12.23.2019

Od Arleny cd. Sebastiana

Super zaczynasz znajomości Arlena – pomyślałam już po wszystkim gdy oddaliśmy znalezione słuchawki do sekretariatu. Chłopak błyskawicznie się ulotnił, nim zdążyłam mu podziękować, mimo iż jego zachowanie było niestety troszkę nie miłe… Ale czego można było się spodziewać? Nowy zawsze miał przechlapane, bo był ten dziwny i niezbyt mile widziany. Tutaj były już zawiązane pewne relacje między uczniami, a ja w zasadzie nagle dołączyłam do tej szkoły i to tuż przed samymi świętami! Zazwyczaj takich uczniów się nie przyjmuje, zwłaszcza iż taki uczeń ma sporo nauki do nadrobienia. Cóż przynajmniej dano mi szansę, ale doskonale zdawałam sobie sprawę że będą na mnie kładzione większe naciski bym nie odstawała od grupy jak piąte koło u wozu. Wzdychając na to wszystko lekko, jakoś ruszyłam w stronę akademika, gdzie pomogły mi dotrzeć oznaczenia w postaci tabliczek informacyjnych.
Docierając wreszcie do swojego pokoju, opadłam ciężko na swoje pościelone elegancko łóżko, po czym wyjęłam z kieszeni swój telefon, czyli Samsung A40. Doskonale zdawałam sobie sprawę iż to nie jest najnowszy model, bo istniały dużo bardziej zaawansowane niż mój, ale ja o bardzo lubiłam bo był szybki i nie zawieszał się tak przez coraz to nowsze aktualizacje które automatycznie pobierał mając dostęp do bezpiecznego łącza internetowego. Poza tym robił piękne zdjęcia, co też miało dla mnie ogromne znaczenie. Szybko odblokowując ekran jednym pociągnięciem palca, weszłam w zieloną słuchawkę i wybrałam od razu numer kierunkowy do swoich dziadków, a raczej do babci, do domu, gdyż dziadek wciąż jeszcze był w dalekiej podróży by wrócić. Ku mojemu zdziwieniu babcia nie odbierała, co było do niej kompletnie nie podobne! Zawsze niemalże czatowała przy telefonie stacjonarnym by móc w każdej chwili ode mnie odebrać połączenie gdy gdzieś wyjeżdżałam, a tu nagle ona nie odbierała…
Może po prostu poszła do toalety? Tak może gorzej się poczuła, zadzwonię później – pomyślałam, uspokajając nieco swoje nerwowe myśli. Żeby nieco rozwiać czarne chmury nad moją głową, wstałam z łóżka i podeszłam do swojej zielonej walizki, skąd wyjęłam swojego laptopa. Z sekretariatu dowiedziałam się jakie jest tutaj hasło i login do Wi-Fi, więc dość szybko zaczęłam przeglądać różne strony internetowe, od butów po jakieś fajne błyskotki. Sprawdzenie tego wszystkie zajęło mi dość sporo czasu, dzięki czemu też mój brzuch bardzo dobitnie zaczął się upominać o jakieś jedzenie.
Czas coś zjeść – zadecydowałam, po czym nieco niepewnym krokiem wyszłam ze swojego pokoju i pytając się spotkanych po drodze uczniów gdzie tu jest jakaś kuchnia, wytłumaczyli mi jasno drogę, tak więc udałam się za ich wskazaniami. Gdy już dotarłam w wyznaczone przez siebie miejsce, zaczęłam przeglądać ku mojemu zdziwieniu ogromnemu pełną lodówkę przeróżnych produktów w poszukiwaniu czegoś ciekawego do zjedzenia.
Na twarożek nie mam ochoty, na pasztet też nie… Jajka mi się już znudziły… Może zjem…Hmm… O tak! Zjem sobie kanapki z serem żółtym z keczupem! - pomyślałam zadowolona ze swojego planu, po czym zaczęłam sobie spokojnie robić swój posiłek. Kiedy już wszystko było prawie gotowe, nagle do kuchni wparowała jakaś dziewczyna i już poznany mi wcześniej chłopak. Dziewczyna była tak energiczna że ciężko było za nią nadążyć. Najpierw coś mówiła iż jestem nowa i się z tego powodu dziwi, a później nagle urwała ten temat i zaczęła mówić o jedzeniu, by zaraz po kolejnej chwili przeszukiwać lodówkę w poszukiwaniu swojego wyznaczonego w głowie celu. Zaskoczona taką szybkością i zmiennością zdania oraz działania dziewczyną, postanowiłam iż lepiej się nie odzywać, tylko po prostu zrobić swoje i cichutko się ulotnić. Z resztą po wcześniejszej reakcji chłopaka na moją prośbę o pomoc, wnioskowałam iż nie chce on ze mną się znowu użerać w postaci lepszego zapoznania się… Nie mówiąc o tym iż miał już swoja towarzyszkę, tak więc wolałam im obojgu nie przeszkadzać. Tak więc kiedy nie patrzyli, ulotniłam się cicho z kuchni z talerzem kanapek do swojego pokoju.
**
- Czemu nie odbierasz babciu? - zaczęłam do siebie cicho mówić, gdy po raz kolejny nie mogła się do niej dodzwonić. Dzwoniłam już ósmy raz! I wciąż w słuchawce nikt mi nie odpowiadał… Miałam coraz to gorsze przeczucia, przez co nie potrafiłam już wysiedzieć w miejscu. Byłam już pewna iż coś się musiało stać, gdyż takie zachowanie do mojej babci nie było po prostu podobne! No mógł jeszcze jej się zepsuć telefon, ale szczerze w to wątpiłam, gdyż jakiś czas temu babcia specjalnie jechała wraz z dziadkiem do miasta by kupić nowy telefon, gdyż po prostu stary się zepsuł. Do dziadka nawet nie miałam jak zadzwonić, gdyż on nigdy nie nosił przy sobie swojego telefonu komórkowego, bo zawsze jak on sam mawiał, jemu to jest do życia nie potrzebne. Więc zawsze zostawiał go w domu i nie było możliwości by się z nim normalnie skontaktować. Było to bardzo kłopotliwe, ale cóż jak widać starsi ludzie tak po prostu mieli… Czując frustrację, postanowiłam wybrać numer do najbliższych sąsiadów moich dziadków, czyli państwa Roberts. Byli to też starsi ludzie, ale najbardziej się przyjaźnili z moimi dziadkami i w razie potrzeby zawsze można było liczyć na ich wsparcie bez żądania niczego w zamian. Tak jak się spodziewałam, zaraz po trzech sygnałach nastąpiło połączenie.
- Halo? - usłyszałam kobiecy głos.
- Dzień dobry Pani Roberts, tu Arlena Moss, wnuczka państwa sąsiadów – przedstawiłam się lepiej by mogła wiedzieć kim jestem. Oszustów było pełno, tak więc starsza pani bywała bardzo ostrożna co do swoich rozmówców.
- A dzień dobry kochana! - usłyszałam w słuchawce, więc kobieta musiała mnie rozpoznać, gdyż ostatnio była u nas na cieśnie i herbacie przed moim wyjazdem – Coś się stało? - spytała zaraz widząc na swoim zegarze późną porę.
