tak niedługo miałem zmieniać ją na nowszy model, ale jakiś zastępczy na ten czas musiał siedzieć mi w kieszeni.
- Reker! Reker! - usłyszałem nagle skrzekliwy głos panny Majers, która zaczęła wymachiwać mi przed oczami o dziwo moją własnością, którą siłą wyciągnąłem z jej dwumetrowych szponów - Irma ci go zabrała... Po plebsie zawsze się można takich rzeczy spodziewać! Nie stać ich to zabierają wszystko tym lepszym. Pewnie wywalą ją z akademii, bo złamała regulamin - zaczęła się puszyć oraz przymilać do mnie swoim ciałem, które skutecznie od siebie odepchnąłem. Przypominając sobie postać tej całej Irmy strasznie zwątpiłem w to, że mogła to zrobić. Taka cicha dziewczyna bojąca się opinii innych ludzi miałaby niby odwagę zrobić coś takiego? Nie możliwe.
- Jakoś ci nie wierzę - prychnąłem zrywając się na równe nogi - Wybacz, ale mam inne plany niż udawanie, że mnie nie wkurwiasz - posłałem jej chytry uśmiech, sprawiając tym samym, iż nastolatka wpadła w dość głęboki stan zakłopotania. Miałem już opuszczać przytulne dla większości osób pomieszczenie, gdy nagle przede mną jak z podziemi wyrosła postać Pana Davida, który z dużym niezadowoleniem zaczął wpatrywać się w swoją podopieczną.
- Domyślam się, że Stefani oddała ci już telefon? - zaczął z grobową powagą, na co skinąłem kilka razy głową. Nie bałem się go w żadnym stopniu. W końcu przyszło mi żyć przez czternaście lat z moim ojcem, którego warknięcia był o wiele, wiele gorsze - W takim razie idź teraz podziękować Irmie Enderfind za uczciwość, a my sobie porozmawiamy - mówiąc to zrobił mi przejście, z którego szybko skorzystałem, aby wymknąć się z tego wariatkowa. Nie wiedząc za bardzo gdzie mogę spotkać brązowowłosą, postanowiłem udać się do akademika i zapomnieć o całej sprawie, lecz jak na szczęście bądź nieszczęście owy obiekt poszukiwań musiał wpaść na mnie kiedy znajdowałem się w połowie schodów na pierwsze piętro. Przez kilka sekund patrzyliśmy na siebie w niemym grymasie, jakby nie mogąc uwierzyć, że nasze dwa istnienia mogą chodzić po jednej i tej samej planecie.
- Irma prawda? - zacząłem jako pierwszy nie chcą przeciągać całej tej sytuacji w nieskończoność - Dzięki, za znalezienie telefonu... Gdyby nie ty pewnie dostałby się w niepowołane ręce i miałbym spore kłopoty - podrapałem się nieco po karku próbując ukryć jakoś swoje zażenowanie obecną sytuacją. Przecież gdyby nie to, że źle zapiąłem kieszenie pewnie by do tego nie doszło, a Majersowa nie sprawiłaby jej zapewne jakiejś wziętej z kosmosu nieprzyjemności.
- Drobiazg - uśmiechnęła się delikatnie przyciskając jedną dłoń do swoich żeber - Miałeś szczęście, że żaden koń ci go nie zdeptał... Leżał na samym środku hali, a tam najczęściej są oddawane skoki - wyjaśniła z lekkim wahaniem, jakby obawiała się tego, iż na nią zaraz nakrzyczę - Miałam ci jeszcze przekazać, że dzwonił jakiś Jay. Chyba chciał powiedzieć ci coś ważnego - dorzuciła po chwili namysłu cofając się o jeden stopień do tyłu - Wybacz, ale muszę już iść...
- Rozumiem... Jeszcze raz dzięki... A co do twojego upadku to lepiej zgłoś się do pielęgniarki, bo mogłaś sobie zrobić krzywdę - poradziłem jej, a następnie wyminąłem ją szybkim krokiem chcąc dostać się jak najszybciej do swojego, prywatnego i nawet bezpiecznego lokum. Byłem ciekaw co takiego ten głupek chciał mi przekazać. Najpierw gada do mnie takim spokojnym głosem, a teraz mu się zachciało przeprosin? Co za głupol. Rzucając się na nieposłane od samego rana łóżko, postanowiłem czym prędzej do niego oddzwonić. Chociaż za pierwszym razem mi to nie wyszło, to nie miałem zamiaru się poddawać. Wybierając od nowa ciąg znanych na pamięć liczb, w końcu dodzwoniłem się do śpiącej królewny, która ledwie potrafiła dodać dwa do dwóch.
- Rek? - kaszlnął kilka razy marudząc nieco pod nosem - No w końcu... Ja tu do ciebie dzwonie, a mi jakaś laska odbiera, której nawet nie zaliczyłeś - w jego głosie było słychać dość duże oburzenie.
- Nie moja wina, że zginął mi telefon - przewróciłem oczami, przekręcając się na swój brzuch - Co mi chciałeś powiedzieć?
- Przyjeżdżam jutro do akademii.

