2.12.2020

Od Noah cd Blue

Wróciłyśmy do mojego pokoju, gdzie ku mojej cichej rozpaczy trwała już regularna wojna pomiędzy lisami i Klio. Oczywiście można się tego było spodziewać. Całe to towarzystwo zawsze się tak  bawiło, ale kiedy szalały na dworze mniej cierpiały na tym moje rzeczy. Jak na przykład teraz jedna ze szklanych, brokatowych kul, którą Flair strąciła przebiegając po półce. Na szczęście uratował ją dywan na ziemi. Westchnęłam cicho i odstawiłam miski na biurku, żeby podnieść ozdobę i ustawić ją na miejscu, a w międzyczasie Blue otworzyła pierwszą paczkę przekąsek. Szelest foliowego opakowania uspokoił trzy małe kulki, a nawet obudził drzemiącą dotąd grzecznie Lunę. Tyle, że teraz obserwowały nas cztery pary oczu, które nigdy nie jadły.
- Nie można żebrać. - Przypomniałam im, otwierając inną paczkę, ale wszystkie futra zgodnie miały mnie pod ogonem. - Idźcie do siebie. - Dorzuciłam, co akurat dotarło chociaż do Lu. Kochany kundel. - To co oglądamy?
- A czy to ważne? - Blue odpowiedziała pytaniem na pytanie. - Ty zajmij się żarciem, a ja nam coś znajdę. - Oznajmiła, podając mi miskę wypełnioną żelkami.
Przejęłam od niej naczynie, odstawiając je na łóżko, a Blue w tym czasie zgarnęła z biurka laptopa i włączyła go.
- Jakie masz hasło?  - Usiadła na blacie.
- Nie ma tak łatwo. Zgadnij. - Zaśmiałam się.
Blue potrzebowała dwóch prób. Najwyraźniej albo znała mnie aż tak dobrze, albo jestem beznadziejna w hasła. Albo oba.
- Jezu, jaki ten komputer jest wolny. - Blue zaczęła stukać otwartą dłonią w obudowę ekranu. - No działaaaaaj!
- Musi zastanowić się, czy mu się to opłaca. - Zażartowałam, wciskając paluszki do wyszczerbionego kubka, który dostałam kiedyś od Sama.
- Oczywiście, że mu się opłaca! Będą w nim ciacha!
***
- Naprawdę nie musicie mnie non stop pilnować. - Westchnęłam, gdy w drzwiach mojego pokoju stanął Ro. - Już mi lepiej! Słowo harcerza.
- Nie byłaś nigdy w harcerstwie. - Przypomniał mi Ronan, wchodząc do środka.
- Więc słowo ducha!
Tym razem otrzymałam tylko spojrzenie z rodzaju tych mówiących "i tak ci nie wierzę". Okej, cieszyłam się, że mogę spędzać z Poduszką więcej czasu, ale zachowywał się jakbym była małym dzieckiem! Pilnował, żebym brała leki, zmuszał do jedzenia co najmniej trzech normalnych posiłków dziennie, a jeśli nocował akurat u Adama potrafił nawet wpaść wieczorem tylko po to, by kazać mi iść już spać.
- Chcesz pooglądać z nami ciacha? - Blue przeniosła wzrok z ekranu na przyjaciela.
- A co oglądacie? - Ro wczołgał się na łóżko między mnie, a Blue.
- Nie wiem, włączyło się, więc leci. - Szatynka wzruszyła ramionami, wracając wzrokiem do twarzy brazylijskiego youtubera. - Nie rozumiemy nawet co mówi, ale jest uroczy, seksowny i ma tęczowe włosy, więc to nieistotne.
- Może pofarbujemy tak Noah? - Ro zjadł żelka. - Zarosłaś. - Spojrzał na mnie.
Faktycznie, nie pamiętam kiedy ostatnio robiłam coś z włosami.
- Jutro. - Zadecydowała Blue po tym, jak uważnie zmierzyła mnie wzrokiem. - Dziś ciacho.
- Ktoś mówił o mnie? - Drzwi pokoju znów się otworzyły. Tym razem stał w nich Adam. - Cześć Aniołku. - Uśmiechnął się do swojego chłopaka. - Miałem przeczucie, że cię tu znajdę.
- Dobre przeczucie, mam nadzieję. - Ro zastanowił się jak zrobić obok siebie miejsce dla Mikaelsona.
- Miałem nadzieję, że będziesz sam… - Japończyk zamknął za sobą drzwi i podszedł do łóżka, po czym delikatnie na nie wskoczył, lądując na Ronanie.

