2.05.2020

Od Ganseya cd. Leonarda

Chyba następnym razem powinienem lepiej przemyśleć to, na co się zgadzam. Leonard tylko latał po całym Londynie i zachwycał się architekturą. Ugh, jasne, stare budynki może i miały swój urok, ale dla architekta. Albo konserwatora zabytków. Ale nie dla mnie. Żeby nie było, gdy byłem w Rzymie narzekałem jeszcze bardziej. Co prawda historia była ciekawa, ale na kartach książki. Nie byłem fanem zwiedzania. I jeszcze te frytki. Z rybą.
- Zdajesz sobie sprawę, że mam uczulenie na cytrusy? - Uniosłem lekko brew.
- No i? - Książę nie widział w tym chyba problemu.
- Oni polewają te twoje fish&chips właśnie sokiem z cytryny! - Wyrzuciłem ręce w górę. - Jeśli mam gdzieś umrzeć, to na pewno nie na środku Londynu!
- Nie dramatyzuj. - Westchnął tamten.
- Nie dramatyzuję, w końcu nie jestem tobą. - Prychnąłem i stanąłem z założonymi rękami. - Wróćmy do hotelu i po prostu zamówmy coś z restauracji. Coś, co nie zawiera cytryny.
- Jesteś gorszy niż małe dziecko. - Przewrócił oczami.
- I kto to mówi. - Zironizowałem, ale posłusznie ruszyłem za księciem do hotelu.
***
- Myślisz, że zjem naleśniki z nutellą i orzechami laskowymi, lasagne, dwa kawałki mega serowej pizzy i bezę na deser? - Spojrzałem znad karty na Leonarda. - I zapiję to colą?
- To według ciebie jest jedzenie? - Znowu śmiesznie uniósł brew.
- Jedzenie to jedzenie. - Wzruszyłem ramionami. - To jest po prostu słodkie.
- Nie tak jak ty. - Rzucił ironicznie.
- Ojej, dziękuję za ten nie-komplement z twoich ust. - Roześmiałem się. - Czuję się zobowiązany do rzucenia czegoś podobnego.
- Daruj sobie. - Pokręcił głową. - Po prostu zapisz mi to, co chcesz zamówić.
- Okej. - Wziąłem kartkę i długopis z logo hotelu i nabazgrałem na szybko zamówienie.
Potem podałem kartkę Leo i wyszedłem na balkon. Oczywiście hotel był pięciogwiazdkowy, a my mieszkaliśmy w apartamencie o najwyższym standardzie. Przecież książę nie może mieszkać byle gdzie. Podejrzewałem, że nawet mnie mogą przerosnąć koszty mieszkania tu przez parę dni. Ale czego się nie robi dla przyjaciół? Ronan kazał mi zabrać Leo na kilka dni poza Akademię, więc to zrobiłem. Nie do końca znałem powód i konieczność tak szybkiej ewakuacji, ale ufałem chłopakowi. To, co stało się parę dni temu, jego załamanie… nie zapomnę tego. Zawsze uważałem go za niesamowicie silną i opanowaną osobę. I czego jak czego, ale płaczu się po nim nie spodziewałem. Może nie płaczu, tylko bezradnego szlochu. Nie chciałbym oglądać tego nigdy więcej. Nie u Ronana.
- O czym myślisz? - Książę pojawił się obok mnie.
- Niczym konkretnym. - Zmierzwiłem swoje włosy. - O Greywarenie, studiach, życiu…
- Grey co? - Uniósł brew.
- Ronanie. - Zaśmiałem się. - Greywaren. Glendower. Nie czytałeś Kruczego Cyklu, nie?
Obruszył się, jakbym zaproponował mu co najmniej orgię z połową gejowskiego klubu. Właśnie... 
- Książę ty mój. - Uśmiechnąłem się szeroko. - Czy wiesz może, gdzie znajdę tu klub dla ludzi równie tęczowych co ja?
- Insynuujesz, że wiem, gdzie w tym mieście są kluby dla gejów? - Uniósł brwi.
- Nie tylko dla gejów. - Obruszyłem się. - Tęcza ma więcej odcieni!
- Co? - Chyba nie zrozumiał.
- Nie ważne. - Westchnąłem. - Wiesz, gdzie jest tu jakiś tęczowy klub, czy mam szukać w internecie.
- Dlaczego w ogóle chcesz tam iść, co? - Uniósł brew.
- Mam powiedzieć wprost, czy owinąć w puszystą bawełnę? - Odwróciłem się i oparłem łokcie na barierce.
- Mów wprost, co mi szkodzi? - Przewrócił oczami.
- Mam ochotę zaliczyć jakiegoś faceta. - Uniosłem kącik ust. - Albo się z nim pomiziać. Zależy jaki będę miał nastrój.
- To dla ciebie normalne? - Chyba go zszokowałem.
- Nie jestem w związku, jestem daleko od domu, a ty nie jesteś chętny, więc czemu nie? - Zdziwiłem się. - Ta, mam kogoś na oku, ale to nie przeszkadza. - Wzruszyłem ramionami.
- Więc szukaj, bo ja nie znam takich miejsc. - Wrócił do pokoju.
A ja miałem jeszcze trochę czasu. W końcu zamówiłem górę żarcia, nie?