<Irma? ;3>

10.20.2018

Nowy Szablon

Z dniem dzisiejszym na naszym blogu pojawił się nowy szablon, który wyszedł spod ręki szabloniarki Jalo.! Z całego serca dziękujemy jej za trud włożony w swoją pracę i życzymy wielu sukcesów :)
~Jeszcze raz dziękujemy! Irma & Reker.

Od Irmy cd. Rekera

Oddalając się coraz bardziej od toru crossowego, skierowałam się na halę krytą do skoków by jeszcze dzisiaj nieco potrenować skoki. Ból mi nieco przeszedł po kolejnych dwóch tabletkach, więc miałam jeszcze jakieś pola manewrów. W międzyczasie Flawia się uspokoiła na tyle że mogłam z nią potrenować, bo gdyby było inaczej to wolałabym nie ryzykować. Dojechanie do hali nie zajęło mi zbyt wiele czasu, gdyż akademia była dość dobrze rozplanowana i wszystko leżało blisko siebie. Zsiadłam z klaczki na chwilę, nieco przy okazji się otrzepując z kurzu po tamtym upadku wcześniejszym i ruszyłam w stronę przeszkód by je ustawić odpowiednio jak chciałam. Flawia w tym czasie spokojnie sobie stała i obserwowała moje poczynania.
Kiedy ustawiłam przeszkody w dość nie prostej kombinacji, aczkolwiek musiałam bardziej potrenować skręty na przeszkody wiec potrzebowałam takiego treningu, zawłaszcza że miałam problem z tą lewą nogą by trzymać nią konia by mi nie uciekał na boki. Gdy ustawiłam już przeszkody, jeszcze raz się przeszłam po parkurze od przeszkody do przeszkody każdej, uważnie stawiając długie kroki i licząc ile koń będzie miał do przeszkody. Musiałam się upewnić że będzie mieć dość miejsca by nie rozbić się o jakąś przeszkodę, przez brak miejsca, a przecież koń jest bardzo długi więc potrzebuje znaczną ilość miejsca, a w szczególności musi mieć szansę by odbić się nogami aby pokonać daną przeszkodę. Kiedy byłam już w stu procentach pewna wszystkiego, wróciłam do swojego konia, który zainteresował się nieco swoim odbiciem w lustrze niewielkim co mnie nieco rozbawiło, ale dała się spokojnie od swojego "nowego znajomego" odciągnąć. Wsiadłam na nią spokojnie, skracając wodze odpowiednio, a następnie ustawiłam się na starcie, a w głowie odliczyłam czas startu. No Flawia oczywiście nie była takim koniem jakiego ma ten nowy uczeń, więc nie startowała w spokojnej i cichej hali gwałtownie i nagle jak to potrafił jego koń, ale i tak ją uwielbiałam! Była moją ulubioną klaczą i od razu mi wpadła w oko gdy przybyłam do akademii, no ale wracając do treningu, to pogoniłam klaczkę do galopu, a następnie pokonałam szybko pierwszą przeszkodę, czyli podwójną stacjonatę.
W sumie to zrobiłam sobie tor składający się z szesnastu przeszkód przeróżnych by uczyć się przez nie właściwie skakać. Niektóre były dla mnie zupełnie nowe, a niektóre już bardzo dobrze znane, ale wolałam teraz potrenować pokonywanie takich przeszkód, niż na lekcjach by nie stać się po raz kolejny obiektem drwin i wyzwisk. Przejechałam w sumie parkur z pięć razy i za każdym razem lepiej mi to wychodziło, bo zdarzały mi się oczywiście zrzutki, gdyż wciąż się uczyłam najeżdżać odpowiednio, jak i odpowiednio wcześnie wychylać się w siodle do przodu. Może i z punktu widzenia normalnego obserwatora, który nie jeździ konno wydaje się to proste, ale w rzeczywistości takie to nie było, i bardzo dokładnie trzeba było opracować każdy swój ruch by koń zrobił to czego się od niego oczekuje.