Blue? Ronan przyszedł
511 słów

2.10.2020

Od Blue cd. Noah

- Popilnuj dzisiaj Noah, proszę? - Szczenięce oczy Ronana były nie do pokonania.
- Wiesz, że ona raczej już nie będzie tego próbować? - Uniosłam brwi. - Wróciła z farmy, jest w miarę okej, ciągle jest pod czyjąś opieką. No i jest osłabiona. Do tego Leo chyba leci na nasze ciasteczko…
- W sensie Gansey? - Zmarszczył brwi blondyn. - To przegrana sprawa. - Zaśmiał się. - Nie ważne. Popilnuj jej, proszę Blue.
- Chodzi o Adama? - Zagadnęłam. Ciągle nie był w najlepszej kondycji.
- Tak. - Oparł się ociężale o drzwi boksu Kaliope. - Wiem… że coś w nim siedzi, ale on woli milczeć. - Odwrócił głowę w bok. - A ja nie mam prawa pytać. Nie mam prawa do niczego.
Podeszłam do niego i przytuliłam go. Zawsze martwił się za bardzo. Nawet nie wiem, czy już odreagował niedawną sytuację. Ale mnie też nie chciał martwić. Powinnam o tym pogadać z Ganseyem… wydają się dobrze dogadywać.
 - Popilnuję jej. - Potargałam mu włosy. - Ale mam dobrą radę: pomartw się o siebie, co Amorku?
- Pomyślę o tym. - Uśmiechnął się lekko i wyszedł ze stajni.
***
- Cześć szalona. - Stanęłam w drzwiach pokoju Noah z całą siatą słodyczy, słonych przekąsek i paru mrożonek. - Gotowa na kolejne szalone popołudnie?
- Czy ty nie masz dzisiaj pracy? - Uniosła brwi fioletowowłosa.
- Nie, dzisiaj środa, dzisiaj miałam poranną zmianę, a dobrze wiesz, jakie są poranne zmiany w barze. - Uśmiechnęłam się. - Niiiiic nie robię. Za to możemy teraz nawpierniczać się niezdrowego żarcia i obejrzeć jakieś ciacha.
- Gdzie Klio? - Dziewczyna założyła ręce. - Bez niej cię nie wpuszczę.
Zaśmiałam się cicho i wręczyłam siatki dziewczynie, po czym wróciłam do pokoju po psa. Suczka była przeszczęśliwa i gdy tylko wpadła do pokoju dziewczyny, od razu przywitała się z lisami i samą lokatorką. Ja z kolei zajęłam się rozpakowywaniem siatki, żeby dobrać się do żarcia. Kiedy wszystko było wyjęte i położone na stół, popatrzyłam na boki i z zacięciem oznajmiłam:
- Idziemy do kuchni po miski.
- Co? Po co? - Zdziwiła się dziewczyna.
- Lubię mieć żelki w miskach, żeby nie szeleścić. - Zamyśliłam się. - No i potrzebujemy szklanek na picie. Chodź!
Pociągnęłam ją za rękę i uważając, by żadne ze zwierząt nie uciekło, zamknęłam drzwi. Potem ruszyłam do pomieszczenia, które było naszym celem.
- A teraz się przyznaj, że Ronan kazał ci mnie pilnować. - Dziewczyna położyła dłonie na bokach.
- Czy to kogokolwiek jeszcze dziwi? - Westchnęłam, kiedy szklanki kolejny raz umykały mojemu wzrokowi. - Masz Poduchę, która martwi się o wszystkich, tylko nie siebie.
- Nie mogę powiedzieć, że to złe, ale to jest też męczące. - Przewróciła oczami.
- Było nie odpierdalać akcji z samobójstwem. - Namierzyłam szklanki. - Teraz będziesz miała go na głowie. Ciągle.
- Ty też tak masz? - Fioletowowłosa wzięła kilka misek na przekąski. - W sensie nie, że sytuacja wyjściowa jest taka sama, ale... wiesz.
- Tak, nade mną Ronan też się trzęsie. - Parsknęłam śmiechem. - Tylko mniej. No ale mi się nie zdarzyło celowo się uszkodzić.
- Myślisz, że gdybym go do siebie zniechęciła… - Zaczęła.
- ...to byś miała jeszcze większe cenzurowanie. - Uniosłam lekko kącik ust. - Z nim nie jest tak łatwo jak z Leo.
- Uparta Poduszka. - Westchnęła kolejny raz. - Chodźmy do mnie do pokoju. Potrzebuję tego cukru i soli, które tam są.
- No i zaczynasz mówić z sensem. - Wzięłam ją pod rękę. - Ruszajmy ku żarciu!