Leo? Idziesz?
592 słowa

2.03.2020

Od Ronana cd. Leonarda

- Dasz sobie radę. - Cmoknąłem Adama na odchodne i ruszyłem ku stajni.
Zaraz zaczynał się trening skoków, ja byłem już po ujeżdżeniu, a zachwycony Nico siedział w stajni i czekał aż przyjdę, żeby móc pójść zająć się Arotem. Jednak po drodze wpadłem na Leonarda.
 - Nie przepadam za taką formą upubliczniania wizerunku. - Skrzywiłem się. - Na swoim koncie mam tylko zwierzaki. Czasami jestem na zdjęciach u Nico, więc… rób jak chcesz.
 - Dobra, w takim razie zrobię jeszcze jedno. Bez ciebie. - Książkę znowu użył telefonu, a ja poszedłem do boksu Hespero.
 - O! Jesteś! - Nico wybiegł z boksu zaraz za Jamesem. - Okej, możemy iść do stajni dla koni stajennych!
 - Okej! - Zawołał młodszy Windsor. - Leo! Idę z Nico do drugiej stajni!
I już ich nie było.
- Poradzą sobie? - Leo spojrzał na mnie sceptycznie.
- Dlaczego mieliby nie? - Uniosłem lekko brew. - James nie jest idiotą, a Nico potrafi poradzić sobie z koniem.
- No dobrze. - Westchnął. - Czemu tak wcześnie skończyliście?
- Dzisiaj trenerka skupiła się na Blue, więc mieliśmy trochę wolnego. - Wzruszyłem ramieniem.
- Czyli ta malinka to nie z nocy. - Popatrzył wymownie na moją szyję.
- Cholera, znowu? - Położyłem dłoń, tam gdzie znajdował się teoretyczny znak. Patrząc na minę Leo, trafiłem. - Chyba lubi podkreślać to, że…
- Jest twoim chłopakiem?
- Tak. - Moje policzki zapiekły, więc chyba się zaczerwieniłem. - Ja… w sumie to pierwszy raz. Kiedy ktoś… jest taki… otwarty.
- Albo zazdrosny. - Windsor uśmiechnął się pod nosem.
- Skoro już jesteśmy przy związkach. - Wszedłem do boksu Hespero i zacząłem zajmować się koniem. - Ty i Noah… też jesteście ze sobą oficjalnie.
- Tak - pokiwał głową i oparł się o drzwiczki. - To źle?
- Nie. - Odsunąłem łeb konia, który ciągle mnie trącał licząc na to, że dam mu smakołyk. - Tylko to… Noah. Musisz na nią uważać.
- To ma być coś w stylu przemowy starszego brata? - Parsknął śmiechem.
- Tak - powiedziałem poważnie i odwróciłem się do Windsora. - Jeśli coś jej zrobisz, ja zrobię coś tobie. Nie żeby sama nie potrafiła. Po prostu ja po niej poprawię. Albo przygotuję jej drogę. Zależy jak wyjdzie.
- Nie ma potrzeby, jesteśmy szczęśliwi i się kochamy. - Leonard jakby się wyprostował.
- Tak? - Uniosłem lekko brew. - Ale zdajesz sobie sprawę, że związek to relacja między dwoma osobami, prawda? I że mówimy o Noah?
- Do czego zmierzasz? - Uniósł lekko brew.
- Nie powinieneś mówić za nią. - Poprawiłem nieco uwierający mnie but. - I nie powinieneś jej ograniczać. Ani niczego narzucać. Ani naciskać.
- Nie naciskam jej! - Uniósł ręce. - Przynajmniej nie celowo…
- Więc dowiedz się, kiedy robisz to nie celowo.
- Chcesz powiedzieć, że ty nigdy przez przypadek nie naciskasz Adama? - Leonard wiedział jak zaakcentować odpowiednie słowa.
- O nie. Przez przypadek nie. - Pokręciłem głową. - Celowo mi się zdarza. Z Noah też. Ale o ile wiem, przypominanie o jedzeniu jeszcze nikogo nie zabiło. Hm. Odnalazłbym się w Korei z tym dbaniem o posiłki… ale nasz związek polega na komunikacji. A przynajmniej mam taką nadzieję.
Windsor pokiwał głową i wszedł do boksu swojego konia. Dzięki czemu mogłem skupić się na Hespero i w końcu poświęcić mu tyle uwagi, ile powinien dostać od początku.
***
- Dlaczego ty wszystkich potrafisz sobie ustawić, co? - Blue zerknęła na Leonarda, który właśnie siedział z Noah przy stoliku.
- Sama mi ciągle powtarzasz, że jestem najlepszym manipulatorem na świecie…
- Bo jesteś. - Przewróciła oczami. - Ale jakim cudem? Znaczy wiem jakim, ale czemu ja tak nie potrafię?
- Mam odpowiedzieć szczerze? - Wziąłem łyka coli.
- Tak, tak. Jestem wredna, niemiła i straszę każdego, kto do mnie podejdzie. - Wystawiła mi język. - Nie musisz mi przypominać, że jestem złą wiedźmą.
- Uroczą, złą wiedźmą - zaśmiałem się. - I zazdrosną o naszego ducha.
- Ej! Z tobą nie mogę fangirlować brokatu. - Położyła głowę na splecionych dłoniach. - No i nie lubię Windsora tak ogólnie.
- Nie jest zły. - Podsunąłem jej pod nos kawałek ciastka. - Chcesz?
- Ba! - Zaczęła je wcinać, a przy naszym stoliku zmaterializował się Leo i Noah.
- Ona nie chce jeść - powiedział ten pierwszy.
- A on myśli, że Ro to zmieni.
- Czekaj. Mamy drugie śniadanie, prawda? - Popatrzyłem na Blue.
- Adam jeszcze nie wstał, więc tak. - Pokiwała głową.
- Noah na pewno zjadła pierwsze. Do obiadu jeszcze trochę… - Zerknąłem na fioletowowłosą. - Zjadłaś coś podczas siedzenia z Leo?
- Wmusił we mnie wafel ryżowy. - Wzdrygnęła się, jakby to było co najmniej w połowie zgnite jabłko.
- Więc nie musisz jeść. - Wzruszyłem ramionami. - Ale obiad to inna sprawa.
- Żywieniowy terrorysta. - Zmrużyła oczy, odwróciła się na pięcie i wyszła.
- Dlaczego jej na to pozwoliłeś? - Leo chyba był zły.
- Bo to drugie śniadanie. - Znowu upiłem łyk napoju. - Jest dobrze, jeśli zmuszę Noah do pierwszego i obiadu. Czasem kolacji. O drugie śniadanie i lunch już nie walczę. Na razie.
- Pieprzony manipulator - mruknęła Blue.
- Jakieś plany na wieczór? - Zignorowałem ją i popatrzyłem na Windsora.