W końcu zatrzymałam klaczkę która już nieco się zgrzała, a ja nie chciałam jej jeszcze bardziej zamęczać intensywnym treningiem, zważywszy iż jakiś czas temu już miała skoki i cross. Zadowolona z jej ciężkiej pracy i posłuszeństwa poklepałam ją po szyi dziękując jej tym samym na co cicho zarżała, a ja poluzowałam jej nieco wodze by nie musiała tak ciągle trzymać sztywno głowy. Kiedy miałam już jechać ku wyjściu, nagle usłyszałam dziwne "buczenie" które rozchodziło się gdzieś po hali, a klacz zastrzygła uszami i stałą się czujniejsza, więc złapałam mocniej za wodze, na wypadek gdyby przypadkiem nie zachciało jej się nagle wyrwać ze strachu do przodu albo bryknąć sobie dla zasady.
- Spokojnie - powiedziałam cicho nastawiając bardziej swoje uchu, by zlokalizować lepiej skąd dochodzi owy dźwięk. Po chwili zsiadłam z konia, i zaczęłam kierować się tym hałasem i jak się okazało, na samym środku hali leżał zakopany w brązowym piasku srebrny telefon, a na jego wyświetlaczu pojawiła się informacja że dzwoni jakiś "Jay". Zdziwiona tym wszystkim podniosłam wibrujący telefon z piasku i w sumie dziwiłam się że żaden koń na niego nie najechał gdyż leżał centralnie na środku toru przeszkód, na którym ćwiczyliśmy z panem Polem. Nie wiedziałam za bardzo co robić, ale musiałam znaleźć właściciela owego telefonu, a pytanie się każdego czyj to telefon zajęło by wieki, nie mówiąc o tym że ktoś mógłby się podać za właściciela, a mógł nim oczywiście nie być, gdyż z tego co widziałam, to taki tani ten telefon nie był... Muszę odebrać by się dowiedzieć do kogo należy telefon pomyślałam i przeciągnęłam zieloną słuchawkę w bok tak jak wskazywał wyświetlacz, a po chwili telefon nawiązał połączenie z rozmówcą po drugiej stronie telefonu.
- Halo? - spytałam dość niepewnie trzymając klaczkę za wodze zwisające na jej szyi.
- Ocho... Nie sądziłem że Reker tak szybko przeleci jakaś laskę - usłyszałam rozbawiony głos, co mnie poirytowało. Kolejny baran pomyślałam zniesmaczona jego słowami.
- Uznam że tego nie słyszałam... - mruknęłam cicho w odpowiedzi - Wiesz do kogo należy ten telefon? Znalazłam go na hali do skoków - dodałam by rozwiać jego wątpliwości.
- Yyy... no należy do Rekera... - usłyszałam po drugiej stronie słuchawki.
- A nazwisko byś tak może podał? - westchnęłam na to ciężko - Nie chce mi się ciągnąć co chwilę Cię za język, a z resztą nie mam czasu na pałętanie się po całej akademii szukając barana który go zgubił - dodałam nieco zniecierpliwiona, pokazując że nie mam ochoty na durne żarty czy też zwątpienia.
- Należy do Rekera Blackfreya, mojego kumpla - odezwał się wreszcie.