- Cóż… nie jestem do końca pewna pani Roberts… Chodzi o moją babcię, nie mogę się z nią skontaktować, a dzwoniłam już naprawdę wiele razy i wciąż nie mam z babcią żadnego kontaktu, a dziadek jest w podróży, gdyż zawiózł mnie do pewnej akademii jeździeckiej, a babcia została sama w domu – wyjaśniłam jej na szybko – To do niej nie podobne żeby tyle czasu nie odbierała telefonu, boję się że może jest chora, albo coś złego się stało. Czy mogłaby Pani sprawdzić czy u niej wszystko dobrze? Może za bardzo się martwię, bo może telefon się zepsuł ale sygnał połączenia jest, no nie wiem już sama – mówiłam chaotycznie.
- Spokojnie kochana, spokojnie! - uspokoiła mnie wchodząc mi w słowa – Ile razy dzwoniłaś kochana? - spytała po chwili gdy się nieco uspokoiłam.
- No dzwoniłam już dziewięć razy w różnych odstępach czasowych, ale nadal nie mogę złapać z babcią kontaktu – wyjaśniłam.
- To faktycznie dziwne, to do Tatiany nie podobne… Posłuchaj no kochana! Zaraz tam do niej podjedziemy i wszystko sprawdzimy, dam Ci znać gdy już będzie wszystko wiadomo dobrze? Póki co się nie denerwuj… - mówiła spokojnie, próbując uspokoić moje już prawie zszargane ze zmartwienia nerwy.
- Dobrze, będę czekać na telefon, dziękuję bardzo Pani Roberts – podziękowałam kobiecie.
- Nie ma za co, to do usłyszenia kochaniutka! - usłyszałam jeszcze, po czym nastąpiło koniec połączenia, przez rozłączenie się starszej kobiety po drugiej stronie słuchawki. Poczułam się znowu samotna pośród tej przejmującej wokoło mnie ciszy. Powoli rękami mi opadła na udo, mocno wciąż trzymając w dłoni telefon, a wzrok wodził po całym pokoju jakby miało mi to coś pomóc. Miałam w duszy nadzieję że nic poważnego się nie stało, lecz wciąż czułam ten straszny niepokój w sobie. Nie wiem nawet ile czekałam na telefon, ale gdy w końcu zadzwonił, to prawie wypadł mi telefon z ręki! Szybko się pozbierawszy, szybko przeciągnęłam zieloną słuchawkę w bok, dzięki czemu nastąpiło połączenie z rozmówcą po drugiej stronie.
- Halo? - spytałam szybko, denerwując się w środku cała.
- To ja kochana… Byliśmy u Twojej babci – mówiła urwanie i dziwnym głosem, co mi się nie podobało.
- Wszystko z nią w porządku? Co się stało? - pytałam w stresie, chcąc szybkiej odpowiedzi.
- Nie za dobrze kochana… Twoją babcię zabrało pogotowie, miała prawdopodobnie udar – usłyszałam, przez co zamarłam całkowicie. UDAR?! Jak to udar?!!! Babcia była zawsze w świetnej kondycji fizycznej jak na swój wiek! Jak to się mogło stać? - myślała nerwowo, nie mogąc pozbierać myśli w całość. Dodatkowo przerażał ją fakt iż jej babcia leżała pewnie tak nie wiadomo gdzie tyle czasu sama, nie mogąc otrzymać od nikogo wsparcia! Poczuła momentalnie jak robi jej się niedobrze, a serce wali jak oszalałe.
- Twoja mama już o wszystkim wie skarbie! Będzie dobrze zobaczysz! Twoja babcia jest bardzo silną kobietą! - próbowała podnieść mnie na uchu, słysząc iż się w ogóle nie odzywam, mimo iż połączenie ciągle trwało. Zaraz też zaczęłam myśleć o dziadku, który o niczym zupełnie nie wiedział i jechał tak niczego nie świadom do domu, myśląc iż babcia będzie na niego czekać jak zawsze w domu cała i zdrowa!
- Nie martw się, powiemy Twojemu dziadkowi co się stało, gdy przyjedzie – powiedziała jeszcze, odgadując moje myśli momentalnie.
- Dobrze… Dziękuję Pani Roberts – odezwałam się w końcu drżącym lekko głosem, gdyż zbierało mi się na łzy.
- Będzie dobrze kochana zobaczysz! Zajmiemy się wszystkim tutaj, a teraz jedyne co możesz zrobić dla swojej babci, to trzymać za nią kciuki i nadal pilnie się uczyć! Ona by tego chciała… - powiedziała, co sprawiło iż nieco poczułam się lepiej. Miała rację, była przyjaciółką mojej babci, więc znała ją doskonale i wiedziała że zawsze trzymała mocno za mnie kciuki. To sprawiło ze nieco się pozbierałam w sobie. Nie chciałam zawieźć babci, mimo iż w głowie nadal kotłowało mi się od czarnych myśli.
- Dobrze. Jeszcze raz dziękuję za wszystko pani Roberts – podziękowałam jej, wpatrując się otumanionym wzrokiem w swoją pościel.
- Nie ma za co kochana… Trzymaj się! - odparła kobieta, po czym się rozłączyła.
**
Nie mogąc dłużej wysiedzieć w miejscu, postanowiłam się przejść po akademii i nieco pozwiedzać. Nadal było mi smutno z tego czego się dowiedziałam, a w dodatku przez nagłe zachorowanie babci o wigilii nie było nawet mowy. Nie chodziło mi tu o prezenty, lecz o spędzenia wspólnie czasu z rodziną. Uwielbiałam piec z babcią ciasta i przeróżne inne potrawy, pomagając jej w kuchni. To był magiczny czas… Niestety na te myśl zrobiło mi się jeszcze gorzej i nie pomagały tu nawet kolorowe światełka, które wisiały niemalże wszędzie na korytarzach. Oczy bolały mnie już od płaczu, który dość długo trzymał mnie gdy jeszcze wcześniej przebywałam w swoim pokoju. Teraz nie miałam już siły na płacz, a jedynie chciałam odwrócić swoje myśli od ciągłego zamartwiania się o starszą kobietę, która była mi tak bliska sercu. W pewnym momencie tak się zamyśliłam, że nie zauważyłam osoby która szła prosto na mnie i tak oto się zderzyliśmy tak, że wylądowałam tyłkiem na podłodze, która skutecznie i szybko mnie ocuciła. Potrząsając lekko głową na lepsze ocucenie, podniosłam zaraz lekko głowę i jak się okazało, był to znowu ten sam chłopak, którego widziałam wtedy w stajni i w kuchni!
- Przepraszam – cofnął się – Nic Ci się nie stało? - spytał zmartwiony, podczas gdy ja podniosłam się jakoś z podłogi. Cóż… plus był taki iż wylądowałam tyłkiem na dywanie, więc za bardzo nie odczuwałam tak owego upadku na cztery litery.
- Nie nic… Ja też powinnam przeprosić, zamyśliłam się – odparłam spokojnie, nie chcąc żadnego konfliktu.