Noah? Żarełko? Może brokat?
514 słów

Od Ronana cd. Noah

- Mam… przytrzymać Leo z dala? - Zdziwiłem się, kiedy Sam poprosił mnie o tą niecodzienną prośbę.
- Tak. Ja sam nie jestem w stanie tego zrobić. - Potarł oczy. - Poza tym… przekonałem lekarza, żeby zabrać ją do Teksasu do jej lekarza prowadzącego, więc to tylko kilka dni. A potem coś się wymyśli.
- Jeśli ma to jej pomóc, to nie mogę protestować. - Upiłem łyk napoju, który znajdował się w kubku. - Załatwię coś. Ale właściwie czemu?
- Jeszcze nie wiem. Ale jak się dowiem, to ty pewnie też.
- Powinienem się wcześniej domyślić. - Skrzywiłem się.
- Nie dałaby ci. - Parsknął śmiechem.
- Też prawda. Więc zabierasz ją do domu?
- Tak. - Pokiwał głową. - To powinno trochę pomóc.
- Przejmę ją, jak wrócicie. - Ruszyliśmy do sali Noah, kiedy Sam dostał swoją kawę.
- Lepiej zajmij się swoim chłopakiem. - Upił łyk napoju. - Mówię poważnie. Podobno ją znalazł.
- Damy radę. - Lekko uniosłem kącik ust. - Wszystko jest w miarę okej, prawda?
- W miarę to dobrze powiedziane. - Uśmiechnął się. - Zapraszam.
***
- Masz grzecznie brać leki, jeść trzy posiłki dziennie, spać minimum sześć godzin i dzwonić do mnie w niedzielę przed południem, jasne? - Wypuściłem z objęć Jeżozwierza i potargałem jej włosy.
- Aż trzy? - jęknęła. Miała nieco lepszy humor. - Terrorysta.
- Jak nie, Sam do mnie zadzwoni i zabiorę ci brokat. - Założyłem ręce.
- Terrorysta - mruknęła, a potem przytuliła Blue. - Nie daj mu zabrać brokatu.
- Zależy czy będziesz grzeczna Blake. - Uniosła lekko brew. - Pamiętaj, że to ja dostaję twój brokat.
- Przynajmniej będzie w dobrych rękach - westchnęła i włożyła lisy na tylne siedzenie. - Pomachajcie ode mnie Adamowi jak już się obudzi.
- Jasne. - Potem wsiadła do samochodu i wpatrywała się w nas przez szybę.
- Miło było cię poznać. - Sam uścisnął mi rękę. - Chociaż szkoda, że w taki sposób.
- Mi też. Jak ją odwiedzisz, to możesz też odwiedzić mnie. - Uniosłem lekko kącik ust. - I nie uwierz w kłamstwa, że nie potrafi zjeść trzech posiłków dziennie. Potrafi. Tylko muszą być małe porcje.
- Zapamiętam. - Potem pomachał Blue i wsiadł za kierownicę.
Kiedy już pojechali, Blue przeciągle westchnęła, pociągnęła nosem i oklapła.
- Dajesz radę? - zapytała cicho.
- Daję. - Przymknąłem oczy. - Idź się wyżyj. Potrzebujesz tego.
- Ty też. - I odeszła.
Ja z kolei ruszyłem do pokoju Adama.
***
- Hej Jeżozwierzu. - Wpakowałem się do pokoju Noah, kiedy był tam jeszcze Sam. - Hej bracie Jeżozwierza. Jakkolwiek samolubnie to nie zabrzmi, cieszę się, że już wróciłaś.
- Poduszka! - Blake od razu się do mnie przytuliła, a potem wskazała na półkę. - Brokat! Jadłam grzecznie i nawet spałam, bo on mnie zmuszał! - Wskazała na Sama, który lekko się uśmiechnął.
- Nie kłamie, ale wiem, że nie spała, tylko leżała. - Pokręcił głową.
- Ten jeden raz. - Podałem jej kulę z brokatem. - Jak tam Tester?
- Lepiej, miałam trochę czasu, żeby z nim popracować. - Potrząsnęła kulą. - Przywitaj się z kluską, gdzieś tu łazi.
Jak na zawołanie przy mojej nodze pojawił się szczeniak i oparł się o moją łydkę. Z uśmiechem kucnąłem obok i pogłaskałem młodą po pysku.
- Hej śliczna. - Uśmiechnąłem się. - A gdzie Flair i Dot?
- Właśnie miałem po nie iść - rzucił Sam. - Chcesz mi pomóc?
- Jasne. - Podniosłem się. - Leć do Blue, też chce się z tobą przywitać, a pada po dwunastogodzinnej zmianie.
- Uuuuu! LECĘ PIĘKNA! - I już jej nie było.
- Chyba poprawiłeś jej nieco humor - zaśmiał się Sam.
- Mam nadzieję. - Ruszyliśmy do samochodu. - Wiem, że pewnie długo nie będzie okej, ale jest lepiej?
- Tak. - Pokiwał głową. - Ale nieco martwię się o… Leonarda.
- Dziś go tu nie ma. Jest u siebie w domu. Ciągle jest coś nie tak?
- Noah sama powinna ci powiedzieć - westchnął ciężko i otworzył drzwi. - Proszę, Dot i Flair.
Podzieliliśmy się lisami na pół (czyli po jednym na głowę, oczywiście) i wróciliśmy do akademika. Noah już siedziała w pokoju z brokatową kulą śnieżną.
- Blue chce spać - obwieściła i potrząsnęła kulą. - Wypuście je jak zamkniecie drzwi.
- A ty? - Dźgnął ją Sam.
- Ona jest na brokatowym haju. - Machnąłem ręką. - Zostaw ją na razie.
- No dobra - zaśmiał się. - Zamknijmy drzwi.
***
- A Adam nie będzie się czepiał, że zabieram mu czas? - Noah oderwała się na chwilę od filmiku.
- Gra dzisiaj z Nico w gry wideo. - Popatałem ją po głowie. - Mają mini turniej jakiejś zręcznościówki, czy coś.
- Okej. - Wróciła do pozycji “moja Poduszka”. - Ale jadłam dziś kolację, wiesz?
- Tak wiem, Sam mi mówił - zaśmiałem się. - Mam jednak inne pytanie.
- Mhm. - Popatrzyła na kulę śnieżną.
- Coś się zmienia, czy…?