Leo? Plany?
750 słów

2.02.2020

Od Leonarda cd. Ganseya

- Powinieneś ubrać spodnie. Raczej w bokserkach do samolotu nie wejdziesz. - Zmarszczyłem brwi.
- Zakład? - Ziewnął, przysłaniając przy tym usta. - Chciałbyś, aby inni pasażerowie też mnie podziwiali? - Ruszył w kierunku szafy.
- Wolałbym oszczędzić im tego widoku. - Przewróciłem oczami. - Poza tym, ściągnąłbyś na nas niepotrzebną uwagę. - Zauważyłem, co spotkało się z jego śmiechem.
- Jasne, jasne. - Wyciągnął pierwsze lepsze spodnie. - Będą mi pasować? - Wyszczerzył się głupio.
- Myślę, że tak. - Przyjrzałem się, leżącym na biurku książkom. Coś ze studiów, coś ze studiów… Czy ten człowiek żyje samą nauką? Przecież to nie ma najmniejszego sensu. No dobra, jakiś tam ma, ale ciągle uważam, że powinien znaleźć sobie jakieś ciekawsze zajęcie.
- Świetnie. - Założył granatową koszulkę. - Pozwolisz mi zjeść, czy postawisz mi obiad w pięciogwiazdkowej restauracji? - Poruszył śmiesznie brwiami.
- Żryj. - Usiadłem na obrotowym krześle. - Zanim dolecimy do Londynu, będzie już po dziewiętnastej. Nie mam zamiaru zeskrobywać cię z pokładu samolotu, bo zrobi ci się słabo.
- Czyli się o mnie martwisz? - Potraktował swoje ciało dezodorantem.
- Powiedzmy. - Przetarłem zaspane oczy. - Rób to śniadanie i się zmywamy. - Pogoniłem go.
- Jasne, jasne. - Opuścił pokój, do którego po chwili wtargnęła niezadowolona Ginevra.
- A ciebie co ugryzło? - Wymacałem dłonią jeden z podręczników. Może będą miały fajne obrazki.
- PRZEZ WAS SIĘ SPÓŹNIĘ! - Parsknęła i zgarnęła z biurka chłopaka część długopisów, dwa podręczniki i to, co akurat wziąłem. - Cholera, Nico już czeka!
- Nico, czy państwo Chainsaw? - Rzucił Gansey, by po chwili pojawić się w drzwiach i podać młodej śniadanie. - Tylko zachowuj się tam. Inaczej Greywaren mi o wszystkim doniesie.
- Nie jestem tobą. - Złapała paczkę i wybiegła z mieszkania.
- Tak szybko dorasta. - Campbell otarł niewidzialną łzę i zajął się jedzeniem śniadania. Pięknie.
***
- Mówiłeś coś o niezwracaniu na siebie uwagi? - Richard zasiadł po mojej prawicy.
- Nie będę cisnął się w ekonomicznej. - Poprawiłem rozczochrane przez wiatr włosy. - Poza tym, biznesowa to nie aż takie luksusy. Zawsze mogłem poprosić o prywatny samolot. - Zapiąłem granatowe pasy. Jak to się mówi… Bezpieczeństwo to podstawa, prawda?
- Oczywiście. - Spojrzał na widoki, rozciągające się za oknem. - Podbródek wyżej kochanie. - Dorzucił, gdy byliśmy już blisko startu.
- Przestań. - Posłałem mu karcące spojrzenie. - Ludzie się na nas gapią.
- I dobrze. - Przeciągnął się. - To gdzie na początku pójdziemy? - Zmienił temat naszej rozmowy.
- Zobaczysz. - Westchnąłem, przybierając obojętny wyraz twarzy. - Niespodzianek się nie zdradza.
- A więc to niespodzianka? - Zatarł dłonie. - Nie mogę się doczekać.
- Powiedzmy, że ci wierzę. - Wbiłem głowę w zagłówek miękkiego fotela. - A teraz cicho. Patrz przed siebie i słuchaj stewardessy.
***
Na lotnisku znaleźliśmy się równo z wybiciem godziny dziesiątej. Londyn był tak samo piękny, jak go zapamiętałem. Oświetlony Big Ben, odbijał się w mrocznej Tamizie, dodając jej tym samym jasnych barw.
- Leoś zadowolony? - Gansey trącił mnie łokciem.
- Bardzo. - Skierowałem swój wzrok ku London Eye. - Zamów ubera. Pojedziemy do hotelu, aby odłożyć walizki, a potem pójdziemy na miasto. - Zdecydowałem za naszą dwójkę.
- Niech ci będzie. - Wyjął z kieszeni telefon. - Jakieś jeszcze życzenia?
- Daj mi się nacieszyć Anglią. - Klasnąłem w ręce. - Tu jest pięknie. - Zachwycałem się najmniejszą, głupią rzeczą. Tak, stanowczo powinienem tutaj pojawiać się częściej. Zbyt długa rozłąka z ojczyzną, źle na mnie wpływała.
- Yhym. - Wybrał odpowiedni numer. - Baw się, baw. - Zadzwonił po naszą podwózkę.
***
- Daleko jeszcze? - Campbell wcielił się w Osła, z znanego na całym świecie “Shreka”. - Idziemy chyba już z pół godziny. - Poskarżył się.
- Jeszcze kawałek. - Poprawiłem czarny plecak. - Uwierz mi. Będziesz zadowolony. - Spojrzałem w jego zmęczone podróżą oczy.
- Nie chce mi się. - Zmarszczył nos.
- Zamknij się. - Złapałem go za nadgarstek. - Podziwiaj! Victoria Memorial! - Ruchem głowy wskazałem na wspaniałą fontannę.
- Jest nawet ładna. - Oparł się o moje ramię. - Wolałbym iść jednak na kolacje. - Zepsuł cały klimat.
- Jesteś okropny. - Nasze spojrzenia się skrzyżowały. - Nie potrafisz być nawet w najmniejszym stopniu romantyczny. - Zbadałem wzrokiem niezmieniający się nigdy pałac.
- Chcę jeść. - Jęknął niczym zagłodzone na śmierć dziecko.
- Fish and chips? - Zrobiłem typowego facepalma. - Znam miejsce gdzie smakuje najlepiej.