1820 słów :-)
Jest smutna ;c

12.22.2019

Od Sebastiana cd Arleny

- To nie moje. - Oddałem jej niebieskie słuchawki. - Chyba ci się coś pomyliło. - Wróciłem do spokojnego Glassa, który konsumował właśnie resztki marchewki.
- Jak nie twoje, to kogo? - Nieznajoma ponownie zawitała pod drzwiczkami drewnianego boksu.
- Nie wiem, kręci się tutaj sporo ludzi. - Wzruszyłem ramionami. - Możesz zanieść je do głównego biura. Na pewno ktoś się po nie zgłosi. - Zdjąłem ogierowi brokatowy kantar. Cóż, Blue to Blue. Z nią się nie dyskutuje.
- A gdzie to jest? - Przekrzywia głowę. - Dopiero przyjechałam i nie znam jeszcze dokładnego rozkładu budynków.
- Niedaleko domu kadry. - Wzruszyłem ramionami. - Na pewno trafisz. - Poprawiłem siatkę z sianem, chroniąc ją tym samym przed rychłą śmiercią.
- Nie mógłbyś mnie zaprowadzić? - Mina kobiety wyrażała potworne niezadowolenie.
- Powinienem zająć się koniem. - Rzekłem od niechcenia. - Ale jeśli tak bardzo nalegasz, to tam z tobą pójdę. - Nakryłem gniadosza derką, która po ostatnim spotkaniu z jego zębami, została pozbawiona dwóch pasów. - Bądź grzeczny. - Poprawiłem krzywe podogonie.
- Jesteś niemiły. - Odwróciła się do mnie plecami. - Jeśli masz to zrobić z łaski, to mi w ogóle nie pomagaj.
- Kobiety. - Przewróciłem oczami. - Chodź już. Nie mam zamiaru odpowiadać za twoje zaginięcie.
***
Powinienem coś zjeść. - pomyślałem, drapiąc Sainta za oklapniętym uchem. Kluska z miesiąc na miesiąc była coraz większa, a moje łóżko, zaczynało mu powoli nie wystarczać. Uważając na jego obśliniony pysk, powoli zszedłem z wygodnego materaca, a następnie spojrzałem na tarczę ściennego zegara. Kolacje wydadzą dopiero za dwie godziny. Może do tego czasu zapcham się kanapkami? - wsunąłem stopy w wysokie trampki, których sznurówki zniknęły gdzieś w odmętach mrocznego pokoju. Potykając się o pojedyncze zabawki bernardyna, opuściłem przypisane mi lokum, z celem odnalezienia odnowionej niedawno kuchni.
- Gdzie tak zmierzasz? - Roześmiana Blue wbiła palce w moje żebra.
- Najeść się. - Zgiąłem się z bólu. - Nie wytrzymam do dziewiętnastej. - Przyznałem, delikatnie się przy tym uśmiechając.
- Tosty? Z Nutellą? Co ty na to? - Zabawnie poruszyła brwiami. - Dużo tostów z Nutellą. - Zdecydowała za mnie.
- Dobrze. - Przetarłem oczy. - Będą tosty z Nutellą. - Ruszyłem w dalszą drogę, umilają przez ciekawe opowieści Branwell na temat planów świąt. To zaskakujące, że przez kilka godzin dziewczyna potrafiła uszyć dla siebie nową bluzę, której motywem przewodnim były święta. No tak… Święta…
- Pójdę po chleb. - Dwudziestolatka wbiegła do schludnego pomieszczenia, gdzie oprócz nas przebywał ktoś jeszcze. - O! O? - Przyjrzała się nowej. - Nie wiedziałam, że jest ktoś nowy.
- Jak widać jest… - powiedziała tamta.
- Nie zauważyłaś? - Rzuciłem ze śmiechem.
- Nie. Mam lepsze rzeczy do roboty niż interesowanie się tym, kto przychodzi. - Blue wyjęła chleb i Nutellę. A potem inne kremy. - Decyduj Bash, kanapki same się nie zrobią. - Chyba nie przejęła się dziewczyną.
- Nutella. - Odkręciłem wieczko słoika. - Ile zjesz?
- Zobaczę. - Dziewczyna otworzyła wszystkie pozostałe słoiki i zaczęła tworzyć dziwaczne kombinacje. Po drodze zgarnęła jeszcze kilka dżemów i owoców. Potem je policzyła. - Pięć wystarczy. Zrobiłeś swoje? A nie, czekaj. Miałam coś… no tak! Amorek prosił, żebyś w końcu do niego dołączył. - Oparła się i konspiracyjnym szeptem rzuciła mi do ucha. - Ma niespodziankę.
- Jaką? - Uniosłem w zdumieniu brwi.
- Gdybyś wiedział, jaka by to była niespodzianka. - Zaśmiała się. - Jest u Mikaelsona. Idź, podrzucę ci tosty jak je zrobię. - Wyjęła mi z kieszeni klucze.
- Nie, zostanę i pomogę - zdecydowałem. - To był mój pomysł.
- Jak chcesz. - Wsadziła tosta i wróciła do opowieści o nowym projekcie cosplay'u dla Ro.
***
- Dziwna jest. - Zmarszczyła nos Blue, siedząc na kolanach Ronana, ku niezadowoleniu Adama. - Ta nowa.
- Ty nie lubisz ludzi BB. - Zauważył Ro i podał mi pakunek. - Wesołych świąt. Nie wiedziałem, co kupić, więc liczę, że będziesz zadowolony.
- Nie musiałeś. - Zakłopotałem się. - Na pewno mi się spodoba. - Odpakowałem starannie zapakowany przedmiot. - To jest wspaniałe! - Uradowałem się.
- Dzięki. - Uśmiechnął się. - Więc wesołych świąt!
- Kiedy wyjeżdżacie? - Blue popatrzyła na nich zainteresowana.
- Jutro. - Ronan cicho mruknął, gdy Adam szepnął mu coś do ucha. - A ty?
- W sobotę. - Westchnęła. - Mam jeszcze zmianę w barze. - Uśmiechnęła się. - Dobra, czas na mnie. Mikaelson, masz swojego kochasia dla siebie. Chodź Bash. - I ruszyła do drzwi.
Na korytarzu przyglądała mi się zaciekawiona.
- Co dostałeś? - Zapytała.
- Książkę i figurkę Azymondiasa. - Pokazałem jej niebieskiego smoka. - Głupio mi, że nic dla niego jeszcze nie mam.
- Super. - Uśmiechnęła się. - Spoko, Ronan nie oczekuje nic w zamian. - Zaśmiała się. - Zawsze możesz zrobić jak ja i wykminić coś po świętach. - Stanęła przed drzwiami. - To ten. Szczęśliwej Hanuki, gdybyśmy się nie widzieli. - Przytuliła mnie i weszła do siebie do pokoju. Nie mając nic do roboty, postanowiłem przejść się trochę po przystrojonej akademii. Migoczące dookoła lampki, nadawały IHA szczególnego klimatu. Zapatrzony w świąteczne ozdoby, wpadłem nagle na bliżej nieokreśloną osobę. Jak się potem okazało, była to ta nowa dziewczyna, wpadająca na mnie od samego rana.
- Przepraszam. - Cofnąłem się. - Nic ci się nie stało?

Arlena?
749

Nowy Koń Noah

Imię: Test of Heart aka. Tester
Rasa: Miks konia z koniem. Nikt nie jest pewien, jednak prawdopodobnie duży udział w tej mieszance wybuchowej miały appaloosa i konie pełnej krwi angielskiej.
Wiek: 5 lat
Płeć: Ogier
Charakter: ToH jest koniem niezwykle upartym, co spotęgowane z pewnością zostało przez fakt, iż pierwszy kontakt z jakimkolwiek szkoleniem miał raptem kilka miesięcy temu. Do tej pory udało się go jednak tylko częściowo przyzwyczaić do wszystkich tych rzeczy do których koń przyzwyczajony być powinien. Nadal nie czuje się zbyt dobrze wśród ludzi, często próbuje ugryźć czy kopnąć. Szybko weryfikuje każde niedopatrzenie czy też skuteczność najróżniejszych metod szkoleniowych. Nie znosi nudy, często stojąc w boksie albo ćwiczy swoje i tak już niezłe umiejętności otwierania wszelkich drzwi, albo też znajduje rozrywkę w przeżuwaniu tego, co zostało przez nieuwagę zostawione w pobliżu. Tester należy do koni całkiem dobrze radzących sobie z “zagrożeniami” otwartych przestrzeni, jednak oswojenie się z nieznanymi przedmiotami potrafi mu zająć dłuższą chwilę.
Dyscyplina: Gryzienie, kopanie, zrzucanie z grzbietu oraz niszczenie wszelkich marzeń. Jak widać jest koniem bardzo wszechstronnym.
Należy do: Noah Blake