Noah? Jak uważasz?
694 słowa

2.09.2020

Od Noah cd Blue

Coraz więcej ludzi. Skąd oni się w ogóle biorą?
Tym razem człowiekiem, z którym musiałam wejść w interakcję była niższa ode mnie szatynka, której towarzyszył mały, rudy pies, obecnie próbujący przywitać się z Flair. Mogłam jedynie życzyć mu powodzenia w ucieczce, gdy szarej kulce skończy się cierpliwość.
Zaprowadziłam Blue do jej pokoju, a korzystając z faktu, że przyjaciółka Poduszki została przydzielona do pokoju obok mojego, zostawiłam lisy w ich klatce. Jane stwierdziła natomiast, że zabierze swojego rudzielca na spacer przy okazji naszej małej wycieczki krajoznawczej.
- Masz konia? - spytałam, patrząc jak Blue przekręca klucz w drzwiach swojego pokoju.
- Kaliope. - Schowała klucz do kieszeni spodni. - Powinna już być w stajni.
- Okej, więc możemy zacząć od stajni. Tędy.
Korzystając z faktu, że byłyśmy właśnie w budynku przeznaczonym dla uczniów akademii, pokazałam szatynce jak trafić do kuchni i stołówki. Potem poszłyśmy już prosto do prywatnej stajni, w której dziewczyna błyskawicznie odnalazła swojego wierzchowca. Przywitała się z bułaną klaczą przypominającą nieco luzytana, choć nie znałam się na rasach koni wykorzystywanych w jeździectwie klasycznym na tyle dobrze, by być w stanie stwierdzić to na pewno.
Kilka minut później Blue pozbyła się całego zapasu marchewek i kostek cukru, który miała przy sobie, więc ruszyłyśmy dalej. Pokazałam dziewczynie stanowiska służące do czyszczenia wierzchowców.
 - Mają tu też te fancy lampy, sprawiające, że jednocześnie to końskie solarium. - Wskazałam na sufit, pod którym wisiały wspomniane urządzenia.
Mina szatynki sugerowała, że nie miała pojęcia po co koniom solarium, ale jednocześnie dawało jej to wrażenie, że stajnia jest bardzo profesjonalna. Po części ją rozumiałam. Mnóstwo rzeczy w całej akademii krzyczało wręcz “luksus”, choć bez co najmniej połowy z nich można byłoby normalnie żyć. Kolejnym punktem wycieczki była siodlarnia, gdzie Blue odnalazła szafkę przeznaczoną na sprzęt jej konia. Potem zostały nam tylko obiekty na zewnątrz. Najbliżej stajni były lonżownik i karuzela, więc to właśnie tam poszłyśmy najpierw. Następnie zaprowadziłam Blue na zewnętrzny parkur do skoków i czworobok do ujeżdżania, ale trudno było powiedzieć co było czym, bo oba były przykryte warstwą świeżego śniegu, w którym postanowiłam poszaleć jej suka, zostawiając na gładkiej dotąd powierzchni ślady łap.
Potem pokazałam szatynce kryte hale, ale weszłyśmy tylko na tą skokową, bo na ujeżdżalni trwały jeszcze zajęcia. W końcu była zima i nikomu nie chciało się robić treningów na dworze, przymarzając dupą do siodła, kiedy pod ręką było miejsce chroniące przed śniegiem i lodowatym wiatrem.
Zostały nam jeszcze tylko pastwiska, do których trzeba było jeszcze kawałek dojść. Rozmawiając z dziewczyną przez ten czas doszłam do wniosku, że może być nawet fajna. Szok, nie? Przyjaciółka Poduszki była drugą po samym Ronanie osobą, którą tu polubiłam.
- Poza tym na polach i lasach w okolicy można znaleźć kilka fajnych szlaków na wyjazdy w teren. - Dodałam na koniec naszej wycieczki.
***
- I w skrócie to właśnie tak się poznałyśmy. - Podsumowała Blue, odkrawając widelcem kawałek naleśnika z nutellą, leżącego przed nią na talerzu. - Potem było jeszcze trochę brokatu…
- Naprawdę dużo brokatu. - Poprawiłam ją.
- Racja, dużo brokatu. I sporo bajek oglądanych po nocach. - Dodała.
Gansey roześmiał się, najwyraźniej rozbawiony wizją Blue i mnie obsypujących się nawzajem brokatem lub oglądających Frozen o 3 nad ranem. Nawet Ro się uśmiechnął, choć siedział z nami głównie po to, żeby przypilnować bym zjadła śniadanie, bo Adam zniknął już jakiś czas temu, twierdząc, że musi się przebrać na jazdę.