Gansey? 
618

Od Shaya cd. Ethana

I dwadzieścia minut zapasu - pchnąłem drzwi przeznaczone dla obsługi, co było pierwszym krokiem do usłyszenia cichych pisków Meghan i Kate. No tak, Oli od wieków robił wokół siebie wiele szumu. Nie ważne czy było to wyjście do kina, na uczelnie, do pracy… Zawsze temu wszystkiemu towarzyszyły odgłosy radości oraz silnego podniecenia.
- Was też miło widzieć. - Dziewczyny spłonęły krwistym rumieńcem. - Jaki mamy dzisiaj ruch?
- Wystarczający. - Przy moim boku pojawił się sam Arthur. - Co tam młody? Jak samopoczucie? - Rozczochrał moje włosy. Nadal nie mogłem pojąć dlaczego mnie tutaj zatrudnił. Po śmierci wujka byłem beznadziejny nawet w zbieraniu truskawek, a on od tak postanowił zaciągnąć mnie do swojej restauracji.
- Jest okej. - Rozpiąłem granatową kurtkę, pod którą skrywałem swój wieczorowy strój. - Wszyscy są, czy ktoś wziął wolne? - Wolałem wiedzieć na czym stoję.
- Komplet. - Spojrzał na skupionego bordera. - Karmisz go w ogóle? Biedaczek, jest taki wychudzony. - Załamał bezradnie ręce.
- Je lepiej ode mnie. - Przewróciłem czekoladowymi oczami. - Żadnego dokarmiania. - Powiesiłem odzienie na odpowiednim wieszaku.
- I głaskania? - Uniósł prawą brew. Znał odpowiedź. - Dobrze, już dobrze. - Poklepał mnie po ramieniu. - Przypudruj nosek i sio do pracy. Zamówienia same się nie zbiorą!
***
Tak, ewidentnie gapił mi się na tyłek - posłałem blondynowi zmieszane spojrzenie. Nie, że uważałem go za jakiegoś pedofila, ale obserwowanie cudzych ruchów było dość… Przerażające? Chcąc wyrzucić z głowy ową sytuację, próbowałem zaszyć się w bezpiecznej kuchni. Niestety, przeszkodził mi w tym błagalny wzrok mężczyzny, który bez dwóch zdań trafił na niezbyt zadowalającą partnerkę. Spokojnie Shay, Oliver jest blisko - podszedłem do przystrojonego stolika. Eh, najwyżej wyjdzie z tego klops.
- Wszystko dobrze? - Zwróciłem się do ofiary tego tragicznego spotkania.
- Trochę mi słabo. - Rozpiął dwa górne guziki koszuli. - Mógłby mnie pan wyprowadzić na zewnątrz? Nie wybaczyłbym sobie, gdybym kłopotał tym Rachel. - Podniósł się z dębowego krzesła.
- Oczywiście. - Wziąłem go pod ramię. - Jeśli zacznie kręcić się panu w głowie, proszę od razu mnie o tym powiadomić. - Oliver trącił mnie nosem w łydkę. - Spokojnie. - Wyjąłem z jego pyska plecioną smycz. - Do wyjścia. - Trzylatek zaczął dreptać w stronę restaruacyjnego ogrodu. Zachowując kompletną ciszę, skupiłem się na prowadzeniu zagubionej owieczki, której perfumy drażniły mój czuły nos. Jak czekoladowe ciasteczka - ominęliśmy kwiecistą kolumnę, oddzielającą część jadalnianą od recepcji.
- Ratujesz mi życie. - O Boże czy on pił półsłodkiego bulgariusa prestige? Kurwa, też chcę. - Zanudziłaby mnie na śmierć. - Zaśmiał się cicho.
- Mówisz? - Wyszliśmy w końcu na upragniony dwór, - Wydawała się…
- Miła? Inteligentna? Uprzejma? - Skinąłem niepewnie głową. - Cóż, ona to wszystko ma. - Podrapał się po kościstym karku. - Ale nie jest w moim typie.
- Rozumiem. - Pogłaskałem psa po aksamitnym łbie. - Będziesz potrzebował wsparcia, czy mam wrócić do środka? - Otrząsnąłem się z nieprzyjaznego zimna.
- Hm… Zostań? - Usiadł na niezbyt wygodnym stoliku. Mimo wewnętrznego konfliktu wartości, postanowiłem nie reagować. Nie ukrywajmy, zimną (a tym bardziej wieczorem) w ogrodach nie przesiadywali żadni klienci, więc po co miałbym go ograniczać? Jeśli niczego nie niszczy, niech robi to, co mu się żywnie podoba.
- Dobrze. - Nie odrywałem wzroku od zaniepokojonego Oliego. Czyżby wyczuwał kolejny atak paniki? Obym się mylił. - Zamierzasz w ogóle do niej wrócić? Wiesz… Do tej Rachel.
- Pożegnam się i tyle. - Był pewien co do swojej decyzji. - Myślałem, że na teren Vin Rouge nie można wprowadzać zwierząt. - Zmienił temat naszej rozmowy.
- Oliver może tu przebywać, ponieważ jest psem serwisowym. - Piegus przekrzywił uroczo głowę. - Pomaga mi z chorobą. Bez niego jak bez ręki. - Chyba rozumiał powagę sytuacji.
- Czyli nie mogę go pogłaskać? - Po zauważeniu odpowiedniej naszywki, na twarzy wielkoluda pojawiła się ogromna podkówka.
- W sumie to możesz… Na razie nic mi nie grozi, ale proszę, nie rozkojarz go zbytnio. Jest na służbie. - Mój nowy kompan natychmiast pojawił się obok mnie. - Tak w ogóle to jestem Shay. Shay Hayward. - Wyciągnąłem do niego dłoń.
- Ethan Mason. - Ścisnął ją, a następnie zaczął obmacywać zdziwionego bordera. - Jest mięciutki.
- Prawda? - Nie puszczałem smyczy swojego pupila. - Wydajesz się fajny. Może wymienimy się numerami i spotkamy się jutro? - Może i zrobiłem z siebie idiotę, ale jak to mówią: kto nie próbuje, ten nic nie zyskuje!
Nie minęła minuta, a na jego twarzy wykwitło ogromne zdziwienie. Ugh, chyba nie spodziewał się, że jakiś debilny kelner zaproponuje mu przyjaźń. Co ja niby sobie wyobrażałem? Pewnie go tylko wystraszyłem i zniechęciłem do interesu brata. Głupi, głupi Conrad! Wszystko popsułeś!