Od Noah cd Leonarda

- Krowy? - powtórzyłam, unosząc lekko brew.
- Krowy - Sam wziął truskawkę. - Nie mogę pozwolić, żebyś zapomniała jak wyglądają.
Kopnęłam przyjaciela w kostkę, wybuchając śmiechem.
- Noah! - oddał mi. - Zachowuj się przy gościach.
- Przepraszam mamo. Pójdę poszukać koni.
- Idę z tobą. - Leo wstał z ławki. 
- Oczywiście że idziesz. - Roześmiał się Sam. - Konie same się nie wyczyszczą. Zgarniesz mi Jaxa? 
- Jasne. Chodź - zwróciłam się do Leonarda - czas złapać transport. 
***
Złapanie trzech koni, które nie chciały zostać złapane, spośród całego stada, które nie chciało zostać złapane nie było najłatwiejsze, ale potem poszło już całkiem gładko. Trzy wierzchowce zostały wyczyszczone, a dwa z nich również osiodłane (bo ja uznałam, że będzie szybciej jeśli pojadę na samym kantarze). Następnym punktem do zrealizowania było znalezienie jakichś krów. To też było proste tylko dopóki nie wzięło się pod uwagę powierzchni rancha i faktu, że stada mogły się znajdować dosłownie gdziekolwiek. Sam zorganizował jeszcze Leo krótką lekcję kierowania koniem i wyjechaliśmy w stronę najbliższego wodopoju.
***
- Dużo ich! - To był pierwszy komentarz jaki padł z ust Leonarda, gdy wreszcie udało nam się znaleźć jedno ze stad (swoją drogą wcale nie aż tak duże). - To na pewno bezpieczne?
- W najgorszym wypadku stratują cię na krwawą miazgę, a ty mimo wszystko przeżyjesz - odpowiedziałam, wzruszając ramionami. - Ale to nie zdarza się zbyt często.
Sam roześmiał się, dając gniademu wałachowi sygnał, by przyspieszył.
- To wyścig? - Krzyknęłam za nim, ale nie odpowiedział, więc oboje z Leo pospieszyliśmy konie i po kilku minutach udało nam się zbliżyć do krów na tyle, na ile było to w ogóle możliwe. Bądź co bądź to jednak dość dzikie zwierzęta, które nie widują ludzi zbyt często.
- Wow, zawsze myślałem, że krowy są… no nie wiem… jakieś mniejsze. Albo, że mają mniejsze rogi. - Leo zsiadł z konia i spróbował podejść bliżej, ale szybko odskoczył gdy krowa zamuczała. - Aa! Co to było?!
Sam i ja spojrzeliśmy na siebie, zanim wybuchnęliśmy śmiechem, a Leo zrobił się czerwony.
- To krowa - powiedziałam, starając się opanować śmiech. - Krowy muczą.
- Mogliście mnie ostrzec!
- Założyłam, że wiesz takie rzeczy. - Otarłam spływającą po moim policzku łzę.
***
Wchodząc do pokoju zapaliłam światło. W oknie pojawiło się moje odbicie, a całe pomieszczenie wydawało się jeszcze bardziej przygnębiające niż za dnia. Ostatni raz widziałam je w tym stanie gdy po raz pierwszy w życiu pojawiłam się na farmie Henry’ego i Elisabeth. A to, mimo wszystkich dobrych rzeczy, które mnie tu spotkały, wciąż nie był najprzyjemniejszy moment mojego życia. Westchnęłam cicho, zamykając na chwilę oczy, by pozbyć się z myśli wspomnień.
- Blokujesz przejście. - Leo zaśmiał się, przesuwając mnie nieco w bok, by móc wejść do pomieszczenia. - Wszystko okej? 
- Tak! - odpowiedziałam nieco zbyt entuzjastycznie, przynajmniej jak na mój gust, i potrząsnęłam lekko głową, wracając do rzeczywistości. - Jestem po prostu zmęczona - usprawiedliwiłam się.
- Więc chodź do łóżka. - Uśmiechnął się i otworzył szafę, w której znajdowało się kilka naszych ciuchów.
- Nie mogę. - Odgarnęłam włosy z twarzy. - Chciałam pogadać z Samem… 
Uśmiech Leonarda nieco zmalał. Nie miałam ani pojęcia o co mu chodzi, ani siły się nad tym zastanawiać.
- Postaram się zaraz wrócić. - Dodałam, odwracając się i wychodząc z powrotem na korytarz.
Znalazłam Sama w salonie. Przeglądał jakąś kolorową gazetkę ze sklepu, najwyraźniej nie mając nic ciekawszego do zrobienia.
- Hej - odezwałam się, wchodząc się, wchodząc do pomieszczenia.
- Cześć. - Podniósł głowę i delikatnie się uśmiechnął. - Wyglądasz jakbyś coś ode mnie chciała.
- Może chcę? - Zaśmiałam się. - Miałam zamiar wypytać cię o tego nowego konia. Ciemny, trochę dziki, był dziś na pastwisku…
- Test? To nowy nabytek Jake’a. - Wyjaśnił Sam. - Diabeł wcielony. Jake zajmuje się nim już dwa miesiące, a nadal jedyne co może przy nim zrobić to założenie kantara. Chyba nawet on powoli zaczyna zastanawiać się na odpuszczeniem, bo przekonanie tego konia do czegokolwiek jest praktycznie niemożliwe. - Przyznał.
- Myślisz, że zgodziłby się, żebym ja spróbowała? - Gdzieś z tyłu głowy już widziałam reakcję Ro na sam ten pomysł.
- Chcesz rzucić akademię? - Zmarszczył brwi.
- Nie. Ale może mogłabym go zabrać ze sobą… - Zastanowiłam się. - W końcu udało mi się już ogarnąć kilka koni…
- Jeśli uważasz, że to dobry pomysł, musisz pogadać z Jake’em.
Tak też zrobiłam i po dość długiej rozmowie o wszystkich za i przeciw uznaliśmy, że mogę spróbować. ToH miał zostać moim prezentem urodzinowym, tyle że Jake nigdy nie nazwał tego w ten sposób. Ustaliliśmy, że zmusimy go do wejścia do przyczepy i któryś z braci przywiezie go, kiedy ja i Leo będziemy wracać do akademii. W razie gdybym nie radziła sobie z ułożeniem go, koń miał też wrócić na rancho, ale wiedziałam, że bez względu na to jak źle będzie, zrobię wszystko by do tego nie dopuścić.
Gratulacje, Noah Blake. Właśnie oficjalnie dostałaś swojego pierwszego konia.
Z bananem na twarzy wróciłam do swojego pokoju. Leo już spał, najwyraźniej zmęczony po całym dniu zwiedzania, jeżdżenia i oglądania krów, więc tylko po cichu wzięłam szybki prysznic i starając się być jak najciszej, położyłam się spać.
***
Następnego dnia wstałam na długo przed wschodem słońca. W zasadzie całą noc i tak praktycznie nie spałam, więc nie musiałam się martwić, że zaśpię i nie uda mi się wymknąć z domu tak, by nie wpaść na nikogo. Zwłaszcza Sama, bo nie miałam ochoty popsuć sobie dnia wysłuchiwaniem urodzinowych życzeń - Sam był jedyną osobą, która odmawiała przyjęcia do wiadomości informacji, że nie obchodzę urodzin, co może nawet byłoby urocze, gdyby nie było tak irytujące. Upewniając się, że Leo śpi, wyślizgnęłam się z łóżka, po czym naciągnęłam na siebie pierwsze znalezione spodnie i bluzę. Na szybko rozczesałam jeszcze włosy, związując je w tradycyjnie rozpadający się po trzech sekundach kucyk i wyszłam z pokoju. Z łatwością wymijałam skrzypiące deski w podłodze, starając się być jak najciszej.
Szło mi całkiem dobrze. Przynajmniej tak długo, jak nie przyszło mi minąć kuchni. 
- Noah? - Przyciszony głos bez cienia wątpliwości należał do Sama. - Chodź na chwilę. 
Westchnęłam cicho, wchodząc do spowitego mrokiem pomieszczenia. A było tak blisko… 
- Hej. - Przytulił mnie mocno. - Wszystkiego najlepszego. 
- Sam - jęknęłam, starając się uwolnić z uścisku przyjaciela. Bezskutecznie. - Proszę? - Tym razem efekt był już lepszy i zostałam wypuszczona.
- Zjedz coś. - Podał mi kanapkę. Czy Sam naprawdę czekał już wystarczająco długo, by zdążyć zrobić mi śniadanie? Musiałam przyznać, że tego się nie spodziewałam. 
- Nie jestem głodna. - Spojrzałam na trzymane w dłoni jedzenie.
- Wiesz, że nie wypuszczę cię dopóki nie zjesz. - Obserwował jak po dłuższej chwili daję za wygraną i biorę pierwszego kęsa. - Do zobaczenia później. - Uśmiechnął się bez przekonania, poprawił kosmyk włosów, który wpadł mi do oczu i zostawił mnie samą.
***
Przynajmniej nie padało. Chmury szybko płynęły po niebie, co chwilę zasłaniając słońce, więc nie można też było powiedzieć, by było ciepło i przyjemnie, ale przynajmniej nie padało. To był chyba najradośniejszy akcent tego dnia.
Odnalezienie właściwego miejsca przychodziło mi z łatwością. W końcu przez ostatnie lata spędziłam tu mnóstwo czasu. Cały czas - by być dokładnym - kiedy nie pracowałam, nie spałam lub nie byłam w szpitalu. Cmentarz stał się moim drugim domem. A może jedynym domem?
Usiadłam na ziemi przed granitową płytą.
Wszystkie nagrobki były identyczne. Na większości z nich leżały kwiaty czy znicze, tylko pojedyncze zdawały się być porzucone. Grób Tony’ego zaliczał się do tej pierwszej grupy. Dziś. Janine i Danny raz do roku przypominali sobie o jego istnieniu i zostawili tu wieniec.
- Co za kochani rodzice - mruknęłam do siebie, obejmując kolana ramionami.
Miałam spędzić tu cały dzień. A przynajmniej dopóki Sam nie uprze się, żebym wracała. Nie chciałam wracać. W końcu co innego miałam robić? Siedzieć w domu i udawać, że ja też zapomniałam o bracie? I tak miałam wyrzuty sumienia, że tak bardzo nie chciałam ich spotkać, że przyszłam tu dopiero dzień po rocznicy jego śmierci. Z drugiej strony trzy lata i jeden dzień temu wciąż nie wyobrażałam sobie, że Tony może nigdy nie wrócić. Czasem zresztą nadal przyłapywałam się na czekaniu aż zadzwoni.
Trudno mi powiedzieć ile czasu tak spędziłam zanim usłyszałam cichy szelest trawy, a chwilę później ktoś kucnął obok mnie, ale słońce powoli obniżało się już nad horyzontem.
- Czas wracać. - Sam obiął mnie ramieniem, a ja instynktownie się do niego przytuliłam.
- Nie chcę. - Pociągnęłam nosem.
- Wiem - powiedział spokojnie. - Ale obawiam się, że książe może nam się przeziębić - dodał, a ja na ułamek sekundy się uśmiechnęłam.
Faktycznie, było zimno - wiało chyba nawet bardziej niż rano - a ja zwyczajnie do tej pory nie zwróciłam na to większej uwagi i dopiero teraz zaczęło do mnie docierać jak bardzo zmarzłam przez te kilka godzin. Otarłam z policzków łzy i rozejrzałam się dookoła. Leo stał kilka metrów dalej, obserwując nas, ale chyba nie bardzo wiedząc co powinien zrobić. Westchnęłam, znów zatapiając twarz w bluzie Sama. Byłam pewna, że zrobił wszystko, by Leonard został w domu. Teraz zapewne będzie chciał wiedzieć o co chodziło, a ja nie za bardzo miałam ochotę o tym rozmawiać.
- Masz kluczyki do auta? 
- Tak. - Wyciągnęłam je z kieszeni spodni i podałam przyjacielowi. 
- Więc czas wracać. Bez dyskusji, Noah. - Wstał i wyciągnął w moją stronę rękę, by mi pomóc. 
Przez chwilę jeszcze stałam przed grobem, co wystarczyło, by dołączył do nas Leo. 
- Wszystko w porządku? - Odezwał się. 
Wzięłam głęboki wdech i wbiłam wzrok w nazwisko na grobie.
- Poznaj mojego brata - powiedziałam szybko.
- Leo, pojedziesz samochodem Noah. - Sam podał mu kluczyki do mojego pickupa, uniemożliwiając ciągnięcie tematy Anthony'ego i kierując mnie w stronę wyjścia z cmentarza. 