Blue?
539 słów

2.07.2020

Od Ronana cd. Leonarda

- Prosiiiiimy! - Komitywa Nico i Adama była mi bardzo nie na rękę. Westchnąłem cierpiętniczo i wysiadłem z samochodu, żeby zaraz ruszyć do cukierni po “coś słodkiego”. Nico miał mieć niedługo urodziny, więc stwierdziliśmy z Adamem, że uszczęśliwimy dzieciaka. Dlatego byliśmy dzisiaj na torze rolkowym, w salonie z grami wideo, księgarni, sklepie artystycznym, a teraz wysyłali mnie na zakupy. Potem mieliśmy wrócić do domu i robić rzeczy. Prawdopodobnie związane z obsesją młodego na punkcie Dance Revolution, więc… Panie, bądź łaskaw.
- Poduszka! - Tego się nie spodziewałem. - Wybawiciel!
- Cześć Amorku! - Blue i Noah omotały mnie swoimi rękami i siłą zaciągnęły do stolika. - Ratuj mnie przed tym jebanym bucem, albo obiecuję, że ktoś tu padnie martwy i nie będzie to Noah!
- Nie kazałem ci iść z nimi do kina - zauważyłem.
- Miałam zostawić biedną Noah na pastwę księcia, w życiu - parsknęła. - Solidarność jajników, czy coś. Ale nie wiedziałam, że ten imbecyl nie rozumie słowa nie! I próbuje wcisnąć się w nasz brokatowy handel!
Popatrzyłem na Noah, która nic sobie z tego nie robiąc wisiała na moim ramieniu. O ile kradła czas Adamowi, chyba nic jej nie przeszkadzało. No prawie nic.
- Podbródek wyżej kochanie. - Uniosłem kącik ust.
- Ciebie też miło widzieć. Może tęczowego gofra? - Postawił tacę na stole.
- Nie, ja tu tylko po prowiant dla siebie, Nico i Adama. - Uniosłem dłoń. - One mnie tylko zaatakowały. - Popatrzyłem w kartę. - I znam miejsca, gdzie gofry są tańsze.
- I lepsze. - Blue nieufnie patrzyła na talerzyk. - Zapłaciłeś za to mości książę?
- Tak? - Uniósł brew.
- Czyli to należy do ciebie, tak teoretycznie? - Wyciągnęła lekko głowę.
- Tak teoretycznie. - Pokiwał powoli głową.
- Okej, nie lubię marnować żarcia, ale nie zostawiłeś mi wyboru. - Szatynka wzięła gofra i wpakowała go w twarz zdziwionego Windsora. - Jeśli kobieta mówi nie, uszanuj to. Następnym razem to może nie być gofr z bitą śmietaną. Ro, słońce, kupuj co masz kupić i odwieź mnie do akademii.
Popatrzyłem na nią z wyrzutem. Oczywiście zbyła go wzruszeniem ramion i wyjściem z cukierni.
- Przepraszam, Blue jest… impulsywna - westchnąłem. - Jakoś to załatwimy, ale teraz serio nie mogę…
- Mi tam się podoba. - Noah z zadowoleniem powtórzyła ruch szatynki. - Do twarzy ci w tęczy. - I pobiegła za Blue. Pięknie. Teraz będę musiał jechać do akademii…
- Chyba rozumiem czemu masz chłopaka Chainsaw. - Leo dystyngowanie wziął serwetkę i otarł sobie twarz. - Mniej problemów.
- Możliwe. - Podałem mu kolejną. - Jakoś to… rozwiążemy, ale teraz serio muszę kupić słodycze, bo Adam będzie niepocieszony. Szczególnie, że do samochodu wpadły jeszcze Blue i Noah.
- Okej. - Wziął głęboki wdech i nawet się uśmiechnął. - To tylko bita śmietana na twarzy.
Oddałem grymas i w końcu ruszyłem do lady. Trzeba kupić coś ekstra, bo inaczej Adam mi nie wybaczy…
***
Listopad był chłodny w tym roku, albo to wina mojego samopoczucia. Nie sądziłem, że tak bardzo będzie mi brakować Ganseya, naprawdę. Poleciał tylko na parę dni z Leonardem na inny kontynent. Gadaliśmy nawet kilka razy przez Skype’a. Chyba powinienem z nim pogadać. Ale nie teraz. Teraz siedziałem z Gin na lotnisku i czekałem na samolot z Londynu. W końcu książę wracał do Ameryki. Nie wiedziałem za bardzo co się działo, bo Gans nie był skory do zwierzeń, ale… to chyba lepiej dla wszystkich.
- O, idzie szkarada. - Gin jak zawsze była czarująca.
- Jakim cudem wy jesteście rodzeństwem? - Uniosłem rozbawiony brew.
- Połowa genów w jedną, połowa w drugą. - Uśmiechnęła się uroczo. - Chodźmy, bo te debile nas nie widzą.
Pokręciłem głową i ruszyłem za dziewczyną. Chociaż zaprzeczała temu solennie, rzuciła się bratu na szyję. Podszedłem więc do Leo.
- I jak wycieczka do domu? - Uniosłem lekko kącik ust.
- Nie najgorzej, ale ty wyglądasz strasznie - zauważył. - Adam nie daje ci spać?
- Każdy miewa gorsze dni Windsor. - Przeczesałem włosy. - Chodźcie. Odwiozę was do domu. Powinniście się wyspać.
- To tyczy się też ciebie Greywarenie. - Gansey oparł na mnie swój ciężar ciała. - Wyglądasz jak trup.
- Pogadamy o tym później. - Uśmiechnąłem się. - No już, do samochodu.