Ethan?
Patanie time?
687

Od Leonarda cd. Noah

- W Raleigh organizują nocną wystawę psów. Pomyślałem, że moglibyśmy tam pojechać i spędzić trochę czasu razem. - Oparłem się biodrem o ścianę. - Jeśli starczyłoby nam dnia, moglibyśmy zahaczyć też o jakiś escape room. Tylko taki bez płonięcia w roli głównej. - Delikatnie się uśmiechnąłem.
- Brzmi interesująco. - Nie odrywała ode mnie wzroku. - To kiedy chcesz tam jechać?
- Jak coś zjesz. - Pstryknąłem ją w nos. - Chociaż to niecała godzina jazdy, ale głodna tam siedzieć nie będziesz. - Na usta kobiety wpełzł niewielki grymas.
- Nie chcę. - Burknęła z urazą. - Zjadłam dzisiaj dwa wafle ryżowe! To dużo! - Próbowała przekonać mnie do swojej racji.
- Powiedzmy. - Przewróciłem oczami. - Do takiego kompletu, wepchnę w ciebie jeszcze pół kanapki. - Złapałem ją za szczupły nadgarstek.
- Pffff. - Nie zmieniła nastawienia. - Nic we mnie nie wciśniesz!
- Zakład? - Połaskotałem ją po boku. Chyba nie muszę tłumaczyć, jak na to zareagowała. - Mamy chleb z serem, pomidorem i sałatą. Wszystko na fit. - Nie uwalniałem fioletowowłosej od swoich palców.
- Jesteś okropny! - Wydyszała między falami śmiechu. - Okropny! - Próbowała wyrwać się z moich objęć.
- To dla twojego zdrowia. - Cmoknąłem Blake w kark. - Nie będziesz mi tu chorować.
***
Pojawić się w stolicy stanu równo z wybiciem godziny świadczącej o końcu pracy, to jak odciąć sobie rękę przy samym łokciu. Żadne z nas nie przewidziało tego, że będziemy musieli spędzić w korku przeszło czterdzieści pięć minut. I tak oto z krótkiej podróży, cudowne miasto zamknęło nas w samochodzie na zdecydowanie za długi okres czasu. Tracąc cierpliwość, zacząłem coraz częściej klnąć na otaczających nas kierowców, co wcale nie ułatwiało sprawy.
- Spokojnie. - Noah poklepała mnie po kolanie. - Wystawa zaczyna się o dziewiętnastej. Nie spóźnimy się.
- Nie chce zepsuć ci dnia… - Znowu zahamowałem. - Mieliśmy skoczyć w jeszcze kilka miejsc, ale chyba coś nam nie wyjdzie. - Oblał mnie soczysty wstyd.
- Nie gniewam się. - Spojrzała w zewnętrzne lusterko. - Zresztą… Kto powiedział, że musimy wracać do domu przed dwudziestą drugą? - Uniosła ku górze lewą brew.
- W sumie to nikt. - Ponowne przesuneliśmy się o połowę mili, aby następnie zatrzymać się na kolejne kilka minut przed światłami. - Ale jeśli będzie ci się coś nie podobać, to w każdej chwili możemy wrócić.
- Jasne, jasne. - Poprawiła uwierający pas. - Na razie to nie mogę doczekać się rozprostowania nóg. - Poruszyła stopami.
- Niedługo powinniśmy być na miejscu. - Na sygnalizatorze zabłysnęła żółta dioda. - O ile nie trafimy na jakiś wypadek, pościg albo kolejny korek. - Skręciłem w lewo.
- Sądzisz, że czekają nas takie atrakcje? - Uroczo się zaśmiała. O Boże, jak ona na mnie działa.
- Wszystko jest możliwe. - Zwiększyłem prędkość. - Ale lepiej pozostać przy zaplanowanych rzeczach. - Zgodziła się ze mną skinieniem głowy. - Jaką rasę chcesz zobaczyć najbardziej? - Próbowałem podtrzymać (i tak trwającą już długo) rozmowę. - Może kupimy coś Sherry i Monty’emu?