Leo? 
1507

12.21.2019

Od Arleny do Sebastiana

- Kochanie pośpiesz się! Dziadek już czeka! - usłyszała krzyk swojej babci, która wołała ją z dołu schodów.
- Już idę babciu! Musiałam jeszcze pójść po jedną rzecz – mówiąc to szybko wyszłam ze swojego pokoju, w którym przyszło mi dość długo mieszkać u swoich dziadków. Moja matka nigdy nie miała dla mnie czasu, tak więc dość dobrze mieszkało mi się na wsi z dziadkami, gdzie stale miałam ich uwagę, a przy tym zobaczyłam inny świat. Więcej natury, więcej przyrody, a nie jedynie asfaltowe ulice, kamienne bruki i głośny ryk miasta do którego byłam aż tak bardzo przyzwyczajona. Z początku było mi dziwnie będąc z dala od gwarnego i wiecznie zabieganego życia, lecz po tygodniu się przyzwyczaiłam i tak oto przekonałam się iż życie na wsi jest znacznie lepsze niż w mieście. Uwielbiałam swoje szalone przejażdżki daleko w teren na Eveningu! Aż do tej pory ciężko mi było uwierzyć, że moi dziadkowie namówili moją wiecznie sceptycznie do wszystkiego nastawioną matkę, do tego by kupiła mi konia!
Miałam już swojego siwka od trzech miesięcy, ale bardzo dobrze się z nim dogadywałam. Uwielbiałam swojego czterokopytnego towarzysza, który choć trochę wypełniał mi pustkę przez nieobecność wiecznie zabieganej matki i niestety całkowity brak ojca w moim życiu. Do tej pory nikt mi nie chciał zdradzić z kim chodziła moja matka gdy zaszła w ciążę… Bolało mnie to, bo przecież miałam prawo znać swojego ojca, niezależnie jaki by on nie był! Nawet jeśli byłby paskudnym człowiekiem, to chciałam to wiedzieć by uspokoić swoje pragnienie poznania go. Miałam jednak smutne przeczucie, że do końca życia ta prawda będzie przede mną zatajana. Być może i dla mojego dobra, ale sama już nie wiedziałam co o tym wszystkim mam myśleć. Z zamyśleń wyrwał mnie zniecierpliwiony już głos mojej babci, która zmieniła już sposób przywołania mnie na dół.
- Arleno Moss! W tej chwili na dół, młoda damo! Ileż można czekać? Twój dziadek już zrzędzi – mówiąc to szybo oprzytomniałam i zbiegłam po schodach czym prędzej na dół, nie chcąc już denerwować starszej kobiety.
- Już jestem przepraszam… Chciałam jeszcze wziąć książkę na drogę – mówiąc to pokazałam jej ową książkę trzymaną w ręce, na co kobieta jedynie pokręciła głową.
- Dobrze już dobrze kochanie, ale śpiesz się bo Twój dziadek ma swoje lata, a przed wami kilka godzin podróży skarbie – mówiąc to wręczyła mi jeszcze reklamówkę pełną kanapek jak dla wojska.
- Babciuuuu… Kto tyle tych kanapek przeje? - spytałam głęboko zszokowana ilością prowiantu na drogę.
- Lepiej za dużo niż za mało skarbie, a teraz idź idź już i nie zapomnijcie dzwonić do mnie z drogi bym się o Was nie martwiła! - mówiąc to mocno mnie uściskała i pocałowała w czoło jak miała w zwyczaju.
- Dobrze, pa babciu! - pożegnałam się po czym czym prędzej wybiegłam z domu, prosto do samochodu dziadka czyli srebrnego pickupa hiluxa z napędem na cztery koła.
Tutaj taki wóz był podstawą by nie zakopać się w zaspach czy też mocno zasypanych przez śnieg drogach. Tutaj nie wszędzie docierały pługi, zwłaszcza do tych siedlisk mieszkalnych gdzie jechało się bardzo długo polnymi dróżkami. Dlatego też nie raz trzeba było odśnieżać samemu drogę, co było nie lada wyzwaniem, ale moim dziadkom to nigdy nie przeszkadzało, zwłaszcza iż mieli bardzo miłych sąsiadów, którzy w razie czego sami proponowali odśnieżenie im drogi swoim traktorem rolniczym o dużej mocy.
- Jesteś wreszcie – usłyszała swojego dziadka, gdy się już zapinała w pas bezpieczeństwa na miejscu pasażera z przodu.
- Przepraszam dziadku, ale nie mogłam znaleźć książki – odparłam ze skruchą.
- Gdybyś kładła wszystko na swoim miejscu, to byś nie miała takich problemów ze znajdowaniem rzeczy kochanie – mówiąc to odpalił silnik samochodu, po czym spokojnie ruszył, a ja jeszcze pomachałam na pożegnanie babci, która odmachała mi szybko, a później gdy auto się obróciło, spojrzałam ponownie na starszego mężczyznę.
- Wiem wiem… - westchnęłam lekko po czym skierowałam znowu swój wzrok na pola, przez które teraz jechaliśmy. Koń był już dawno załadowany do przyczepy, wraz z jego wszystkimi rzeczami, więc wystarczyło przejechać parę kilometrów by wjechać na drogę szybkiego ruchu, a następnie na autostradę.
- Dziadku? - zaczęłam niepewnie.
- Tak? - odparł pytaniem na pytanie spokojnie, będąc uważnym na drodze.
- Dlaczego nie chcecie mi powiedzieć kim był mój ojciec? - spytałam, przez co mina mu wyraźnie zrzedła.
- Nie drąż tego tematu Arleno, nie ma o czym tu rozmawiać – odparł jedynie, lecz ja się nie poddawałam.
- Ale dziadku… Mam już przecież te dziewiętnaście lat i chcę poznać chociaż część prawdy, bo inaczej nigdy nie zaznam spokoju – starałam się jakoś zagrać mu na uczuciach, gdyż było to dla mnie bardzo ważne – Wiesz kto to jest przecież… Mama mi nigdy tego nie powie przecież.
- Dziecko drogie, to już zamknięty rozdział, a Ty dalej chcesz otwierać stare rany? - spytał na chwilę spojrzawszy na nią kątem oka.
- To nie moje rany… - mruknęłam cicho pod nosem – Zasługuję na prawdę, to nie moja wina jeśli matce coś nie wyszło, nie tępcie mnie za to że chcę znać swojego ojca – burknęłam już wiedząc iż nic mi nie powie.
- Arleno nie możesz go poznać, bo zrujnujesz mu życie. Nie można od tak otwierać zamkniętych drzwi i przez nie wchodzić jakby nigdy nic się nie stało. Każdy czyn ciągnie za sobą pewne konsekwencje i Ty musisz to wiedzieć – odparł poważnie, zmieniając w tym czasie pas z lewego na prawy.
- Babcia mówi to samo! - powiedziałam oburzona, krzyżując ręce na klatce piersiowej i odwracając wzrok na prawo, patrząc przez szybę, gdzie mogłam zobaczyć różne zabudowania w oddali, które mijaliśmy z dużą szybkością.
- Taka prawda kochanie, nie masz naprawdę o co się złościć. Przecież wiesz że to wszystko jest dla Twojego dobra – próbował mnie przekonać.