Leo? Jak wyjazd do Anglii?
629 słów

2.06.2020

Od Noah cd Leonarda

- Kelpie. Chyba… - Wyjrzałam przez okno.
W Teksasie była suka kelpie. Czekoladowa, mała, zwinna. Uwielbiałam oglądać ją przy pracy. Świetny pies, doskonale radził sobie z bydłem.
Na wystawie nie zabawiliśmy jakoś specjalnie długo. Za to w drodze powrotnej Leo uparł się, by pojechać na jakiś fast food. Pomimo moich protestów. Czy on kiedyś zacznie mnie słuchać? Nawet Ro potrafił uszanować moje nie, i od czasu do czasu odpuścić mi jakiś posiłek. No i nie wymagał jedzenia pięciu posiłków dziennie.
Czułam się źle z tym, ile zjadłam. Wiedziałam, że nie powinnam tyle jeść, ba, nie byłam nawet głodna. Ale do Leo nie docierały logiczne argumenty. Na szczęście odwiózł mnie do akademika. Jeszcze chwila i będę mogła zwrócić tą obrzydliwie wielką porcję jedzenia, którą we mnie wmusił. Odjechał, a ja weszłam do budynku, kierując się do swojego pokoju.
***
Została tylko jedna sprawa do zamknięcia. Leo. Spojrzałam na ekran telefonu, po raz tysięczny chyba czytając wiadomość, którą przed chwilą wysłałam. „Musimy porozmawiać, jesteś w akademii?”. Cisza. Odłożyłam telefon, aby po kilku sekundach znów wziąć go do ręki i sprawdzić czy Leo odpisał. Nie odpisał. Jeszcze raz zostawiłam urządzenie w spokoju, tym razem wstając i nerwowym krokiem robiąc kilka niewielkich kółek po pokoju.
Ciche buczenie poinformowało mnie o nowej wiadomości. Natychmiast zawróciłam, wracając po komórkę. „Właśnie wróciłem z zajęć, jestem w stajni”. Tym razem wepchnęłam urządzenie do kieszeni.
- Dasz radę, Noah – rzuciłam do swojego odbicia w lustrze.
Kilka minut później dotarłam pod drzwi stajni przeznaczonej dla prywatnych koni. Obejrzałam się za siebie, choć wiedziałam, że odwrót nie wchodził w grę. I tak odkładałam to tak długo jak to możliwe. Poza tym, Leonard właśnie mnie zauważył. Przywołałam na twarz coś co miało być uśmiechem i podeszłam do stojącego obok swojego boksu Attacka.
- Jak było na treningu? – pogłaskałam ogiera po szyi.
Jasne… odkładaj to, co nieuniknione jeszcze bardziej.
- Nie było cię – Leo zaczął spokojnie czyścić swojego wierzchowca.
- Nie czułam się najlepiej – przyznałam. – Ale już mi przeszło – kłamstwo. Byłam jakiś milion razy bardziej zdenerwowana niż jeszcze dwie godziny temu.
- Mówiłaś, że chcesz porozmawiać… coś się stało? – w jego głosie można było usłyszeć nutkę zmartwienia.
- Właściwie to tak – wzięłam głęboki wdech, starając się ułożyć to, co chciałam powiedzieć w sensowne zdanie. – Ostatnio sporo myślałam… o nas… i… chcę to zakończyć - powiedziałam wreszcie. – Przepraszam, ale… już cię nie kocham.
Leonard na kilka sekund przerwał szczotkowanie grzbietu Attacka, jakby potrzebował tej chwili na upewnienie się, że nie żartowałam. Nie dało się też nie zauważyć, iż moje słowa sprawił mu ogromny ból, co z kolei sprawiło, że moje serce poddało się i rozsypało w drobny mak. Naprawdę miałam nadzieję, że uda mi się to skończyć bezboleśnie… Głupia, naiwna Noah. Zawsze tylko wszystkich ranię.
- Leo… naprawdę przepraszam… - próbowałam za wszelką cenę powstrzymać drżenie głosu. – Tak będzie lepiej.. dla nas obojga. Błagam, wybacz mi…
Albo znienawidź… będzie ci łatwiej… Tylko… powiedz coś.
Ale jedyne co usłyszałam to ciche rżenie gniadego ogiera. Przez ułamek sekundy chciałam powiedzieć coś jeszcze, cokolwiek, byleby szatyn zareagował, jednak ostatecznie tylko odwróciłam się i wyszłam udając, że wszystko jest w porządku. W końcu uciekanie i kłamstwa to jedyne co potrafiłam.