Noah?
433

Od Leonarda cd. Ronana

- Jeść? - James uderzył mnie kopytem pluszowego konia.
- Czemu nie? - Oddałem mu swoją koronę. - McDonald? Mam jeszcze jakieś kupony.
- Ty jesz w maku?! - Nie mógł uwierzyć w moje słowa. - Ta Ameryka serio zmienia ludzi! - Wyglądał na bardzo zachwyconego.
- Czasami dobrze zjeść coś niezdrowego. - Wzruszyłem ramionami. - Myślisz, że kawior jest taki dobry? Prędzej zwymiotujesz, niż go przełkniesz. - Stanąłem na pierwszym skrzyżowaniu. Pusto. Można skręcać w prawo.
- Wolę nie próbować. - Ścisnął łeb pluszaka. - Wygląda trochę jak Sekretariat. - Wspomniał imię sławnego, wyścigowego ogiera.
- Trochu. - Skręciłem w kolejną ulicę. - Na co masz dzisiaj ochotę?
- Stripsy! I te śmieszne, zakręcone frytki! - Zaczął się wiercić. - Ale chyba nie starczy mi pieniędzy… - Dotknął dłonią kieszeni spodni.
- Ja płace. - W oddali dało się już dostrzec żółte “M”. - W końcu jesteś u mnie, a ja do biednych osób nie należę. - Cicho się zaśmiałem.
- Jesteś najlepszym bratem na świecie! - Klasnął w ręce. - Może wieczorem obejrzymy jakiś film? - Zaproponował, mając zapewne w głowie wiele rodzajów bajek. Cóż, miał dopiero dwanaście lat, więc nie mogłem winić go za ten tok myślenia, ale nie po drodze było mi oglądać Krainę Lodu lub Jak wytresować smoka trzy.
- Em… - Ścisnąłem kierownicę mocniej. - Zobaczymy...
- Proszę? - Zaczął mnie przenikać szczenięcymi oczkami. - Chciałbym obejrzeć nowego Dumbo albo Corgi. - Próbował namówić mnie na iście królewską produkcje.
- Corgi brzmią fajnie. - Wjechałem do McDrive’a. - Zamawiaj.
***
Kawa - przeszukiwałem kuchenne szafki w celu odnalezienia nieodpakowanej paczki ziaren. Ktoś był tak mądry, że wymyślił ekspres, ale zapomniał o funkcji automatycznego napełniania zbiorników. Nie mogąc nic znaleźć, trzasnąłem drewnianymi drzwiczkami, co najwyraźniej obudziło wymęczonego Jamesa.
- Do łóżka. - Złapał mnie za lewy nadgarstek. - Chcę spać. - Przetarł zaropiałe oko.
- Jesteś już duży. Powinieneś spać sam. - Przewróciłem oczami.
- Ale jesteś zbyt wygodny. - Prychnął, nie wychodząc ze stanu półsnu. - No chooodź. Potrzebuję cię. - Prawie się przewrócił.
- Yhm. - Pozwoliłem zaciągnąć się do sypialni. - Kładź się. - Młodszy prędko zakopał się pod fałdami kołdry. - I się nie rozpychaj, bo pójdziesz do gościnnego. Mam dość spania na podłodze.
- W gościnnym jest niewygodnie. - Przytulił błękitnego renifera. - Ile możemy jeszcze się poobijać? - Zapytał z czystej ciekawości.
- Dwie godziny. - Naciągnąłem na siebie satynowy materiał. - I ani sekundy dłużej.
***
- Możesz iść szukać Nico. - Po zaparkowaniu samochodu na akademickim parkingu, wypuściłem Theo z białego BMW. Chłopak był tak podekscytowany spotkaniem z Chainsawem, że okopał mi cały fotel kierowcy. Normalnie zabić i nadziać głowę na pal. Ciesząc się chwilowym spokojem, przerzuciłem torbę przez lewe ramię, a następnie zamknąłem ubłoconą M5. Eh, jeżdżenie po wiejskich terenach po deszczu, nie było raczej... Eleganckie. Powinienem wszczepić mu jakiegoś czipa. Mógłby wtedy biegać po całym Durham i by się nie zgubił - sylwetka chłopca znikła w stajni, przeznaczonej dla koni stajennych. Zachowując spokój, wyjąłem z kieszeni bluzy telefon, który po chwili namysłu pokazał mi ładujący się ekran Ig. Szybciej - mruknąłem, kiedy pierwsze posty nadały kolorów białej stronie głównej.
- Dawno nic nie dodawałem. - Przycisnąłem palcem kółko relacji.
- Podbródek wyżej kochanie! - Za moimi plecami pojawił się Ronan, który idealnie wkomponował się w tło, zrobionego przeze mnie zdjęcia.
- Teraz masz sześćdziesiąt sekund na określenie się czy mam to wrzucić, czy usunąć. - Pokazałem mu fotografię. - Co ty na to?