- Ja tego nie odpuszczę. Dlaczego ja nie mogę mieć normalnej rodziny? Matka fiśnięta bo ciągle obchodzi ją tylko i wyłącznie praca, a ojca nie mam, bo tak jest lepiej według Was i do tego całe życie wszystko przede mną ukrywacie. Wiecie jak ja się czuje postawiona w takiej sytuacji? - mówiłam już zdenerwowana szybko – A zresztą nie było tematu… Po śmierci się nie dowiem niczego nawet – mówiąc to zakończyłam rozmowę, krzyżując ręce na klatce piersiowej i na nic już nie miałam ochoty. Byłam zła że też nie chciał mi powiedzieć, a byłam pewna że chociaż on się nade mną zlituje. Wiedziałam że jeśli nie dowiem się tego od dziadków, to od matki już tym bardziej! Ona nienawidziła wracać do tego tematu i tym bardziej urywała wtedy ze mną kontakty. W zasadzie to czułam się coraz bardzie tak, jakby była dla mnie zupełnie obcą osobą… Oddalała się ode mnie i dzwoniła raz na parę miesięcy, jeśli akurat sobie o mnie przypomni. Ja wiedziałam że nie powinnam narzekać, bo przynajmniej mogłam jeździć konno, miałam jakieś tak środki na normalne życie, ale co z tego z drugiej strony skoro prawie w ogóle nie miałam żadnej rodziny? Takiej normalnej związanej z matką i ojcem, którzy wiecznie zrzędzą na swoje dzieci razem, które nie chcą się uczyć itp.
Obserwując tak otoczenie, które mijaliśmy samochodem, zobaczyłam nagle że skręcamy w stronę stacji benzynowej, a wiedziałam iż mamy pełny bak, więc stwierdziłam iż pewnie dziadek musi zapalić papierosa na uspokojenie, gdyż zawsze tak robił. Uzależnienie robiło swoje, ale ani myślał to rzucić, o co nie raz, nie dwa były o to kłótnie w domu urządzane przez moją babcię. Dziadek był jednak nieugięty. Widząc iż zaparkował na miejscu postoju, dla pozostałych aut, zaciągnął ręczny, przełączył auto na luz, po czym odpinając pas bezpieczeństwa wyszedł i skierował się do stacji benzynowej. Wzdychając na to lekko, przez dobre kilka minut słuchałam rechotu silnika diesla samochodu, by w końcu po tym czasie zobaczyć swojego dziadka z paczką papierosów w kieszeni i dwoma jakimiś gorącymi napojami w kubkach, co mnie zainteresowało jakiż to mój dziadunio miał plan, projekt i pomysł, jak to mówiła moja babcia gdy już dziadek się za coś brał do pracy. Otwierając mu drzwi, by mógł wejść do środka, wręczył mi jeden z gorących napojów do ręki, a swój kubek odłożył na specjalne miejsce w aucie. Patrząc na niego pytająco, zapiął ponownie swój pas, a następnie oparł swoje ręce na kierownicy samochodu i lekko westchnął.
- Posłuchaj uważnie to co teraz Ci powiem… Dowiesz się tylko pewnej części, ale nie możesz o tym powiedzieć ani babci, ani swojej mamie dobrze? - spytał wlepiając we mnie to swoje poważne spojrzenie, które nigdy mi się nie podobało.
- Dobrze – odparłam niemalże natychmiastowo, zupełnie ignorując iż gorący, plastikowy kubek lekko parzy moje dłonie.
- Pewnego dnia Twoja matka poszła do koleżanki na sylwestra, na imprezę by uczcić nadejście nowego roku. Zgromadziło się tam dość dużo znajomych i jak pewnie wiesz i nie tylko samych kobiet… - urwał na chwilę, uważnie na mnie patrząc, a ja skinęłam lekko głową, na znak iż ciągle go słucham – Zabawa rozwinęła się na całego, wszyscy wypili o wiele za dużo, przez co stracili racjonalne myślenie i nie wiedzieli za bardzo co robią – mówił dalej, a ja poczułam że mimowolnie zaciskam nieco bardziej ręce na kubku gorącego napoju, domyślając się powoli tego, do czego dziadek zmierzał z opowieścią – Twoja matka poszła z kimś do łóżka, z kim nie powinna… Z kimś kto miał już kogoś na oku, a w zasadzie jej przyjaciółkę, ale się stało. Po pewnym czasie dowiedziała się, że jest w ciąży i chciała o tym wszystkim powiedzieć, lecz dowiedziała się iż owy mężczyzna oświadczył się jej najlepszej przyjaciółce, więc się wycofała… Nie chciała rujnować im życia, dlatego też postanowiła z tym milczeć i po prostu wyjechała bez słowa z tamtej miejscowości. Zerwała kontakty z tamtymi osobami, wszystko. Nigdy nikt się niczego nie dowiedział, a my pomogliśmy twej matce Cię wychować. Tak to się skończyło. On ma własną rodzinę, a Ty masz nas… Dlatego proszę Cię nie drąż już więcej tematu. Twoja matka jest jaka jest, ale zawsze chciała dla Ciebie dobrze – mówiąc to pogłaskał mnie po głowie jak małe dziecko.
- Mhym… odzywając się raz na parę miesięcy, wzorowa matka – mruknęłam ironicznie, wlepiając spojrzenie w parujący kubek, z którego dochodził zapach gorącej czekolady.
- Twoja mama ciężko pracuje i ma swoje wady, ale mimo wszystko Cię bardzo kocha – mówiąc to wyjął z kieszeni tabliczkę czekolady o smaku oreo, którą zawsze uwielbiałam i mi ją wręczył – To na poprawę humoru. Nie smuć się już! Czeka Cię wiele fajnych przygód w nowej szkole – mówiąc to ruszył spokojnie z miejsca i wjechał ponownie na autostradę.
**
Droga do akademii dłużyła się niesamowicie! Bardzo chciałam już wszystko zobaczyć, a przede wszystkim miałam nadzieję na to iż spotkam jakiś fajnych ludzi z którymi się zaprzyjaźnię. Wiedziałam oczywiście że równie dobrze może być tam bardzo zacięta rywalizacja, ale z drugiej zaś strony starałam się myśleć pozytywnie. Widząc z oddali tabliczkę wskazującą drogę do akademii, w której miałam już za chwilę zamieszkać, sprawiła że serce zabiło mi szybciej z napływu różnych emocji. Strach pomieszany z ekscytacją. Jadąc już nieco polną drogą, usłyszałam jak Evening kopie lekko kopytem w podłogę, także nie mogąc się doczekać przyjazdu i rozprostowania wreszcie swoich nóg. Nie lubił za bardzo długich przewozów w przyczepie, lecz zawsze jakoś udawało mi się go przekabacić kosteczkami cukru, dzięki którym mi jakoś wybaczał te tortury stania w przyczepie.
- No to jesteśmy na miejscu – oznajmił dziadek, gdy wjechaliśmy już na normalną kostkę, przejeżdżając przez ogromną i piękne zdobioną bramę akademii. Dziadek zatoczył krąg po specjalnym placu, a następnie zatrzymał się tuż przy jednej ze stajni. Szybko odpięłam pas i wyszłam na zewnątrz, czując chłodnawe powietrze, które uderzyło we mnie gwałtownie po wyjściu z rozgrzanego dotąd auta. Szybko zatem ubrałam na siebie ciepłą kurtkę, a następnie podchodząc spokojnie do przyczepy, zauważyłam iż w naszą stronę idzie jakaś kobieta, uśmiechnięta od ucha do ucha.