Nie jestem pewna czy zrobiłam to by przekonać Leo, że nie żartuję, ale widząc przechodzącą obok stajni Blue, złapałam ją za rękę i przyciągnęłam do siebie. Zanim zdążyłam się zastanowić złączyłam nasze usta w pocałunku, który ku mojemu zdziwieniu szatynka odwzajemniła, przysuwając mnie jeszcze bliżej za talię. Kiedy odsunęłyśmy się od siebie, by złapać powietrze jeszcze przez kilka sekund patrzyłyśmy sobie w oczy. Pierwszy raz od kilku dni poczułam jak cały towarzyszący mi stres opada.
- Cóż, to o wiele milsze niż cześć… - jedno musiałam przyznać, Blue znacznie lepiej niż ja potrafiła panować nad mięśniami twarzy. Jej mina nie wyrażała nawet cienia zdziwienia.
- Cześć piękna – posłałam jej szeroki uśmiech. – Gdzie tak pędzisz?
- Cześć szalona – odpowiedziała mi w ten sam sposób, przyciągając mnie do siebie, by raz jeszcze musnąć moje usta swoimi. – Przyprowadzić Kaliope z pastwiska. Przejdziesz się ze mną?
- Z tobą nawet na koniec świata – splotłam nasze palce.
- Naprawdę nie mam nic przeciwko takim niespodziankom, ale masz świadomość, że twój chłopak to widział? – Blue przeszła przez ogrodzenie pastwiska, wołając swojego wierzchowca.
- Myślę, że właśnie z nim zerwałam, więc nie masz się o co martwić – obserwowałam jak bułana klacz podchodzi do właścicielki.
- Lubię kiedy nie trzeba się martwić – zaśmiała się lekko, przypinając uwiąz do kantara zwierzęcia.
Otworzyłam jej bramę, a gdy szatynka wyprowadziła konia z pastwiska upewniłam się, że również dokładnie ją zamknęłam. Ganianie stada koni biegających gdzie tylko chcą nie jest najlepszą rozrywką.
- Czemu zabierasz Kaliope?
- Jadę z Sebastianem w teren – Blue zaczekała aż ją dogonię.
- Czy to randka? – podkreśliłam ostatni wyraz.
- Jesteś zazdrosna?
- Może trochę? Z kim będę się całować jak będziesz miała chłopaka? – zrobiłam przesadnie smutną minę.
- Nie będę miała chłopaka. Poza tym nie widzę problemu w małej sesji całowania raz na jakiś czas – puściła do mnie oczko.
- Mi pasuje – pocałowałam ją w policzek. – Bawcie się dobrze.
***
- Jestem tylko zmęczona - skłamałam. Nie tylko. - Poza tym zerwałam z Leo - przyznałam szybko, a po drugiej stronie na chwilę zapadła idealna cisza.
- Gdybyś chciała pogadać zawsze możesz zadzwonić. Do mnie albo do Sary, ona lepiej zna się na zrywaniu z chłopakami.
Uśmiechnęłam się nieznacznie. Wiedziałam, że mogę. Tak jak wiedziałam, że nie zadzwonię. Prawdopodobnie już nigdy. Poczułam jak moje oczy stają się coraz bardziej wilgotne, więc żeby Sam tego nie zauważył przysunęłam do twarzy kubek z parującą kawą.
- Masz wolne, ale i tak pijesz kawę? - zdziwił się. - Kim jesteś i co zrobiłaś z Noah? Prawdziwa Noah nie znosi kawy.
- Porwałam ją, wywiozłam na koniec świata i zmusiłam do pracy po dwanaście godzin dziennie. - Zaczęłam wyjaśniać. - Sporo tego czasu spędzała w kawiarni robiąc kawę, kawę, kawę… Masz pojęcie ile różnych kaw wymyślili ludzie? W końcu musiała pić ją, żeby jakoś funkcjonować i chyba się przyzwyczaiła. I naprawdę musi już lecieć. - Spojrzałam przepraszająco w stronę kamerki laptopa. - Do zobaczenia?
- Do wieczora. - Sam uśmiechnął się, a jakieś zakłócenie sprawiło, że właśnie wtedy obraz zamarzł na chwilę, a potem zniknął.
A ja w końcu mogłam sobie pozwolić na płacz.