Ro?
500

2.01.2020

Od Noah cd. Ronana

Wypuściłam Ronana z objęć, pozwalając mu odejść. Ostatni raz.
- Przepraszam. - Wyszeptałam sama do siebie, bo Poduszka już dawno nie mógł mnie usłyszeć. - Naprawdę chciałabym móc inaczej się pożegnać.
Albo nie żegnać się wcale. Tylko, że to już od dawna nie było możliwe. Pozostało mi tylko mieć nadzieję, że będzie wściekał się na mnie, a nie obwiniał samego siebie.
- Tak musi być i to nie jest twoja wina. - Dodałam, jak gdyby moje słowa mogły cokolwiek zmienić. Ro pewnie wyjeżdżał już z akademii.
A mi został ostatni wolny dzień. W stajni byłam przed przyjazdem Poduszki, a teraz był świetny czas na spacer. Dlatego, upewniając się, że nie uciekła mi żadna łza, wstałam i wróciłam do swojego pokoju.
Chociaż futra się ucieszyły. Ale one zawsze się cieszyły ze spaceru. Ostatnio nawet Flair opanowała wreszcie stanie przez chwilę w miejscu, by pozwolić mi na założenie obroży, szelek i smyczy, dzięki czemu sam proces wychodzenia z pokoju stał się znacznie mniej uciążliwy. Pogłaskałam Lunę po głowie, kiedy jej również założyłam obrożę.
Spacery były przyjemne, ale dzisiejszy dzień był wyjątkowy. Jesienne, kolorowe liście w większości wciąż znajdowały się na drzewach, powietrze było ciepłe, a promienie słońca dodatkowo potęgowały ten efekt. W sam raz na dłuższą wycieczkę.
***
A po wycieczce wróciłam jeszcze raz do konia. Tester powoli zaczynał zachowywać się jak na konia przystało. Oczywiście w granicach rozsądku, ale nie dało się nie zauważyć poprawy, która nastąpiła przez te kilka miesięcy jego pobytu w akademii i codziennych ćwiczeń nad dosłownie każdym fragmentem życia z człowiekiem. Coraz mniej bał się przedmiotów codziennego użytku, coraz rzadziej witał mnie ugryzieniem, a ostatnio nawet pozwolił podejść do siebie Ro, choć ja zaprotestowałam przed dalszym kontaktem. Szkoda byłoby popsuć Poduszkę, nie wspominając o tym, że wtedy Adam jeszcze bardziej ograniczyłby mój przydział czasu Ronana. Pozwoliłam sobie na poczęstowanie ogiera kilkoma kostkami cukru. Niezdrowe, ale jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, więcej się to nie powtórzy.
No i zostały mi dwie osoby. Leo i Sam. Uznałam, że lepiej będzie zacząć od zerwania z Leo. Im szybciej to zrobię, tym szybciej będę miała to z głowy. No i mimo wszystko to rozmowy z przyjacielem bałam się bardziej, więc chyba logiczne, że starałam się ją odłożyć w czasie tak bardzo jak tylko się dało...
***
Usiadłam po turecku w kącie łazienki. Płytki były zimne, a spokojna muzyka puszczona z telefonu rzuconego na łóżko niezbyt dokładnie słyszalna przez niedomknięte drzwi pomieszczenia. Nie czułam potrzeby zamykania ich. Nikt nie będzie się zastanawiał co robię co najmniej przez kilka godzin. Podwinęłam rękawy ulubionej czarnej bluzy. Przyłożyłam ostrze do nadgarstka i przygotowując się na falę bólu przecięłam skórę wzdłuż niemal całego przedramienia, tworząc ranę tak głęboką jak tylko było to możliwe przy użyciu tradycyjnej żyletki i raniąc przy okazji dłoń, w której trzymałam narzędzie. Wzięłam głęboki wdech. Teraz już nie było raczej odwrotu. Powoli wypuszczałam powietrze, wykonując dwa podobne cięcia, tym razem na prawej ręce.
Przez chwilę czułam tylko ból i ciepło krwi na skórze, jednak stopniowo czułam też coraz większy spokój. Zapewne powinnam panikować widząc powiększającą się kałużę czerwonej cieczy, ale nadzieja, że tak będzie lepiej była zbyt silna. Potrafiłam tylko patrzeć na efekty swojej decyzji, z coraz większym trudem łapiąc oddech, czując coraz szybsze bicie własnego serca i przeklinając w duchu odgłosy wydawane przez Lunę i obudzone przez zapach krwi lisy, które nie mogły wydostać się z klatki, w której je zamknęłam.
- Tak jest lepiej – powtórzyłam być może chcąc utwierdzić w tym samą siebie. Zamknęłam oczy i oparłam głowę o ścianę poddając się.
Nie wiem ile czasu później usłyszałam jakiś głos. Nie potrafiłam odróżnić słów, przyporządkować go do człowieka… Spróbowałam otworzyć oczy, jednak to też na niewiele się zdało. Większość świata zasłaniały mi czarne plamy. Czyżbym straciła już aż tyle krwi? Ktoś znów się odezwał… trzymać się głosu czy uciekać od niego jak najdalej?
***
Albo istnieje jakaś forma życia po śmierci, albo nie umarłam. Nie jestem pewna, która z tych opcji byłaby większym rozczarowaniem. Pewna byłam zaś, że patrzyłam właśnie na sufit. Zaczęłam niepewnie rozglądać się dookoła, a mój wzrok zatrzymał się na woreczku wypełnionym czymś czerwonym. Krew. Przeżyłam. Czwarty raz i wciąż nie potrafię się nawet zabić…
– Ty chuju! – usłyszałam, a gdy podążyłam za głosem zobaczyłam stojącego przy łóżku, wściekłego Ronana.
- Ro? – mój głos wciąż był dość słaby. – Co tu robi…
– Ty podróbko homo sapiens, pierdolony i jebany bezmózgowcu! Jak mogłaś!? Jak mogłaś mi to zrobić! Ależ oczywiście, ty nie myślisz! Ty masz w dupie wszystko i wszystkich! Jesteś jebanym egoistą Jeżozwierzu! Nie pomyślałaś o mnie?! O Poduszce!? Miałbym ochotę ukręcić ci łeb, ale chuj, za bardzo byś się cieszyła. NIE PRZERYWAJ WINDSOR BO WYRWĘ CI TEN PARSZYWY JĘZOR! – Leo tu jest?! Szlag. - NIE SKOŃCZYŁEM! Zabiorę ci cały brokat! Cały kurwa! Nawet ten z tajemniczej kryjówki! I nie obchodzi mnie, że teraz potrzebujesz miłości i tulenia! Zraniłaś mnie pieprznięta istoto!