- Dzień dobry! Witam w akademii jeździeckiej IHA – przywitała się z nami, po kolei lekko podając swoją prawą dłoń – Jak minęła podróż? - spytała z grzeczności.
- Dziękujemy, bardzo dobrze – odezwał się mój dziadek, podczas gdy ja kątem oka zauważyłam lekkie zbiegowisko uczniów łypiących ciekawsko oczami.
- Cieszę się – uśmiechnęła się szczerze – Niech państwo wyprowadzą teraz konia, nim przejdziemy do formalności, zaprowadzę pod przypisany boks, a później udamy się wspólnie do sekretariatu – dodała, na co skinęłam lekko głową.
- Dobrze – odparłam jeszcze z grzeczności, podczas gdy dziadek zabrał się za otwieranie przyczepy, a ja mogłam usłyszeć za swoimi plecami „ciekawe jakiej maści będzie”. Wydało mi się to dziwne, lecz może ktoś o coś się z kimś założył? Tego nie widziałam, w każdym razie nieco mnie takie obserwowanie speszyło, lecz nie dałam po sobie tego poznać. Kiedy dziadek otworzył przyczepę, ja weszłam do środka, a po chwili wyprowadziłam ostrożnie z przyczepy swojego pięknego siwka białego niczym śnieg, który był opatulony na czas podróży, aby nic sobie nie zrobił, co też było standardem podczas przewozu koni w przyczepach na długie odległości.
- Piękny koń – oznajmiła kobieta – Rzadko tutaj widuje się czysto białe konie – dodała lekko się uśmiechając, po czym ruszyłam za nią wraz z Evening’iem, który ciekawsko obracał uszami niczym antenami. Idąc środkiem stajni, mogłam zobaczyć różne konie, o różnych typach umaszczenia, lecz tak jak mówiła wcześniej kobieta, nie było tutaj czystko białych koni. A przynajmniej nie w tej stajni. Niektóre konie zaciekawione wydłużały szyje, inne zaś kuliły po sobie uszy i prychały groźnie. Było to bardzo urozmaicone środowisko koniowatych.
- To ten boks – mówiąc to, kobieta otworzyła drzwiczki boksu, bym mogła wprowadzić do nowego domu swojego wierzchowca. Boksy były naprawdę duże i przestronne, a czysta ściółka świadczyła o profesjonalnym podejściu akademii o zdrowie i komfort czterokopytnych. Szybko zdjęłam z niego te wszystkie rzeczy, a w tym czasie dziadek przeniósł rzeczy wałacha do siodlarni, gdzie również wszystko pokazała mu kobieta, dzięki czemu miałam czas by zająć się swoim koniskiem, które już domagało się ode mnie pieszczot oraz nagrody, którą zaraz dostał.
- Masz masz łakomczuchu – mówiąc to wyszłam z boksu, zamykając drzwiczki na metalową zasuwkę, a następnie wypełniłam wszystkie formalności w sekretariacie, rozpakowałam swoje rzeczy w nowym pokoju i tak oto przyszedł czas na pożegnanie się z moim dziadkiem. Odprowadziłam go zatem do auta, gdzie niestety czas był się pożegnać, co też było dla mnie trudne.
- Czas się zbierać. Będę robił częste przystanki, a w razie czego wezmę sobie jakiś pokój w moteliku by wypocząć – mówiąc to mocno nie przytulił – Uważaj na siebie i pamiętaj, dzwoń zawsze jeśli coś będzie się działo! Bądź grzeczna i pamiętaj dasz sobie ze wszystkim radę – dodał, po czym mnie jeszcze poczochrał i wsiadł do auta.
- Oj dziadku, ja zawsze jestem grzeczna – mówiąc to uśmiechnął się lekko pod siwym wąsem.
- Wiem wiem skarbie. Nie siedź do późna i nie zapomnij zadzwonić do babci, ona się martwi – dodał jeszcze, po czym zamknął drzwi i powoli ruszył, trąbiąc jeszcze przy tym dwa razy na pożegnanie i tak oto po chwili zniknął za braną akademii. Poczułam momentalnie w sercu żal i smutek iż odjechał, lecz wiedziałam że się przyzwyczaję. Nie był to mój pierwszy raz, kiedy zostawałam na tak długo sama. Byłam już poniekąd przyzwyczajona przez życie wcześniejsze w Nowym Jorku, gdzie wiecznie byłam sama, a opiekunka którą wynajmowała matka, zazwyczaj siedział trzy, która cztery godziny i wychodziła, chcąc świętego spokoju. Nie chcąc za bardzo wracać od razu do swojego pokoju, postanowiłam sprawdzić jak się miewa moje konisko, zatem ruszyłam do stajni, gdzie po paru chwilach byłam już przy swoim konisku, które aktualnie piło wodę z poidła.
- Co tam mały? Fajnie tu nie? - odezwałam się do niego, na co konisko pokiwało śmiesznie łbem i pokazało zęby w swoim uśmiechu, a następnie do mnie podszedł i przytulił swój muskularny łeb. Spokojnie zaczęłam go głaskać, sama się przy tym uspokajając. Stałam tak z dobre piętnaście minut, kiedy usłyszałam jak ktoś idzie ze swoim koniem przez stajnię. Spojrzałam zatem w swoją lewą stronę, gdzie ujrzałam jakiegoś chłopaka, który prowadził swojego konia prawdopodobnie z wybiegu, albo z myjki dla koni po przebytej przejażdżce. Los chciał iż koń chłopaka urzędował naprzeciwko boksu mojego konia. Widząc jak chłopak wchodzi do boksu ze swoim koniem, stwierdziłam że może lepiej mu nie przeszkadzać, gdyż jego mina mówiła raczej o tym iż nie chce z nikim rozmawiać, a tym bardziej z nową uczennicą akademii, która zapewne była by teraz dla niego utrapieniem. Chciałam zatem skierować już swoje kroki ku wyjściu ze stajni, lecz zauważyłam iż chłopakowi wypadły niebieskie słuchawki na środku korytarza, dlatego więc niepewnie do nich podeszłam i je podniosłam. Następnie podeszłam do jego boksu i przewiesiłam słuchawki przez drzwiczki boksu jego konia.
- Wypadły Ci słuchawki… - mówiąc to przewiesiłam niebieskie słuchawki, które dobrze trzymały się na drewnianych drzwiczkach – Em… na razie – dodałam szybko, po czym wycofałam się i ruszyłam w stronę wyjścia. Nie chciałam psuć mu dodatkowo dnia. Wiedziałam że nikt nigdy nie chce się użerać z nowymi, zwłaszcza jak ma się zły dzień. Wolałam na początku swojego pobytu nikogo nie drażnić. Wolałam być ze wszystkimi na pokojowych relacjach. Kiedy już chciałam złapać za przesuwane drzwiczki, przystanęłam na chwilę, a wtedy usłyszałam głos chłopaka za moimi plecami. 