1018

2.05.2020

Od Leonarda cd. Ronana

- Planujemy z Noah iść do kina. - Wzruszyłem ramionami. - Do repertuaru weszło „Sekretne życie zwierzaków domowych dwa”. Obiecałem Blake, że pojawimy się na pierwszym seansie.
- Pójdziemy z wami. - Ronan pokazał światu swoje białe zęby.
- Nie potrzebujemy przyzwoitek. - Zmarszczyłem brwi. - To prywatne wyjście. - Próbowałem postawić na swoim.
- A kino to miejsce publiczne. - Strzelił knykciami. - Wyluzuj… I tak każdy płaci za siebie. - Spojrzał w stronę znudzonej Blue.
- Yhym. - Próbowałem opanować swoją złość.
- No dobrze zakochańce. - Mrugnął kilka razy oczami. - Tylko się drażniłem. Róbcie co chcecie. - Wstał z niebieskiego krzesła, gdyż w drzwiach stołówki pojawił się zmęczony popołudniem Adam. Nie zwracając na niego uwagi, wyjąłem z kieszeni wibrujący telefon, który sygnalizował mi, że ktoś próbuje nawiązać niezapowiedziane połączenie. Ojciec - przeczytałem migający na wyświetlaczu napis. Odrzuć - przesunąłem palcem po czerwonej słuchawce.
- Leo? - Fioletowowłosy anioł trącił moje ramię. - Możemy już iść? Chciałabym się zobaczyć z Testerem. Nie widziałam go przed śniadaniem, więc wypada nadrobić zaległości.
- Oczywiście. - Skinąłem głowa. - Przy okazji zobaczę się z Royalem i Attackiem. - Ruszyliśmy w stronę wyjścia.
Zachowując drętwą ciszą, od razu udaliśmy się do ogromnej stajni, która ostatnimi czasy została powiększona o nowe boksy. Uważając na kręcących się niedaleko nas stajennych, podeszliśmy do „mieszkania” (niezadowolonego z naszej wizyty) ogiera.
- To ty uważaj na palce, a ja pójdę po nowe siniaki. - Zażartowałem, pocierając lewe ramię. - Jakbyś czegoś potrzebowała to krzycz.
***
Siedzenie między Blue, a Noah przez bite dwie godziny potrafiło solidnie wymęczyć. Ciągłe śmiechy, szturchańce, rzucanie się popcornem… Do kompletu brakowało jeszcze słynnego brokatu i kolorowego jednorożca. Kręcąc na to wszystko głową, zdecydowałem, że zabiorę je na słodki podwieczorek. Może chociaż przez chwilę się uspokoją, a moja głowa nie rozpadnie się na milion kawałków.
- To na co macie ochotę? - Przepuściłem je w drzwiach.
- Coś na co nas stać. - Nołe usiadła przy pierwszym lepszym stoliku. - Może jakieś gofry? Albo deser lodowy? - Zaczęła przeglądać szare menu.
- Przecież ja stawiam. - Usiadłem naprzeciwko nich. - Byle bez żadnych dziwactw. To świecące się dziadostwo, nie pasuje do każdego jedzenia. - Blue posłała mi krytyczne spojrzenie, które w żaden sposób mnie nie zraniło. Miałem swój rozum i raczej nie zamierzałem go zmieniać.
- Nie masz gustu. - Branwell oparła brodę na otwartej dłoni. - Zresztą jak każdy Brytol. - Próbowała nadepnąć mi na odcisk.
- Tak, tak. - Spojrzałem w spis łakoci. - Tęczowe gofry pasują? - Spojrzałem na zamyśloną Blake.
- Drogie… - Przygryzła dolną wargę. - Nie sądzę…
- Czyli tak. - Wyjąłem z portfela kartę kredytową. - Ty też chcesz? - Zwróciłem się do markotnego kurdupla.
- Nie. - Fuknęła z oburzeniem. - Poradzę sobie sama. - Skrzyżowała nogi.
- Czyli też chcesz. Kobiety. - Nie wchodząc z nią w dalszą rozmowę, udałem się do kas. Przede mną stało kilku ludzi, dlatego na spokojnie mogłem sprawdzić wszystkie wiadomości, które trafiły na mój telefon, kiedy przesiadywaliśmy na filmowym seansie. Czego on chce? - spojrzałem na listę nieodebranych sygnałów. Normalnie przejmował się jak nigdy. Nie chcąc rozmawiać z nim głosowo, napisałem mu krótkiego SMS-a. I weź już nie dzwoń - schowałem iPhone’a do kieszeni.
Po zapłaceniu za trzy porcje jedzenia, prędko wróciłem do naszego stolika, przy którym siedział ktoś jeszcze. Blond loczki, damskie rysy, długie palce… Czyżby to był…
- Podbródek wyżej kochanie. - Tak to ewidentnie Ronan.
- Ciebie też miło widzieć. - Poprawiłem rozczochrane włosy. - Może tęczowego gofra?

Ro?
513