- Uhu... super... - mruknęłam średnio zadowolona - Wiesz jaki numer pokoju ma ten niezadowolony i wiecznie burczący baran? - spytałam zdając sobie sprawę że nie powinnam tak się odezwać, zwłaszcza że może podkablować tamtemu później wszystko. Jednak z drugiej strony po dzisiejszych wydarzeniach dnia, miałam dosyć już serdecznie kolejnych niespodzianek czy też uśmieszków głupkowatych ze stron innych.
- Numer trzy - odparł spokojnie.
- Dzięki... - powiedziałam krótko i już chciałam się rozłączyć kiedy ponownie się odezwał.
- Jak oddasz mu telefon, to mogłabyś mu powiedzieć że dzwoniłem? - spytał.
- Tak, tak... Powiem - mówiąc to rozłączyłam się, a telefon znowu przeszedł w blokadę uniemożliwiającą korzystanie z telefonu. Widząc to schowałam telefon do kieszeni, a następnie poszłam z klaczą do stajni by się nią należycie zająć po ciężkim treningu, bo w końcu jakbym to zrobiła później to groziło by to jej że się rozchoruje albo gorzej się będzie dużo czuć.
Docierając do stajni, szybko wprowadziłam Flawię do boksu, a następnie rozsiodłałam, na co wyraźnie klaczce ulżyło. Była mokrawa, więc musiałam ją wytrzeć do sucha ręcznikami i zająć się dokładnie pielęgnacją jej sierści i nóg. Samo wycieranie dokładne jej zajęło mi 45 minut, a następnie kopystką wyczyściłam jej kopyta, bardzo uważnie i ostrożnie uważając na jej strzałki. Później wyczyściłam ją zgrzebłami i szczotkami tak by uporządkować jej sierść i wyczyścić z kurzu, bo jednak jakiś tam osiadł na jej sierści w czasie treningu.
Następnie wyczesałam porządnie jej grzywę oraz ogon i szczerze mówiąc to następnego dnia wiedziałam ze muszę ją umyć porządnie, gdyż po prostu już to było u niej wymagane, tak jak strzyżenie sierści, która była już za gruba i na treningach klaczka przez nią bardziej się pociła niż zwykle. Pociągnęłam jeszcze parę razy grzebieniem po jej krzywce na czole, po czym pocałowałam ją w chrapy.
- Już jesteś czyściutka - powiedziałam z uśmiechem na co lekko trąciła mnie pyskiem w lewe ramię.
Kiedy wychodziłam z boksu, uważnie się upewniłam, że klaczka ma świeżą wodę w poidle i jedzenie, a gdy to zauważyłam, zamknęłam jej boks, biorąc do rąk siodło z derką i uzdę by odnieść to do siodlarni, gdy nagle usłyszałam cichy huk. Zdziwiona tym obejrzałam się za siebie i ujrzałam ten sam srebrny telefon. No tak zapomniałam o tym westchnęłam w myślach ciężko i już miałam podnosić telefon, kiedy nagle ta cała Stefani Majers mi go buchnęła z przed nosa i uciekła!
- Na razie tępa frajerko! - krzyknęła do mnie, a ja nie miałam zamiaru za nią biegać... Postanowiłam że powiem wszystko Rekerowi jak go spotkam, choć pewnie nie będzie chciał ze mną rozmawiać, bo pewnie tamta zmora mu naopowiada jaka ja to jestem złodziejka i wszystko... Zmęczona tym wszystkim odniosłam sprzęt Flawi na swoje miejsce, a następnie ruszyłam szukać powolnym krokiem tego cudaka. Ten dzień jeszcze ma jakieś niespodzianki? przeszło mi przez moją zmęczoną głowę i obolałym ciele od dzisiejszych "atrakcji" dnia.

< Reker? ;3 paskuda do was przyleci i nakłamie xdd >