Ro przerwał na chwilę, spoglądając w stronę drzwi. Gdy podążyłam za jego wzrokiem, zobaczyłam stojącego tam mężczyznę w średnim wieku, ubranego w lekarski kitel.
– NIE SKOŃCZYŁEM. – Odwrócił się i już spokojniej. – Skończę jak skończę. Zamknij się Windsor! Na czym to… a tak. Chuj z nami, ale zwierzaki! Musiałem je zabrać do siebie, bo pani „chcę umrzeć i mam wszystkich w dupie” nawet o nich nie pomyślała! Rozczarowałaś mnie Noah Blake! Teraz nawet nie licz, że zostawię cię samą chociaż na minutę! I będę ci wypchał każdą tabletkę do gardła siłą, jeśli nie weźmiesz jej na czyichś oczach! Nawet nie licz na taryfę ulgową. Będę największym wrzodem na dupie, jaki kiedykolwiek miałaś, a on – wskazał na Leo – to przy tym pikuś! – Wziął wdech. – Okej, chyba jest lepiej. – Odwrócił się do Leonarda. – Podbródek wyżej, kochanie. A teraz idę zadzwonić do Adama i powiedzieć mu, że zostanę tu dłużej. – wyszedł, nie oglądając się.
Cudownie.
- Noah? - Usłyszałam głos księcia.
Naprawdę cudownie.
- Ty też masz zamiar na mnie krzyczeć?! - Syknęłam wściekła. Oni nic nie rozumieli a i tak próbowali prawić mi morały. - Ja też żałuję, że mi nie wyszło, więc możesz sobie darować.
- Nie mogę. - Zaczął.
Odwróciłam głowę, spoglądając na okno. Na zewnątrz było już ciemno, więc zamiast choć kawałka nieba widziałam tylko niewyraźne odbicie kilku podpiętych do mnie monitorów i samego Leonarda. Nie chciałam go słuchać. Ze wszystkich ludzi, którzy mogliby chcieć cokolwiek ode mnie, jego nie chciałam słuchać najbardziej.
A potem wrócił lekarz.
- Mam nadzieję, że już sobie państwo wszystko wyjaśnili. - W powietrzu zawisło coś na kształt pytania.
- Nie. - Odpowiedział Leo.
- Tak. - Spojrzałam w oczy lekarzowi.
- W takim razie muszę pana poprosić o wyjście na korytarz. - Mężczyzna zwrócił się do księcia, który z kolei spojrzał w moją stronę, jakby spodziewał się, że powiem coś w stylu “chciałabym, żeby został”, ale nic takiego nie padło z moich ust i musiał opuścić salę.
Lekarz natomiast przedstawił się i zaczął wypytywać mnie o różne fascynujące rzeczy, jak chociażby czy już kiedyś próbowałam się zabić (jakby moje ręce nie stanowiły dowodu, że tak) albo czy biorę jakieś leki. Jedyny plus całej tej sytuacji to to, że zgodził się, żebym po wypisaniu ze szpitala nie trafiła prosto do najbliższego psychiatryka, ale mogła pojechać do Teksasu, do lekarza u którego się leczyłam. I że sama zadzwonię do swojej rodziny. Czego oczywiście nie miałam zamiaru robić. Matka co najwyżej byłaby zawiedziona, że znów mi się nie udało. Sam też nie powinien się niczego dowiedzieć. Powinno mi się udać jakoś go oszukać. Może wystarczy powiedzieć, że mam dużo nadgodzin? Albo że Test zajmuje więcej mojej uwagi? Dosłownie cokolwiek, byleby tylko się nie dowiedział.
***
Następnym razem, kiedy się obudziłam obserwowały mnie trzy pary oczu. W zasadzie to raczej dwie, bo Leonard zasnął. Pozostałe dwie osoby przerwały rozmowę, gdy tylko się poruszyłam. Przynajmniej Ronan nie zaczął znów na mnie krzyczeć. Zamiast tego wstał.
- Zostawimy was - oznajmił i podszedł do księcia. - Leo, chodź.
- Ale czemu? - Windsor rzucił z niezadowoleniem, kiedy tylko otworzył oczy. Dopiero później rozejrzał się i zobaczył, że się obudziłam. - Noah!
- Leo. - Upomniał go Ronan. - Wychodzimy. Teraz.
I wyszli. A Sam podszedł do mojego łóżka. I nic nie powiedział. Patrzył tylko tym swoim cholernie smutnym, zawiedzionym wzrokiem. Wolałabym słuchać stu wściekłych Ronanów. Wtedy mogłabym przynajmniej powtarzać sobie w myślach, że on niczego nie rozumie.
- Sam… przepraszam…
- Myślałem, że… - Urwał. - Nic nie powiedziałaś. Czemu?
- Nie chciałam cię martwić. - Odwróciłam wzrok.
Nie powiedział nic. Zabolało. I to bardzo. Świetnie szło mi zawodzenie ludzi, ale nie potrafiłam poradzić sobie z myślą, że zawiodłam Sama. Kolejny raz.
- Naprawdę przepraszam. - Poczułam jak po moim policzku spływa łza, więc natychmiast ją wytarłam, przy okazji uderzając wenflonem w ramę łóżka. - Auć.
- Masz za swoje. - Uśmiechnął się słabo. Albo raczej wykrzywił usta, bo jego oczy pozostały tak samo smutne.
- Tak wiem. - Zrobiłam to samo. - Sam?
- Tak? - Ścisnął nasadę nosa. Dopiero teraz dotarło do mnie jak tragicznie wygląda i że musiał jechać tu przez pół kraju.
- Mógłbyś nie zostawiać mnie samej z Leonardem? - Poprosiłam. - I powinieneś się przespać.
- Wszystko w porządku? - Zmartwił się.
- Ja… Wszystko ci wyjaśnię, ale nie teraz, okej? - Popatrzyłam na niego z nadzieją.
- Jasne. - Zapewnił mnie. - Po prostu nie rób już niczego głupiego.
- Ro mi nie pozwoli. - Zaśmiałam się niewyraźnie.
- Ma rację. Znalazłaś sobie dobrą Poduszkę.
Nie wiedziałam, że czymś się denerwowałam, dopóki nie przestałam. Dogadali się.
A potem drzwi otworzyły się i do środka weszli Leo i Ronan. Ten drugi podał Samowi papierowy kubek z automatu.
- Kawa. - Oznajmił. - Ty nic nie dostaniesz, bo jesteś złym Jeżozwierzem. - Dorzucił patrząc na mnie.

Ro?
1553 słowa