2741 słów :-)

Naucz się patrzeć, bo nie zdajesz sobie sprawy z tego ile piękna jest wokoło Ciebie

Imię i nazwisko: Arlena Moss
Wiek: 19 l.
Płeć: kobieta
Ranga: Intermédiairem
Grupa: II 
Imię konia: Evening Star
Praca: W weekendy i wolne dni tygodnia pracuje w małej kawiarni.
Miejsce zamieszkania: Wynajmuje niewielkie mieszkanie nieopodal akademii.
Charakter: Arlena jest osobą bardzo spokojną oraz ceniącą sobie ciszę, podobnie jak jej dziadek. Jej ulubionymi zajęciami po za szkołą czy też gwarnym miastem jest przebywanie na łonie przyrody. Można powiedzieć iż jest wolnym duchem, który dostrzega nieco więcej od innych ludzi. Dla niej każdy dzień jest czymś nowym i pięknym. Bo w końcu zdawałeś sobie sprawę że każdego dnia układ chmur na niebie jest inny? Pewnie nawet nie zwracałeś na to uwagi, podczas gdy dla niej jest to fascynujące iż natura jest aż tak bardzo zmienna i nieokiełznana. Lubi ujmować różne sceny na zdjęciach, a jej matka zawsze żartuje sobie że ma takiego samego bzika na punkcie fotografii, jak i koni. Pomijając jej dość nietypowy światopogląd na wszystko, Arlena jest także bardzo dobrym słuchaczem. Nie jest osobą wywyższającą się czy też przechwalającą, aczkolwiek zna swoje umiejętności i wie z czego jest dobra, a z czego nie. Jest wierną przyjaciółką, choć nie raz przejechała się na ludziach, którzy za plecami wbijali jej szpilę w plecy. Mimo wszystko stara się nie zrażać do ludzi, choć w zasadzie by komuś zaufać i odezwać się na więcej niż parę słów trzeba poczekać. Stara się nie oceniać ludzi, aczkolwiek różnie jej to wychodzi, gdyż tak jak każdy człowiek ma różne dni. Te lepsze i te gorsze. Idąc dalej, można powiedzieć iż jest to dziewczyna bardzo odważna, jak na tak z zewnątrz delikatną budowę ciała, która mogła by świadczyć o czymś innym. Bardzo lubi zarówno psy jak i koty, natomiast nie przepada za chomikami, które nie raz udziobały ją w palec do krwi, tak więc woli unikać tych małych "niebezpiecznych" kulek.  
Aparycja: Wysoka o szczupłej budowie ciała dziewczyna. Ma brązowe oczy i mały nos, oraz smukłe usta, które idealnie pasują do jej delikatnych rysów twarzy. Włosy natomiast są długie, sięgające nieco poniżej ramion. 
Historia: Urodziła się w Nowym Jorku i też tam się przez większość czasu wychowywała. Czasem jeździła do dziadków, którzy mieszkają w stanie Montana blisko Kanady, gdzie też dziewczyna zaraziła się tamtejszym spokojnym klimatem oraz widokami. Jej matka zazwyczaj wiecznie zapracowana i przebywająca mało czasu w domu nigdy nie poświęcała jej tyle uwagi ile potrzebowała. Uważała zawsze bowiem iż pieniądze zrekompensują jej brak ojca, o którym tak zawsze marzyła. Matka wychowywała ją samotnie od chwili jej narodzin, a i już wcześniej całą ciąże przechodziła bez żadnego partnera. Arlena czując się zaniedbana przez matę, często dzwoniła do dziadków, chcąc by chociaż oni poświęcili jej chwilę uwagi, co też tak się stało. Dziadkowie martwili się iż dziewczyna jest wiecznie sama, a jej matce nie dało się przemówić do rozumu by mniej pracowała, dlatego też w końcu jej babcia wpadła na pomysł by zamieszkała na jakiś czas u nich, na co jej matka dość nie chętnie się zgodziła. Mimo wszystko wyszło o jedynie jej na dobre, a co więcej, zaczęła od czasu do czasu jeździć konno u znajomych jej dziadków. Oczywiście dziewczyna wcześniej już interesowała się końmi, aczkolwiek dopiero na wsi miała okazję je zobaczyć czy dotknąć. To sprawiło iż zmieniła zdanie o swoim dalszym życiu. Ubłagała jakoś matkę by pozwoliła jej wstąpić do jednej z takich szkół, co nie było łatwe, zważywszy iż jej matka panicznie bała się koni. Później jakoś to tak szybko się potoczyło iż zyskała własnego ukochanego wierzchowca z którym bardzo się związała i trafiła do tej akademii.
Rodzina:
Ravena Moss - samotna matka, pracuje jako redaktorka, wiecznie zapracowana,
Wanessa Rivendes - ciotka, ma swój własny sklepik z ciuchami,
Fictor Rivendes - wujek, strażak, pracoholik,
Tatiana Moss - babcia od strony matki, emerytowana kobieta, aczkolwiek pełna energii! Uwielbia wszystkich karmić, zwłaszcza swoimi wypiekami,
Teodor Moss - dziadek od strony matki, emerytowany staruszek, uwielbia ciszę i spokój. 
Orientacja seksualna: heteroseksualna
Partner: brak
Pupil: brak
Inne:
- Gra na gitarze.
- Kiedyś chciała być piosenkarką.
- Lubi pisać wiersze.
- Lubi czytać książki kryminalne i romantyczne.
- Wychowuje ją tylko matka.
- Chciałaby kiedyś poznać swojego biologicznego ojca.
- Uwielbia fotografować naturę.
- Chciałaby kiedyś zobaczyć Szwajcarię.
- Lubi jeść pastę z awokado z pomidorami.
- Lubi kolor niebieski, czerwony i żółty, choć ciemne odcienie granatowego też.
- Nie lubi teatru, dla niej to głupota.
- Uwielbia serial Chicago Fire oraz Flashpoint.
- U dziadków ma suczkę rasy owczarek szkocki collie długowłosy o imieniu Hexa.
- Jej dziadkowie mieszkają w stanie Montana, blisko Kanady, gdzie mają gospodarstwo hodowlane.
Właściciel: pusia9

WITAJCIE

Porządki, co prawda, powinny być wiosenne, ale kto nie sprząta przed świętami, hm? Czasami takowe przydają się również na blogach. Tak więc w Impossible Horse Academy zakończyliśmy małe sprzątanie i na nowo otwieramy drzwi naszej akademii!
Jeśli chcecie dołączyć, zapraszamy do zapoznania się z zakładkami, gdzie znajdziecie wszystkie informacje. Jeśli, mimo to, pojawią się jakieś wątpliwości zapraszamy na czat, gdzie administracja jest do waszej dyspozycji!
Zapraszamy!
Administracja IHA